Lord Voldemort stał przy oknie, obracając w dłoniach skórzaną sakiewkę wypełnioną brzęczącymi kamieniami. Śledził wzrokiem nicość – za oknem jego komnaty nie dostrzegałaś nic prócz mlecznobiałej mgły charakterystycznej dla okolic, chociaż… teraz kiedy uchyliły się przed tobą drzwi miejsca, w którym czarnoksiężnik najwyraźniej spędzał noce, mogłaś domyślać się, że nie był to tylko i wyłącznie kaprys samej w sobie natury. Zapewniało to przecież prywatność.
– Witaj, Bellatrix.
Odwrócił się w twoim kierunku, z tą samą, niewzruszoną niczym miną. Nie miało znaczenia, co w danej chwili czułaś – strach, niechęć, nabożny zachwyt i głód uznania – Voldemort zawsze pozostawał kimś równie nieprzeniknionym, co ta mgła, którą obserwowałaś mimowolnie, kiedy skrzat prowadził cię tu korytarzem z widokiem na pokaźnych rozmiarów ogród.
Wiedziałaś, że nawet gdybyś upadła na kolana, największym co mogłaś osiągnąć, był ledwo zauważalny, chłodny uśmiech błąkajacy się na bladych wargach. Na tyle dyskretny, żebyś musiała zastanawiać się, czy nie była to jedynie twoja wyobraźnia.
Skinął głową w kierunku sofy znajdującej się w centrum pomieszczenia, a skrzat Rookwoodów cicho zamknął za tobą drzwi. Kiedy na niej usiadłaś, Czarny Pan zbliżył się do ciebie i przez ułamek sekundy wydawało ci się, że wyciągnie rękę, aby dotknąć twojej twarzy. I wtedy to poczułaś – to jak wdziera się do twojej głowy, jak zaczyna ją penetrować. Mogłaś się tego pozbyć, wyrwać to uczucie jak chwast, zasłonić się za ścianą oklumencji, albo… pozwolić sobie odpłynąć. Bo przecież w twojej głowie nie odnajdzie nic prócz uznania. To, co w niej zostawiał pozostawiało w tobie uczucie bycia mu najbliższą, wyjątkową, jedyną. Nigdy nie zrobił niczego naprawdę, a nawet gdyby cię dotknął, atmosfera wokół momentalnie ochłodziłaby się o kilka stopni. No i co z tego? Świadomie karmił twoje fantazje, często zbaczając w kierunku nienasyconych pragnień. Kiedy opuszczał twój umysł, miałaś wrażenie, że kiedyś przekroczy z tobą jakąś granicę przyzwoitości, nawet jeśli poza tymi momentami zdawał się pozbawiać cię jakichkolwiek złudzeń.
Grał z tobą, po mistrzowsku. Z innymi też tak grał?
Dłoń nie dotknęła twojej twarzy. Zwyczajnie wręczył ci tę sakiewkę. W środku znajdowały się odłamki jakiejś rzeźby, z wyrytymi na niej runami.
– Przyszłaś tutaj po swój prezent.
Spotkanie obyło się bez większych niespodzianek. Zwyczajnie przekazał ci nowe informacje.