• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[26.10.1972] U dobrego majstra robota aż pali się w rękach

[26.10.1972] U dobrego majstra robota aż pali się w rękach
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#1
Wczoraj, 18:16  ✶  
Mieszkanie Aarona, Camden

Po całym dniu, Aaron Andrew Moody zasiadł z głośnym sapnięciem za stołem kuchennym. A przynajmniej próbował zasiąść, bo na krześle akurat drzemał jego kot. Taki szarobury, że łatwo było go pomylić z pluszową tapicerką, którą Aaron obił dawno temu krzesła… Zwłaszcza, gdy skupiało się na potężnej dyni niesionej w ramionach. Moody gotował się do wykonania świątecznego lampionu dla swojego najlepszego przyjaciela, więc na pstrokatą tapicerkę, to znaczy, na kota, nawet nie zerknął. Kotowi się to nie spodobało. Wydawszy z siebie obrażone miauknięcie, umknął w stronę salonu, skąd po chwili dobiegł Aarona szczebiot Lorien. Mówiła do kota po włosku. Wyłapał "micetto", czyli "koteczek", ponieważ brzmiało bardzo podobnie do "mio tetto", czyli "mój dach". To była jedna z niewielu rzeczy, jaką zapamiętał z włoskich rozmówek, skądinąd bardzo okrojonych, jeżeli chodziło o terminy architektoniczne. W poszukiwaniu takowych Aaron zawzięcie kartkował swój przewodnik gdy ostatnio byli z Lorien we Włoszech: próbował dowiedzieć się bowiem od lokalnego kustosza, jak do licha starożytni zdołali wznieśli tak potężną kopułę bez użycia współczesnych rozwiązań.
Lorien tylko przewracała oczami, musząc tłumaczyć techniczną dyskusję z angielskiego na włoski i z włoskiego na angielski: w żadnym języku nie brzmiała bowiem zrozumiale.
Dzisiaj jednak Aaron nie musiał dumać nad rozwiązaniami architektonicznymi starożytnych Rzymian. Dzisiaj po prostu miał wydrążyć dynię na lampion. Nie byle jaki lampion! Specjalnie zostawił robotę na wolniejszy wieczór, żeby szkaradztwo jakieś wyciąć, takie w sam raz na Samhain, klimatyczne: myślał, myślał, i umyślił, że gębę straszną w dyni wytnie. Niełatwe miał zadanie, bo tylko takie w Rejwachu przesiadywały. Oprawił jednak porządnie warzywo, i zabrał się do pracy.

rzut na rzemiosło ◉◉◉○○, na wykonanie świątecznego lampionu z dyni
Rzut Z 1d100 - 94
Sukces!


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#2
Wczoraj, 18:26  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 18:45 przez Aaron Andrew Moody.)  
— No patrz, kochanie — odezwał się Aaron, gdy Lorien weszła do kuchni z kotem w ramionach: wyglądał na wyraźnie zadowolonego z siebie, bo lampion wyszedł pierwszorzędny, choć Moody ostatnio podjął się zrobienia takowego lata temu, jak Alastor był jeszcze malutki. Nie miał żadnej wprawy w takich artystycznych robótkach, bo to przecież wymagało kreatywności, talentu, a z Moody'ego to był prosty majster, wyrobnik, a nie żaden wirtuozo! Poklepał jednak dumnie wydrążoną dynię, która w jego rękach przypominała głowę zdekapitowanego skazańca: upiorna, zdeformowana twarz wykrzywiona w niemym krzyku paszczy pełnej ostrych zębisk. — Czy ta morda nie wygląda ci na godną listu gończego?

Jak Woody za dużo chlapnie, to gotów pomylić lampiona z człowiekiem, i spytać takiej stojącej na barze maszkary, co polać. To pomyślawszy, Aaron zarechotał radośnie, po czym wziął zasłużony łyk piwa.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#3
Wczoraj, 19:54  ✶  
To był jeden z tych wieczorów, kiedy naprawdę nie mieli nic zaplanowane. Nie licząc oczywiście tych wszystkich wieczór, które ostatnio spędzali razem.
Co dało się załatwić w domu w Dolinie na ten moment było załatwione, kufry po ostatnim wypadzie do Włoch zostały dawno rozpakowane, świat aktualnie nie płonął, a w Ministerstwie Magii nie zanosiło się na żadną większą rewolucję.
Było miło.
I miło Lorien planowała spędzić ów wieczór. Wspólnie. Mogliby wyjść na spacer do parku. Albo wybrać się znów do tego dziwnego mugolskiego wynalazku - kina. Albo do The Globe na jakąś pomniejszą sztukę. Opcjonalnie w grę wchodziło zostanie w domu, pogranie w karty albo leżing na kanapie przy dobrej książce i winie. Czy poinformowała o tym Moody'ego? No niekoniecznie. Otóż sądziła, że się chłop domyśli.
Tymczasem Aaron postanowił spędzić wieczór drążąc lampiony. No i szlag wszystkie te jej plany trafił, bo ona się w dyniach babrać nie zamierzała.
Kto to widział tak psuć pani Mulciber plany na wieczór.
Zresztą. Każdy wiedział, że takie lampiony się zamawiało. Człowiek pisał do jednego czy drugiego londyńskiego rzemieślnika, wysyłał pokaźny czek i dwa, trzy dni robocze później miał gotową ozdobę na sabat. I to taką, że sąsiadom oko bielało. Dość szybko, ku swojemu absolutnemu przerażeniu, odkryła, że jej Moody właśnie robi za takowego “londyńskiego rzemieślnika” w gronie bliższych i dalszych przyjaciół. Naturalnym zdawało jej się bowiem, że gdy ona poprosi, bez możliwości odmowy, o coś, to Aaron to zrobi. Ale żeby ten pakiet usług naprawczo-remontowych rozszerzać o innych? To podobało się Lorien zdecydowanie mniej.
W dodatku Woody przysłał bardzo potężną dynię, a ona zapragnęła mieć podobną. Albo i większą. Może więc, odrobinę tylko impulsywnie, widząc dynię na wycieraczce, zaraz po powrocie z Włoch, zamówiła jedną dla siebie. Dla nich.
Owa dynia miała przyjść dzisiaj. I jeszcze nie przyszła. A teraz Aaron siedział i ciął lampion dla najlepszego przyjaciela, co oznaczało, że jej własny musiał zaczekać. No i co, że nie miał na niego materiału? Jedno nie wykluczało drugiego.
Czy dziwem było, że na widok radośnie zabierającego się do pracy Moody’ego zrobiła kwaśną minę i poszła do salonu? Zaraz dołączył do niej zresztą Kot, na którego przelała całą swoją miłość.
Gdzieś tam pomiędzy utyskiwaniem nad koteczkiem, z którego próbowano zrobić naleśnika, dorzuciła jeszcze trochę tekstów o tym jak to oboje są bardzo niekochani (“E allora che se lo sposi, Longbottom!”), nieszczęśliwi (“Certo, per noi il tempo non ce l’ha”) i w ogóle to zbędni w życiu pana Moody’ego (“Prendo le mie cose e me ne vado! Vediamo se allora sentirà la mia mancanza”).

Tymczasem kompletnie nieświadomy werterowskich cierpień swojej ukochanej Aaron wycinał sobie lampion.
I wycinał…
I wycinał…
Ileż się taki lampion wycina? Otóż w opinii pani Mulciber - zdecydowanie zbyt długo. Dlatego w końcu, absurdalnie wręcz znudzona, zebrała się z fotela (ileż można było tak cierpieć bez publiczności?) i wróciła do kuchni. Z kotem w ramionach.
- Kochanie…
Teraz to kochanie? Ale czasu nie spędza, w ogóle nie kocha! W dodatku taki zadowolony. Spojrzała więc na zaprezentowany lampion wyjątkowo krytycznie. Cholera. Wyszedł zdecydowanie lepiej niż się spodziewała.
- Przypomina mi trochę nieświętej pamięci Roberta. Też robił takie miny. - Stwierdziła, niechętnie bo niechętnie kiwając głową z uznaniem. Przysiadła na wolnym krześle, odsuwając się od dyniowych wnętrzności i chaosu na stole.- Będzie pasował do tej mordobijni Longbottoma.
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#4
Wczoraj, 22:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 23:04 przez Aaron Andrew Moody.)  
Moody powstrzymał się od powiedzenia na głos, że o Mulciberze, to mogłaby Lorien co najwyżej przypomnieć pulpa, która pozostała po wybebeszeniu dyni. Głównie dlatego, że wykroił ją własnoręcznie, a potem rozwlókł dyniowe wnętrzności wzdłuż stołu: mniej więcej to samo należało się w jego uznaniu uczynić mężczyźnie, który skrzywdził Lorien. Różnica między nimi była prosta, pomyślał. Dynia była porządnym warzywem, użytecznym, czego nie można było powiedzieć o tym paniczyku, za którego Lorien wyszła za mąż. Z wnętrza dyni można było wydobyć pestki. Uprażone były niemałym rarytasem. Z pulpy gniotło się placuszki, albo robiło zupę. Wykrojone kawałki miąższu można było marynować, albo przeznaczyć na ciasto. Co natomiast pozostało z Roberta Mulcibera? Ani miąższu, ani pulpy, ani nawet pesteczki. Lampion z jego czaszki nie ucieszyłby niczyjego oka. Nawet metafory nie dało się ugotować z truchła, a Aaron nie chciał przyprawić siedzącej obok kobiety o mdłości. Może dlatego uśmiechnął się tylko, wznosząc lekko butelkę z piwem w jej stronę, jak gdyby gratulował Lorien wyobrażenia odciętej głowy Roberta na kuchennym stole. Na tym jednak poprzestał. Na tym i na zakręceniu różdżką w powietrzu, aby odsunąć resztki dyni od wszędobylskich łap kota, który już zainteresował się ciągnącymi, włóknistymi nitkami.

— To porządna knajpa, nie żadna mordobijnia — przysiągł Lorien, no bo przecież należało reputacji przyjaciela bronić. W Rejwachu nikt mu nigdy nie dał w mordę ani nie naszczał do piwa.

Prawdopodobnie dlatego, że bywał tam wyłącznie poza godzinami otwarcia, żeby pić z Woodym. 

— Zresztą, z takim straszakiem na barze wszystkim awanturnikom odechce się wszczyniania burd. Naprawdę cieszę się, że wyszedł ten lampion… Aż tak sobie pomyślałem, żeby i dla nas taki zrobić. Niegłupi to chyba pomysł, taka dekoracyjka? Może trochę kiczowata, ale wszystkie święta są kiczowate. Nie wiem, czy lampiony rzeczywiście odstraszają złe duchy, czy to tylko takie gadanie egzorcystów, żeby zarobić więcej na sprzedaży. Kupiłbym dynię i wydrążył na niej… — odstawił na stół butelkę z piwem, aby obrócić dyniową maszkaradę tyłem do Lorien, odsłaniając jedyne miejsce na powierzchni skórki nienaznaczone nożem, jak gdyby chciał sprowokować ją do wyobrażenia sobie ich własnego lampionu. Dementora, chciał powiedzieć, wydrążyłbym dementora.

Przerwało mu jednak pukanie do drzwi. Aaron zmarszczył brwi, nie spodziewali się bowiem z Lorien gości. Być może tej jednej starszej sąsiadce znowu zepsuło się radio? Nie był specjalnie towarzyskim człowiekiem, więc nie mógł sobie wyobrazić, kogo przygnałoby na jego próg bez wcześniejszej zapowiedzi. Wytarł zatem ręce w kuchenną ścierę. Zauważył, że Lorien poruszyła się w miejscu z gracją kota, który zatapia ząbki w małym ptaszku: posłała mu bowiem to szczególne spojrzenie, gdy wstał, żeby otworzyć drzwi.

Aaron Andrew Moody przez chwilę po prostu przypatrywał się ogromnej dyni, którą dostarczono na próg mieszkania.

— Mamma mia — westchnął, przeczesawszy ręką włosy.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#5
10 godzin(y) temu ✶  
Otóż co do faktu, że taki lampion z czaszki nikogo by nie cieszył, to pan Moody nie miał racji. Lorien by się bardzo ucieszyła, a po zakończonym sabacie zrobiłaby sobie z niego przycisk do papieru. Ale Robert leżał kilka stóp pod ziemią i nikomu nie chciałoby się pewnie grobu rozkopywać.
Więc musiała się obejść smakiem jeśli chodzi o wszelkie suveniry z ex-mężowych części ciała.

- Z pewnością jest to przybytek najwyżej kultury, godny poszanowania. Mea culpa.- Przyłożyła dłoń do serca. Jak przez mgłę pamiętała sam Rejwach. Zawitała do niego może raz w życiu, zaraz po ogłoszeniu tego przeklętego manifestu przez Voldemorta. Ile to już lat minęło? Dwa? Trzy?
Znała jedno, słownie jedno, porządne miejsce na Nokturnie i było nim to, gdzie wszyscy Nokturniacy ostatecznie kończyli - zakład pogrzebowy Malfoy’ówny. Cała reszta tej przeklętej ulicy była tylko jedną wielką wylęgarnią robactwa i przestępców. A skoro Woody nie miał problemu co by się z nimi bratać, wniosek nasuwał się sam sobie.
- Przypomnij mi, żebym następnym razem jak go odwiedzisz odprasowała ci najlepszą koszulę. No i krawat. Do takiego miejsca bez krawata ani rusz!
Takie to właśnie o tej Longbottomowej knajpie pani Mulciber miała zdanie. Nic tylko lekko sobie pokpić i pośmiać z “porządności” owego miejsca.

Drapała leniwie Kota za uchem, słuchając najnowszego pomysłu Aarona. Tak sobie pomyślał, żeby dla nich zrobić… Urocze. Uniosła lekko kąciki ust. Ach ci mężczyźni. Wiecznie jest się o krok przed nimi, a oni nadal sądzą, że świat leży u ich stóp.
- Dobra myśl.- Rzuciła lekko, co by mu jeszcze trochę animuszu.
Nie usłyszała jednak co pan Moody zamierza wyrzeźbić w ich lampionie, bo ktoś zastukał do drzwi. Albo kurier albo ta okropna stara baba z parteru, która jej kiedyś zatrzasnęła okno na półpiętrze tuż przed dziobem. Raz jeden się tu przemieniła i takie okropieństwa się zadziały! Obudziła się co prawda już w łóżku, bo wilgowron ptaszkiem był zmyślnym i w końcu odpowiednie okno znalazł, ale nos miała obolały przez następnych kilka dni. Od tego czasu sąsiadce się nie kłaniała.
Nadstawiła lekko ucha. Tylko cisza. I Aaron chyba coś tam sobie wzdychał pod nosem.
Oho, nie było skrzeczenia na pół bloku. Więc może jej zamówienie wreszcie dotarło?
- Jakiś problem, kochanie?- Zaszczebiotała z kuchni, na tyle głośno co by na pewno ją usłyszał. Ach ileż było troski w jej głosie! Ileż czułości! Podniosła Kota na wyciągniętych rękach, by zaraz tyknąć się z nim czółkami. Futrzak w jej objęciach zaraz zaczął mruczeć jeszcze głośniej, domagając się dalszych pieszczot.- Zobaczymy czy nam też taką ładną wyrzeźbi jak Woody’emu.- Wymruczała, cmokając sobie nad kociskiem, które aktualnie leżało wczepione w nią pazurkami na jej piersi z łebkiem wciśniętym między ramię, a szyję czarownicy.
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#6
7 godzin(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 7 godzin(y) temu przez Aaron Andrew Moody.)  
Problem był taki, że Aaron wiedział dobrze, że oboje woleli biedermeier od estetyki grobowej krypty. Może i taki lampion z czaszki opromieniłby nieco życie Lorien: znicze na mogiłach płonęły pięknie, owszem, ale znicze nie płonęły dla żywych. Nie dawały ciepła, nie można było ogrzać przy nich dłoni, a cienie jakie rzucały, były dłuższe od bijącej od nich poświaty. A pośród cieni kryła się groza. Cienie słaniały się jak wspomnienia: w skąpych błyskach płomieni duchy przeszłości wstawały z grobów, w których powinny zgnić na dobre. Ciemność była im wygodną, bo nie musiały przybierać konkretnego kształtu. Straszyły więc. Wypaczone, odarte z człowieczeństwa mary, żerujące na ludzkich słabościach, przypominające o ludzkich błędach. Aaron Andrew Moody nie bał się opowieści o duchach. Podobnie jak i Lorien miał jednak swoje cmentarzysko. Wielu leżało na nim przestępców, których dosięgła ich ręka sprawiedliwości: Moody mawiał kiedyś, że była to ręka, w której auror dzierży różdżkę, a sędzia młoteczek. Nie nawiedzały go ich duchy. Nie męczyły go po nocach: przechadzał się alejkami swojego cmentarza z zadumą, myśląc o grobach, których nie widział. O tych, które zostawili po sobie złoczyńcy, których pogrzebał. Były jednak groby, o których myśleć nie chciał. Te na samym końcu cmentarza; te, w których złożono jego bliskich. Dbał o nie, jak nakazywał obyczaj, ale poza tym, nigdy ich nie odwiedzał. Żadnego z nich, nawet grobu żony. Po cóż miałby to robić? Nie usłyszałby jej śmiechu w skrzypieniu wrót cmentarza. W świetle znicza stojącego na grobie przyjaciela poległego w boju nie zobaczyłby tego charakterystycznego błysku, jaki rozświetlał jego oczy, gdy pracowali nad nową sprawą. Całymi dniami mógłby się modlić nad mogiłą rodziców, ale nie wróciłby tym życia ojcu. Nie uzyskałby od niego przeprosin, które należały mu się jako synowi. Być może był hipokrytą sądząc, że nie rozumie tej nekrofilnej tęsknoty, jaką przejawiało tak wielu. Nie nosił przecież żałoby dłużej niż należało, a jednak przez dwadzieścia lat żył z wspomnieniem martwej żony po drugiej stronie łóżka. Czy naga czaszka Roberta Mulcibera ogrzałaby łóżko Lorien? Czy światło stojącej w niej świecy opromieniłoby jej twarz tak, jak robił to uśmiech?

— Naprawdę doceniam — odpowiedział dyplomatycznie Aaron na sugestie Lorien dotyczące noszenia krawata: od czasu wizyty w tej całej… Jak jej tam… Przeklętej Łyżeczce, bardzo się pilnował, żeby narzeczonej swoją niewrażliwością wobec niepisanych zasad czarodziejskiego dress code nie urazić. Na jego twarzy zaplątał się jednak pokrętny uśmieszek, bo sama myśl, że jeszcze miałby się dodatkowo stroić do Rejwachu, była mu prześmieszną: zrobiłby to chyba tylko po to, żeby podjudzić Enjolrasa, ducha trubadura zamieszkującego knajpę. Zapytany, mógłby powiedzieć, że wraca prosto z koncertu najlepszych nieumarłych angielskich lutnistów. Albo z sypialni jego matki, na jedno wychodziło. Wszystkie te głupie żarciki pozwalały bowiem na ignorowanie tego, co dla Lorien było oczywistym: na Nokturnie aż roiło się od elementu przestępczego, a Aaronowi wyjątkowo ciężko było żyć ze świadomością, że Woody się z takowym z własnej woli brata.
— Ale tak jak na ryby nie jeżdżę w garniaku, tak na Nokturn nie wyprawiam się w krawacie. Takie ubiory trzeba zostawać na specjalne okazje, żeby pokazać, jakie są specjalne — zauważył chytrze. — Na przykład na wspólny wieczór w kinie.
No bo kupił bilety na kiedyś tam, i próbował wybadać, czy Lorien byłaby chętna na ponowny kontakt z kulturą mugolską.

Na razie jej mina była jednak nieprzeniknioną, a Moody miał inny dylemat: jak tutaj pękatą dynię do mieszkania w ogóle wtoczyć. Widział przecież, że nie zmieści się w drzwiach wejściowych.

"Jakiś problem, kochanie?"

— A tak się tylko zastanawiam, gdzie położyłem piłę — odkrzyknął w odpowiedzi Lorien. Zwykłym nożem nie szło przecież tego dyniowego monstrum przekroić. Naprawdę uwielbiał inwencję twórczą Lorien, ale, na bogów, jego kobieta nie mierzyła nigdy sił na zamiary: przecież ta dynia musiała być większa od niej samej! Nie żeby to było wielkie osiągnięcie, gdy było się wysokim tak akurat na trzy jabłuszka ułożone w stosik… Ale dynia zamówiona przez Lorien była naprawdę przepotężna. Aaron w końcu wymyślił, że wytnie jej kawał: magicznie zmniejszy warzywo, przeniesie dynię do kuchni, a potem na powrót ją powiększy. Szkoda tylko, że pomniejszony obiekt zachowywał cały swój ciężar: Aaron bardzo ostrożnie wniósł do kuchni malusieńką dynię, którą z widocznym wysiłkiem odstawił na kuchenny blat.

Stół aż zaskrzypiał.

— Przecież my będziemy jedli dynię na śniadanie, obiad i kolację przez najbliższy miesiąc — powiedział z bardzo poważną miną Aaron… Jednym machnięciem różdżki przewracając dyni oryginalne rozmiary. — W środek to zamiast świecy będzie można włożyć pochodnię — usłyszała Lorien zza monstrualnej dyni.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#7
5 godzin(y) temu ✶  
Myślenie o śmierci przychodziło jej łatwiej niż innym ludziom. Była… naturalnym porządkiem rzeczy. Czarodzieje mieli tą okropną przypadłość, że żyli zdecydowanie zbyt długo. Sto, dwieście lat. Niektórzy jak Nicolas Flamel dobijali w dobrym zdrowiu już chyba czterysetki. Co można robić przez taką małą wieczność?
Ona miała obiecane czterdzieści lat. Trochę mniej jeśli wierzyć Basiliusowi, ale kto by wierzył prognozie wypowiedzianej nad herbatką i herbatnikami nawet przez podobno wybitnego magomedyka? Odkąd Robert umarł, ona czuła się zdecydowanie, a po prostu Prewett przesadzał.
Tak po prawdzie to od ostatnich urodzin już wszystkie sprawy miała uporządkowane. Potem pojawił się Moody i narobił jej burdelu w papierach. I w życiu. Nie powiedziała mu jeszcze o wielostronicowej intercyzie, którą trzymała na dnie swojego kufra. W razie czego podpisze za niego i już. I tak nie planowali wielkiego greckiego włoskiego wesela. Ani nawet angielskiego.
Dziwną była relacja pani Mulciber ze śmiercią. Czułą. Nosiła czerń, bo ta wyszczuplała i pasowała do jej karnacji. Gdy przychodził czas żałoby - odrzucała jej kolory w kąt ku zgorszeniu konserwatywnych dewot. Nie modliła się nad grobami; nie tęskniła za zmarłymi, choć nie wierzyła, że czekają na nią po drugiej stronie.
Zawsze wiedziała, że odejdzie pierwsza. Najbliżsi przygotowywali się na to całe życie - wiedzieli to rodzice, wiedział Alex. Podejrzewała, że Richard pewnie odlicza dni w kalendarzu. Przyjaciele omijali temat i choć zdarzało im się udawać, że tego nie rozumieją - to też wiedzieli.
Ale Aaron. O jego reakcji starała się nie myśleć. Był jedną wielką niewiadomą.
Czy odwiedziłby jej grób? Chciałby go w ogóle zobaczyć? A może stwierdziłby, że szanowną panią teściową popierdoliło już do reszty, skoro takowy zafundowała swojej jedynaczce? A gdy przyjdzie czas - skorzystałby z prawa odprawienia pogrzebu gdzie indziej? Odprawiłby pogrzeb? W końcu umieranie maledictusa wyglądało… inaczej.
Kiedyś o tym porozmawiają. Ale nie teraz. Teraz pan Moody miał o wiele twardszy orzech do zgryzienia niż śmierć żony. A dokładniej - jej złośliwostki za życia.

- Aż takie ciężkie?- Zmierzyła spojrzeniem miniaturowe warzywo w rękach prawie-że-męża. A potem i samego, nieco poczerwieniał z wysiłku. Brew jej lekko drgnęła, gdy stół niemal ugiął się od ciężaru.- No ja nie wiem kochanie. Coroczne kursy sprawnościowe Aurorów za pasem…- Potrząsnęła lokami, kręcąc głową. Dwoje mogło grać w tą grę.
Dynia wróciła do normalnych kształtów. Nie, nie normalnych, bo w tym potworze nie było absolutnie nic normalnego. Ale dokładnie taką zamówiła.
Wychyliła głowę, co by jednak móc na Aaron spojrzeć. Za kilkanaście lat mugole będą określać takowe warzywa “genetycznie zmutowanymi osobnikami”. Na razie była to po prostu dynia-gigant.
- Coś mówiłeś o kinie?- Zapytała naprawdę starając się brzmieć kompletnie obojętnie. Nie wyszło. Zdradzało ją wszystko - od pełnego oczekiwania rumieńca na policzkach, aż po błysk w oku na samą myśl o tym dziwacznym mugolskim wynalazku i niecierpliwe postukiwanie palcami o blat stołu.- Grają w ogóle w tym całym kinie coś gdzie się mugole nie okłądają pięściami i nie wybuchają? Ostrożnie, tylko nie zepsuj. - Zmieniła nagle temat przyglądając się jak Aaron macha niefrasobliwie różdżką.- To dynia z certyfikowanych nasion oxfordzkich. Od wieków kultywowana przez rodzinę von Pumpkinworth, według receptur hodowlanych przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Każda taka dynia jest osobiście błogosławiona i poświęcona przez głowę kowenu z Oxfordu i opatrzona certyfikatem autentyczności. Ta konkretna jest z limitowanej partii Lady von Pumpkinworth ‘72. Tylko trzy takie okazy na świecie. Jeden sprzedano do Ministry Magii na tegoroczne Mabon, druga powędrowała na bal charytatywny w MACUSIE, a trzecia jest tutaj. Zero presji. To tylko dwadzieścia pięć tysięcy galeonów.- Kłamała jak z nut. Chyba.- Ale z tym kinem. Grają może coś o mugolskich wojnach?- Dodała na jednym wydechu.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (1583), Lorien Mulciber (1578)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa