– Oczywiście. Obiecuję, że jako pierwszy zostaniesz powiadomiony o doniczkowym kryzysie oraz że potrzebuję ratunku – uśmiechnęła się do niego lekko i brakowało jeszcze tylko, by puściła do niego oko, to by dopełniło obrazu tego flirtu, na który zresztą odpowiedziała całkiem chętnie.
– Ty? – zdziwiła się wyraźnie i zapatrzyła na Christophera przez moment. – A dlaczego ty miałbyś się znaleźć w zasięgu rażenia? Zaręczam, że żadna moja złość czy złośliwość nie będzie wymierzona w ciebie – a Victoria nie miała w zwyczaju wyładowywać się na innych tylko dlatego, że ich jedynym przewinieniem było, że za głośno oddychają. Fakt, że zdenerwowała się o ten serwis, bo tańczące filiżanki to nie było coś, co chciała oglądać pod własnym dachem i to w towarzystwie faceta, który jej się podobał, a jeśli chodziło o te brzydkie strony charakteru, to była osobą pamiętliwą… i do pewnego stopnia lubiła dawać ludziom nauczkę, ale nie w ten wręcz stalkerski sposób, jak Cressida. No i… trzeba jej było naprawdę mocno nadepnąć na odcisk, żeby w ogóle chciało jej się bawić w takie rzeczy. Ale powrót do sklepu i wykłócenie się tam o sprzedany jej, przeklęty serwis, w jej głowie nie wpasowywało się w coś dziwacznego, a raczej pożądanego. – Ale zawsze możesz poczekać przed sklepem i po prostu sobie posłuchać – jeśli się jednak bał… Nie mogła go winić, tak? Instynkt samozachowawczy nakazywał, by usunąć się z potencjalnego zasięgu rażenia rozwścieczonej kobiety, nawet jeśli nie zrobiło się nic złego. Ale Victoria nie była z charakteru zbyt gwałtowna…
– Wiesz co? Właściwie o tym nawet nie myślałam, ale jak tak teraz mówisz… to całkiem błyskotliwa myśl – przyznała z zamyśleniem i na moment nawet przeniosła spojrzenie z Chrisa na swojego kota, który już siedział z nosem centymetr od worka z resztkami i niespokojnie przebierał ogonem po podłodze. – Luna, zostaw – powiedziała łagodnie, na co kocie uszy, niczym te radary, poruszyły się, by lepiej słyszeć dźwięki, które dobiegały z tyłu, czyli od człowieków, ale poza tym się nie ruszyła z miejsca. – I miałoby sens. Dajmy na to, to cholerne krzesło w moim domu. Znaczy tym, który spłonął. Tam zostało krzesło, jedno jedyne drewniane krzesło, któremu nic się nie stało. Więc… Wydaje mi się, że mogło zostać w jakiś sposób przeklęte? Albo naznaczone w jakiś inny sposób… Próbowałam przy nim rozpraszać magię, ale nic się nie działo. Nie wiem, jak to wytłumaczyć… – właściwie czemu o tym wcześniej nie pomyślała? Albo pomyślała, tylko że ta myśl jakoś szybko opuściła jej głowę, bo działo się tyle rzeczy, że nie sposób było nad wszystkim zapanować…
– Na pewno nie zaszkodzi. Ja bym lampion postawiła w tym twoim nowym domu, tak na szczęście – zasugerowała i uśmiechnęła się, a za chwilę przygryzła usta. – Spodziewam się, że może być… różnie. Główny sabat ma się odbyć w Little Hangleton, myślę, że tam będzie względnie bezpiecznie. Ale ja mam pilnować Doliny Godryka – westchnęła i nawet na moment dość nieświadomie spuściła wzrok.
Dolina Godryka. Miejsce, w którym całe życie mieszkała. Miejsce, w którym zaczęło się to szaleństwo, z którym musiała się mierzyć aż do dzisiaj…
– Mam kontakt do trzech kowali. Jeden to mój były kolega z pracy… Jeden to ten popularny kowal od Rowle’ów, i jeszcze jest panna Barclay. Te zdobyłam. Nie wiem, jakie będą mieć obłożenie, ale spróbować zawsze warto. Tym bardziej, że to tylko żelazne gwoździe w drzwiach, jeśli się okaże, że takie poświęcone na sabacie wystarczą, żeby pozbyć się tej całej sadzy, to naprawdę myślę, że to będzie mała cena – tym bardziej, jeśli uchroniłoby go to od konieczności kupowania nowego mieszkania w Magicznych Dzielnicach, bo z tego, co zrozumiała, to mimo wszystko zależało mu na tej lokalizacji. I może i na biednego nie trafiło, ale Lestrange, choć knutów nie szczędziła, nie była też fanką marnotrawienia pieniędzy. – Zapiszę ci ich zaraz – powiedziała, gotowa przywołać z szafki różdżką pergamin, pióro i atrament.
Domyślała się, że jej chłód musi być bardzo nieprzyjemny, biorąc pod uwagę, jak niektórzy ludzie się wzdrygali mimowolnie. Christopher był przy tym bardzo dzielny i po raz kolejny już obiecała sobie, że chociażby z jego powodu, spróbuje wynaleźć jakiś eliksir, by przynajmniej tymczasowo zniwelować swoje zimno, by chociażby jemu nie sprawiać takiego dyskomfortu. Bo to nie tak, że się tego wstydziła, ba, nosiła swoje zimno niemalże jak tarczę, świadectwo tego, co przeżyła, a co jej nie zabiło, ale nie chciała, by gdy ją dotykał, to robiło mu się nieprzyjemnie.
Zaskoczył ją. Być może tak samo, jak ona zaskoczyła go buziakiem w policzek, ale nie wyrwała ręki, gdy najpierw podmuchał tę ranę, a następnie pocałował. Victoria zamarła, zupełnie rozbrojona tym czułym gestem i na moment w ogóle zapomniała o tym, że ją ta dłoń bolała: teraz czuła tylko widmo jego ust na skórze.
– Tak, działa – wydusiła z siebie w końcu. – Może powinieneś to powtórzyć, żeby na pewno nie bolało – sama nie wiedziała, czy to bezczelność, czy zuchwałość…