14.09.2026, 21:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.09.2026, 21:50 przez Anthony Shafiq.)
—29/10/1972—
Anglia, Dolina Godryka
Lydia Black & Anthony Shafiq
![[Obrazek: imgproxy.php?id=Njtxczj.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Njtxczj.png)
The veil grows thin, the year grows old,
The hearth burns bright against the cold.
Accept this gift of earth and vine,
Of golden grain and autumn wine.
For those who guide, for those who passed,
A harvest shared while shadows cast.
With grateful heart, I bow my head –
Blessed be the living, blessed be the dead.
![[Obrazek: imgproxy.php?id=Njtxczj.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Njtxczj.png)
The veil grows thin, the year grows old,
The hearth burns bright against the cold.
Accept this gift of earth and vine,
Of golden grain and autumn wine.
For those who guide, for those who passed,
A harvest shared while shadows cast.
With grateful heart, I bow my head –
Blessed be the living, blessed be the dead.
Wizyta w późno rozkwitającej, intensywnie remontowanej siedzibie fundacji Złote Jabłko, jeszcze bez szyldu i odpowiedniej promocji tego miejsca, przyniosła mu to co przynieść miała.
Pewność. Stabilność. Wiarę.
Gdy przyszłość niosła niepewne, zwłaszcza przyszłość nadchodzącego sabatu, posuwanie się planów do przodu miało w sobie kojący spokój. Samotnej figurze przemierzającej dogasające łany suszów nie przeszkadzał układający się do snu krajobraz. Nie był zbyt nawykły do niego, preferując tereny miejskie, wysycone kulturą aglomeracji. Będzie musiał się do tego przyzwyczaić. Będzie musiał przyzwyczaić się do wielu rzeczy.
Poły jego płaszcza gięły główki rzeszy ździebeł traw. Strój nie wyróżniał się w żaden sposób, peleryna opadała z ramion zwobodnie, zrezygnował z soboli wokół kaptura i mankietów, wiedząc że małomiasteczkowa społeczność nie ceni przepychu tak jak ceniła sobie zaradność. Pewność. Stabilność. Wiarę.
Byli jak Tebańczycy, których co rusz musieli znosić ciężar boskich wyroków. Miejsce ukochane przez bogów, Knieja ich ogrodem. Osnowa rzeczywistości po rozdarciu zdawała się nie powracać na swoje miejsca, nie tylko nad Polaną Ognisk. Wdychał duchowe opium, żywił się nim i tęsknił wrażenia, które spotkało go podczas Lammas.
Zapalił wtedy świecę.
Momentów poczucia duchowej łączności z bytem wyższym było więcej i więcej, a on zdawał sobie coraz mocniej sprawę z tego, że zaczyna ich wypatrywać. Czekać ich ze strachem podszytym dziecięcą niemal ekscytacją, zapominającą o zwyczajowym zgorzknieniu, które winno dociążać barki czterdziestolatków.
Oddychał spokojnie i miarowo podczas tej samotnej wyprawy, w dłoniach obracał diadem. Misterna robota z brązu, była artystyczną próbą oddania niewinności wieńca, który mógłby zostać uczyniony na Samhain. Właściwa ofiara dla Matki czekała zakupiona u rzemieślnika już jakiś czas temu, Anthony miał jednak poczucie, że nie we wspólnocie, nie w kowenie znajdzie to czego pragnął. Za czym tęsknił. Czego wypatrywał.
Jego lekko przydługie włosy poddawały się październikowemu wiatrowi, łaskocząc skupioną na zadaniu twarz. Przeszedł na tył byłej posiadłości Slughornów i ruszył po prostu przed siebie, na ślepo, wierząc, że duch poprowadzi go ku brawie. Ku wodzie.
Bardziej to wiedział niż czuł, ale błona między jednym a drugim zdawała się przyjemnie transparentna, cienka niczym tengujo, mogąca się przerwać od samej li tylko obserwacji.
Nie umknęło mu, że szelest przeszedł w dźwięk sugerujący oddolną wilgoć, w chlupoczących stąpnięciach. Nie umknęło mu, że dostrzegł pośród roślinności przerzedzenie sugerujące bramę. Nie umknęło mu, że stała tam już drobna postać, której rysów twarzy jeszcze nie widział, ale nie był pewien czy tego chce. Jak widmo. Jak zjawa. Jak złączenie przeszłości i przyszłości. Na granicy światów.
Wyciągnął diadem z brązu o mieniącym się diamentami kwieciu. Był doskonały. Był żywy. Aby dotrzeć do duchów trzeba było go zabić. Zgnieść w palcach. Nadać doskonałości rysę. Nie wahał się, ale odłożył ten akt w czasie. Nie chciał wiedzieć, musiał wiedzieć.
– Oíche Shamhna Shona Duit… – przywitał się z nią stając obok, choć do równonocy pozostały dwa dni. Jego myśli tak głęboko osadzone w zagadnieniach wiary i kanonu, nie zauważyły języka, w którym uformowały się myśli.
Pewność. Stabilność. Wiarę.
Gdy przyszłość niosła niepewne, zwłaszcza przyszłość nadchodzącego sabatu, posuwanie się planów do przodu miało w sobie kojący spokój. Samotnej figurze przemierzającej dogasające łany suszów nie przeszkadzał układający się do snu krajobraz. Nie był zbyt nawykły do niego, preferując tereny miejskie, wysycone kulturą aglomeracji. Będzie musiał się do tego przyzwyczaić. Będzie musiał przyzwyczaić się do wielu rzeczy.
Poły jego płaszcza gięły główki rzeszy ździebeł traw. Strój nie wyróżniał się w żaden sposób, peleryna opadała z ramion zwobodnie, zrezygnował z soboli wokół kaptura i mankietów, wiedząc że małomiasteczkowa społeczność nie ceni przepychu tak jak ceniła sobie zaradność. Pewność. Stabilność. Wiarę.
Byli jak Tebańczycy, których co rusz musieli znosić ciężar boskich wyroków. Miejsce ukochane przez bogów, Knieja ich ogrodem. Osnowa rzeczywistości po rozdarciu zdawała się nie powracać na swoje miejsca, nie tylko nad Polaną Ognisk. Wdychał duchowe opium, żywił się nim i tęsknił wrażenia, które spotkało go podczas Lammas.
Zapalił wtedy świecę.
Momentów poczucia duchowej łączności z bytem wyższym było więcej i więcej, a on zdawał sobie coraz mocniej sprawę z tego, że zaczyna ich wypatrywać. Czekać ich ze strachem podszytym dziecięcą niemal ekscytacją, zapominającą o zwyczajowym zgorzknieniu, które winno dociążać barki czterdziestolatków.
Oddychał spokojnie i miarowo podczas tej samotnej wyprawy, w dłoniach obracał diadem. Misterna robota z brązu, była artystyczną próbą oddania niewinności wieńca, który mógłby zostać uczyniony na Samhain. Właściwa ofiara dla Matki czekała zakupiona u rzemieślnika już jakiś czas temu, Anthony miał jednak poczucie, że nie we wspólnocie, nie w kowenie znajdzie to czego pragnął. Za czym tęsknił. Czego wypatrywał.
Jego lekko przydługie włosy poddawały się październikowemu wiatrowi, łaskocząc skupioną na zadaniu twarz. Przeszedł na tył byłej posiadłości Slughornów i ruszył po prostu przed siebie, na ślepo, wierząc, że duch poprowadzi go ku brawie. Ku wodzie.
Bardziej to wiedział niż czuł, ale błona między jednym a drugim zdawała się przyjemnie transparentna, cienka niczym tengujo, mogąca się przerwać od samej li tylko obserwacji.
Nie umknęło mu, że szelest przeszedł w dźwięk sugerujący oddolną wilgoć, w chlupoczących stąpnięciach. Nie umknęło mu, że dostrzegł pośród roślinności przerzedzenie sugerujące bramę. Nie umknęło mu, że stała tam już drobna postać, której rysów twarzy jeszcze nie widział, ale nie był pewien czy tego chce. Jak widmo. Jak zjawa. Jak złączenie przeszłości i przyszłości. Na granicy światów.
Wyciągnął diadem z brązu o mieniącym się diamentami kwieciu. Był doskonały. Był żywy. Aby dotrzeć do duchów trzeba było go zabić. Zgnieść w palcach. Nadać doskonałości rysę. Nie wahał się, ale odłożył ten akt w czasie. Nie chciał wiedzieć, musiał wiedzieć.
– Oíche Shamhna Shona Duit… – przywitał się z nią stając obok, choć do równonocy pozostały dwa dni. Jego myśli tak głęboko osadzone w zagadnieniach wiary i kanonu, nie zauważyły języka, w którym uformowały się myśli.
Spoiler