• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 10 Dalej »
[2.09 Keyleth & Lewis] Biała trufla

[2.09 Keyleth & Lewis] Biała trufla
fretka
wiek
21
sława
I
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
kieszonkowiec
uwaga - metamorfomag na gigancie! dość wysoka mulatka, 175 cm, 83 kg, kręcone czarne włosy, intensywnie zielone oczy

Keyleth Nico Yako
#1
25.02.2025, 15:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.03.2025, 22:22 przez Keyleth Nico Yako.)  
Anglia zachwycała.

Anglia przerażała.

Anglia mroziła.

Było zimno. Jeśli to miał być ich wrzesień, to jaka będzie zima? Nawet nie chciała za bardzo się zastanawiać, choć nie uległa pokusie, aby przemienić się we fretkę i zwiedzić sklep inaczej. Jeszcze ktoś wziąłby ją za przerośniętego szczura, głupio byłoby tak umrzeć... tak gwałtownie, kiedy angielska przygoda dopiero się rozpoczynała.

Po całych dniach podróży, po miesiącach oczekiwania, LATACH marzeń. Tylko co dalej? Najpierw trzeba było zapełnić brzuch. Tym razem wybrała sobie ładną twarz. Lokalną, mniej wyróżniającą się niż poprzednio. Rude włosy, piegi, jeansowa koszula która z powodzeniem mogła być ukradziona starszemu bratu i bura spódnica włócząca się po ziemi. I szata też taka narzucona, wszyscy byli ubrani w takie bure, szare kolory... Angielskie? Pod płaszczem ukryty był plecak pełen kolorowych wdzianek i podjebanych za wczasu na drodze świecidełek. Trochę nie mogła się doczekać, aż znajdzie sobie przyjemną norę, którą wymości w sposób mniej monochromatyczny...

Sklep do którego weszła, chyba nie był miejscem, w którym po prostu dawano jeść. Wszechogarniający kolor, zapach, WSZYSTKO atakowało ją z każdej strony. Inność. Dziwaczność. To było fascynujące. Przerażające. Sprawiające, że w brzuchu burczało jej jeszcze bardziej.

Dalej powstrzymała się przed przemianą we fretkę. Tak mogłaby napełnić sobie żołądek milion razy szybciej, ale wiedziała, że to nie byłoby najmądrzejsze spalać od wejścia wszystko na rzecz dwóch jabłek. Przykleiło jej się do palców już kilka złotych moment, nie powinno więc być tak źle.

Dlaczego jednak te rośliny wyglądały tak dziwacznie? Zmarszczyła swój piegowaty nos, nie mając świadomości, że jej oczy nie są tak doskonale błękitne jak pierwowzoru, który minęła na ulicy. Pozostały oliwkowe, po matce i teraz czujnie badały kolczaste coś, a głowa próbowała sobie przypomnieć tego nazwę, jednocześnie boląc od nadmiaru wyboru.

Robin Hood
You died? Walk it off.
wiek
25
sława
IV
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Kucharz w Rejwachu
Brązowe, przetykane słońcem włosy, brązowe oczy i czasami zarost. Kolczyk w uchu i szeroki uśmiech. Pachnie jak tania woda kolońska oraz frytura, której nigdy do końca nie może zmyć. Drobna budowa ciała (172cm), żylaste mięśnie i pewny siebie krok. Zazwyczaj ma na sobie fartuch kucharza. W pracy spina włosy w ciasny koczek.

Lewis McKinnon
#2
28.03.2025, 23:17  ✶  

Najbardziej chujowe w jesieni angielskiej było to, że zawsze przychodzi za wcześnie. Jest mokro i gnilnie, ale wszyscy jeszcze się oszukują, że może wyjdzie słońce. Lewis uwielbiał lato za jędrne papryki, pachnące pomidory i aromatyczne świeże zioła. Jesień za to pachniała kapustą oraz ziemniakami pieczonymi na ognisku, albo w jego przypadku, w wielkim piecu. Lewis żył rytmem kulinarnym.

Była również różnica między tym, co chciał robić, a na co pozwalał mu jego budżet. I nie chodziło oczywiście o ten prywatny, on zawsze był za mały, ale o ten wyznaczony na jedzenie przez Tarpa. Był po prostu kurewsko mały jak na ambicje i marzenia. Chłopak absolutnie do tego przywykł. Omijał więc na targu sprzedawców homarów, chociaż wyobrażał sobie parowane mięso z masłem ziołowo-cytrynowym lub prażony ryż z bazylią. Ostatecznie, z tym ostatnim mógł spróbować, jako danie sezonowe, o ile Tarp zrozumie, co to znaczy i nie umrze na widok chilli w przepisie. Może mu o nim nie powie?

Po złożeniu zamówień u dostawców właściwie stałych, na te, co zwykle sztuki mięsa, skrzynki warzyw, potargowaniu się o ceny, ponarzekaniu na pogodę, wypytaniu, czy wnuki gotowe na Hogwart, udał się jeszcze do jednego miejsca.

Delikatesy na Horyzontalnej, mieszczące się wygodnie pomiędzy kamienicami mieszkalnymi, w niedalekiej odległości od Biblioteki Parkinsonów, zaopatrywały najbardziej wykwintne podniebienia. Trufle, wina, zamorskie przyprawy, francuskie sery. Znał się ze sprzedawcą, dlatego wyminął dziewczynę, która gapiła się jak sroka w gnat na francuski Lazur i od razu podszedł do lady.

— Dzień dobry, panie Middleshop — Lewis oparł się o ladę. — Chyba interesy nie idą, coś pan schudł.

Mężczyzna zaśmiał się wesoło. Rzeczywiście, był raczej tęgim jegomościem po pięćdziesiątce, z wybitnym, podkręconym wąsem.

— Moja Grace gnębi mnie jakąś nową dietą, ale muszę ci powiedzieć w sekrecie, chłopce, że nawet dobre są te sałatki tylko… Trochę parmezanu jeszcze nikomu nie zaszkodziło albo szynki szwardzwalskiej do tej jej zieleniny.

Oboje wymienili porozumiewawcze spojrzenia, jako koneserzy jedzenia. Ich znajomość nie zawsze tak wyglądało, początkowo pan Middleshop był bardzo negatywnie nastawiony do Lewisa, mając go za złodzieja. Oczywiście, nie pomylił się, bo czasami chłopak wychodził z kilkoma kulkami liczi w kieszeniach lub trójkątem dojrzewającego sera, za który zdecydowanie nie zapłacił, czego tamten po prostu nie zauważył. Na szczęście słowo kucharz w restauracji, co było zdecydowanie nadużyciem, otworzyło bramy zaufania mężczyzny.

Naiwniak.

— Są już białe trufle?

— Jeszcze nie ma, pewnie z miesiąc. Trochę mi ubyło handlarzy przez… — Sprzedawca zniżył głos do szeptu. — Sam-Wiesz-Kogo.

Lewis pokiwał głową w zadumie.

fretka
wiek
21
sława
I
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
kieszonkowiec
uwaga - metamorfomag na gigancie! dość wysoka mulatka, 175 cm, 83 kg, kręcone czarne włosy, intensywnie zielone oczy

Keyleth Nico Yako
#3
28.03.2025, 23:59  ✶  
Nadamiar możliwości przytłaczał ją. Chciała bardzo zjeść ciastko i mieć ciastko. Mieć możliwie dużo ciastek.

Nie zwracała najmniejszej uwagi na kolejnego klienta, bo porzuciwszy kolczaste dziwo, przeniosła siebie (i swój niekłamany zachwyt) na niewielką witrynkę poświęconom wypiekom. Niby miała pieniądze, ale szybkie kalkulacje pokazały jej, że nie starczy jej w sumie na nic z frykasów, które pożerała oczami. Jej wrażliwy nos wychwytywał nęcące wonie, splecione ciasno korzenne pomysły tutejszych kubków smakowych, które i jej przypadały do gustu.

Trochę słabo, że w sklepie zapanowała taka cisza, kiedy jej brzuch skręciło w środku dając akompaniament przypominający otwieranie wielkich skrzypiących drzwi, choć wszyscy obecni wiedzieli przecież, cóż to mógł być za odgłos. Jej policzki zaczerwieniły się tak mocno, że piegi zniknęły z zasięgu wzroku. Podniosła się nieco sztywnawo i spojrzała skonsternowana na rozmawiających. W sumie nie musiała im się tłumaczyć, kto nie był głodny niech pierwszy rzuci kamieniem, czy coś. Niestety, już otworzyła usta:

— Ja nie wiem! — odpowiedziała nieco piskliwie. Jej angielski nieco śmierdział nietutejszością. — Ja nie wiem o kogo chodzi? Ktoś kradnie te… — najwonniejsze arcydzieła wszechświata, zupełnie jakbym jadła rubiny, jeśli to smakuje chociaż w połowie tak dobrze jak pachnie to umrę od kulinarnego orgazmu — wypieki?

Robin Hood
You died? Walk it off.
wiek
25
sława
IV
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Kucharz w Rejwachu
Brązowe, przetykane słońcem włosy, brązowe oczy i czasami zarost. Kolczyk w uchu i szeroki uśmiech. Pachnie jak tania woda kolońska oraz frytura, której nigdy do końca nie może zmyć. Drobna budowa ciała (172cm), żylaste mięśnie i pewny siebie krok. Zazwyczaj ma na sobie fartuch kucharza. W pracy spina włosy w ciasny koczek.

Lewis McKinnon
#4
11.12.2025, 22:35  ✶  

Zarówno Lewis, jak i sprzedawca, spojrzeli na młódkę, jakby się z Lecznicy Dusz urwała. Pan Middleshop nawet zamrugał, zatrzymując się w połowie drogi pomiędzy papierową torbą, a ladą, bo i tak chciał zapakować nieczęstemu, ale stałemu bywalcowi (raz na dwa miesiące to regularny klient!) typowe zamówienie z gwiazdek gałki muszkatołowej, lasek cynamonu, jednej wanili oraz jednego grama szafranu. Na więcej Lewis nie mógł sobie pozwolić, a zbliżał się czas, gdy należało przygotować jesienne napary i zimowe górzance.

— Ty pod kamieniem mieszkasz czy co? — zapytał w osłupieniu Lewis, mierząc ją wzrokiem. Wyglądała jak zwykła dziewczyna, może w jego wieku, trochę dziwny akcent, ale czego się spodziewać po Irlandczykach, mówili jakby mieli ziemniaka w dupie i kartofla w gębie. — Ten typ, co ogłosił wojnę magiczną i tłuc mugolaków i mugoli chce. Nie było tak źle aż w Beltane coś pojeb... Znaczy pomieszał z magią coś podobno.

Na przekleństwie zreflektował się, bo pan Middleshop krzywo na niego spojrzał. No tak, przy damach nie można przeklinać, po prostu Lewis jedyne damy jakie znał, to temu damy, tamtemu damy, a trzeciemu nie damy, bo ma syfilis. Oparl swoje patykowate ciało o ladę, jak kij od miotły, której ktoś nie używa, bo idzie po zmiotkę. — Nie mów, że nic o tym nie słyszałaś?

Tymczasem właściciel przybytku zaczął pakować sprawunki w szary papier, kryjąc w jego szeleście narzekanie na dzieciaki, które niczym się nie interesują, tylko by przy radiu siedzieli, w kawiarniach i na densingi chodzili, gdy dobrzy ludzie umierają i trwa wojna. Zupełnie lekkoduchy, ta dzisiejsza młodzież, a później będzie płacz.

Lewis to ignorował, gadanie staruchów, co nie pamiętają, jak sami byli w tym wieku i myśleli, że zmienią świat, a później zgnuśnieli. Na szczęście Lewisa absolutnie taki los nie spotka, chyba że znów trafi do pudła, tym razem z wieczkiem zamkniętym na amen, jak dżem po pasteryzacji.

— Nic nie świta? — wyciągnął z kieszeni zapłatę, oszczędności pozostałe po dwóch miesiącach płacenia czynszu, opłat za wodę, jedzenie oraz początki zapasów węgla na jesień i zimę, żeby mu dupa nie zamarzła.

fretka
wiek
21
sława
I
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
kieszonkowiec
uwaga - metamorfomag na gigancie! dość wysoka mulatka, 175 cm, 83 kg, kręcone czarne włosy, intensywnie zielone oczy

Keyleth Nico Yako
#5
15.02.2026, 16:37  ✶  
Reakcja otoczenia wskazywała jasno i czytelnie, że absolutnie powinno było jej coś świtać.

Cokoliwek!

Keyleth, znaczy Nico, podrapała się pospiesznie po rudej głowie po czym wykrzyknęła:

– Ach no tak, no przecież, przepraszam, byłam bardzo... bardzo zamyślona i em... moi rodzice kilka lat byli za granicą, nie interesowaliśmy się aż tak polityką wewnętrzną kraju. – To było wystarczająco dobre kłamstwo na "w tej chwili", ale nie było jej zwyczajowym kłamstwem, więc w sumie Nico trochę się przestraszyła, że za kilka minut wywietrzeje i tyle będzie dobrego, złapana na gorącym uczynku czy coś.

Szczególnie, że jej koncentracja bardzo mocno przekierowała się na zawartość szarego papieru, w którym kryły się skarby zakupione przez Lewisa.

Co tam jakiś człowiek od wojny magicznej, skoro w brzuchu burczało?

– A tak właściwie, to co będziesz gotował? Jakąś tradycyjną potrawę? – oczy jej zalśniły żywym zaciekawieniem, nawet nie kryła faktu, że jej ślinianki rozpoczęły już swoją ciężką pracę i tylko mocne przełknięcie uchroniło twarz przed zalewem jej entuzjazmu, bo pobudzona wyobraźnia już zaczęła działać. – Em... pomóc Ci to nieść?– dodała, chociaż nie była pewna jak przedłużyć rozmowę. Gdy pojawiła się u wrót pokątnej, to właśnie ofertą pomocy zyskała przewodniczkę po głównej magicznej ulicy. Kto wie? Może teraz uda jej się powtórzyć sukces?

Złodziej tożsamości
Poza schematem, głodomór

Robin Hood
You died? Walk it off.
wiek
25
sława
IV
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Kucharz w Rejwachu
Brązowe, przetykane słońcem włosy, brązowe oczy i czasami zarost. Kolczyk w uchu i szeroki uśmiech. Pachnie jak tania woda kolońska oraz frytura, której nigdy do końca nie może zmyć. Drobna budowa ciała (172cm), żylaste mięśnie i pewny siebie krok. Zazwyczaj ma na sobie fartuch kucharza. W pracy spina włosy w ciasny koczek.

Lewis McKinnon
#6
14.06.2026, 14:22  ✶  

— Fiu, fiu, światowa — wywrócił oczami, chociaż nie było to po to nie, absolutnie niemiłe, raczej miło-kąśliwe. W rzeczywistości trochę (bardzo) zazdrościł wszystkim, którzy mogli sobie pozwolić na jakieś podróże. Jego marzeniem było pojechać do Lyonu i zjeść kolację w Abbaye de Collonges, u mugolskiego mistrza kuchni francuskiej. Nie było go jednak stać na nic, poza samą podróżą. Dostać się do Lyonu mógł, to nie takie trudne, ale co dalej? Taka kolacja kosztowałaby go pół roku oszczędności, lekko, nie wspominając o noclegu.

Dzwonek w drzwiach przybytku zadzwonił, do środka weszła kobieta w średnim wieku, z ogromnym, modnym spiczastym kapeluszem, w połyskującej zaklęciami szacie w słonecznym kolorze późnego lata. Bardzo pasowała do tego przybytku, znacznie bardziej niż ich dwójkę. Pan Middleshop od razu ją przywitał, tracąc zainteresowanie klientem, który już zakończył transakcję i dziewczyną, która nawet niczego nie kupowała.

— Aż tak słabo wyglądam? — Pomachał jej zawiniętą paczką, która nie mogła ważyć więcej niż kubek i to bez herbaty i miała wielkość i kształt pudełka na okulary. Przy tym, Lewis zdecydowanie nie wyglądał na chuderlaka, bo pod cienkim, jeszcze letnim ubraniem, wyraźnie rysowały się mięśnie ciężkiej, fizycznej pracy. — Będę testować nowy grzaniec. Woody kupił jakieś inne, zjeb... Znaczy takie se wino i nie wiem za bardzo, co będzie pasować.

Mówiąc to, zaczął wychodzić z lokalu, wyraźnie jednak nie przerywając rozmowy, dając jej możliwość wyjścia z lokalu razem z nim, bo może nie był najostrzejszą kredką w piórniku, ale zauważył, że dziewcze nie ma niczego wybranego ani niczego nie niesie, no i oferowała się ponieść.

Może to instynkt, a może po prostu Lewis miał nosa do zauważania ludzi, który mają mniej, niż wyglądają.

— Woody to mój szef — wyjaśnił, gdy wyszli na głośną Pokątną, która szumiała przechodniami, zawołaniami i ogólnym życiem codziennym czarodziejów. Jakiś ptak z wystawy skrzeczał co sił w dziobie, komuś uciekła latająca książka i gonił ją, trzymając jedną ręką kapelusz, a na wysokości trzeciego piętra, co jakiś czas nad ich głowami przelatywali czarodzieje na miotłach. — Ale dzisiaj mam wolne, więc gotuję w garkuchni. Może chcesz mi pomóc? Zawsze nam brakuje rąk do płukania misek, bo to niewdzięczna robota, no i zapłata jest tylko w obiedzie. Kasza z eee, zupą na winie. Co się nawinie, to do gara!

Zażartował, wciskając pakunek głęboko do kieszeni, po drugiej stronie od dziewczyny, jakby się okazało, że ma zbyt lepkie łapki.

— A w ogóle to Lewis jestem. Ty?

fretka
wiek
21
sława
I
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
kieszonkowiec
uwaga - metamorfomag na gigancie! dość wysoka mulatka, 175 cm, 83 kg, kręcone czarne włosy, intensywnie zielone oczy

Keyleth Nico Yako
#7
28.06.2026, 12:54  ✶  
Rzuciła mu niepewne spojrzenie, bo Lewis był chodzącą obietnicą darmowego obiadu i nie chciała go przecież obrazić w żaden sposób, a wyszło na to że obraziła go dwa razy. Zrobiła więc charakterystyczną minę wyrażającą ropuszą nadymkę i nie powiedziała już nic więcej, żeby się nie pogrążać. Znaczy… nie powiedziała przez pół minuty.

– Fuja wino? Przecież to nie jedzenie, nie możesz robić z wina zupy to nie ma sensu przecież! – nawet darmowy obiad miał swoje granice, które kiedyś zdawały się Key nieosiągalne tylko po to, żeby teraz zobaczyła je przylepione prosto w twarz. – Jeśli dasz mi kaszę z jakąkolwiek sensowną zupą to Ci wypłuczę każdą miskę świata! – dodała o wiele bardziej rezolutnie, bo zdarzało jej się pracować w mesie podczas swoich podróży. Praca w kuchni oznaczała, że człowiek nie był głodny. Zawsze coś spadało ze stołu. Celowo bądź przypadkowo.

– Jestem Nico. – odpowiedziała z przekonaniem posługując się swym jakże mądrym pseudonimem artystycznym wszystkich wcieleń metamorfomagicznych. – Miło Cię poznać Lewis. Jak się masz? – formułka z podręcznika wysmyknęła jej się szybciej niż by sobie tego życzyła. Nawet głos przybrała taki akademicki, angielskim, którego nie poznajesz na ulicy a w ławkach szkół. Bardzo szybko wyprzedziła swoją klasę w tym przedmiocie i z czasem pomagała nauczycielce przy młodziakach, bo nie ma lepszej nauki niż uczenie innych. Tyle że teraz to mogło zabrzmieć całkiem nienaturalnie. Cóż jednak było naturalne w świecie, który był wypchany po uszy różnorodnością? Keyleth z resztą nie poświęcała odrobiny myśli tej karykaturalnej wpadce, pogrążona w marzeniu o sosie…[/b] – a może sos grzybowy? Albo taki o… taki z jagnięciną… W ogóle robiłeś kiedyś Shepherd's Pie? ZAWSZE chciałam tego spróbować. Chociaż ani jedno ani drugie nie podpada za bardzo pod zupę, prawda? [/b] – zmartwiła się – Ile misek będę musiała wypłukać, żebyś zrobił mi Shepherd's Pie? – rozpoczęła twarde negocjacje, w ogóle nie będąc w pozycji do takowych. Cholerka, mogła sobie zrobić dzisiaj ciało tak o dwie głowy wyższe!

Robin Hood
You died? Walk it off.
wiek
25
sława
IV
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Kucharz w Rejwachu
Brązowe, przetykane słońcem włosy, brązowe oczy i czasami zarost. Kolczyk w uchu i szeroki uśmiech. Pachnie jak tania woda kolońska oraz frytura, której nigdy do końca nie może zmyć. Drobna budowa ciała (172cm), żylaste mięśnie i pewny siebie krok. Zazwyczaj ma na sobie fartuch kucharza. W pracy spina włosy w ciasny koczek.

Lewis McKinnon
#8
Wczoraj, 14:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 14:39 przez Lewis McKinnon.)  

Lewis popatrzył na nią, jakby na głowę upadła, ale bez złośliwości. Raczej z pobłażaniem. Pokręcił do siebie głową. Shepard's Pie było możliwe tylko dlatego, że mięso pochodziło od owcy, która była chora lub jagnięcia, które nie miało szansy przeżyć, aby nie zmarnować jego życia. Nikt nie zabijał młodych czy mleko i wełno-dajnych owiec od tak sobie.  Reszta była dosyć tania i prosta w przygotowaniu, na pewno długo leżała na żołądku i dawało ciepło od środka. Uczucie sytości stanowiło podstawę dobrego samopoczucia.

— Jagniecina? To chyba z milion. Może kiedyś zrobię w Rejwachu, ale to trzeba zapłacić wtedy — poinformował. Z ulicy Horyzontalnej przeszli na Nokturn. Ulice dookoła nic zmieniły się, w ciaśniejsze, brzydsze i zdecydowanie bardziej śmierdzące. Lewis przy okazji opowiadał dziewczynie co mija, nie żeby dużo było tego dookoła, głównie kamienice w kiepskim stanie, z zabitymi niektórymi oknami. Ale Lewis potrafił znaleźć piękno w kałuży gówna, więc zwrócił uwagę Nico na okna pani Meryl, starszej szwaczki, która za drobniaki cerowała ubrania i szyła na miarę. Jej okno było zniszczone, ale czyściutkie, wisiały w nim śliczne, bialutkie, wykrochmalone firanki, a po zewnętrznej stronie parapetu zwisały różowe kwiaty z białym całusem w środku swoich płatków. Lewis nie znał ich nazwy, ale od razu sprawiały, że kamienica nie wyglądała tak smętnie. Pokazał jej w którym podwórku jest najlepszy plac zabaw, zlepiony ze starych desek i wprowadzający opiekunów Promyczka w stan śpiączki, ale działający. Dlaczego? Bo dzieciaki to świetni informatorzy i szpiedzy.

Minęli też Wiwerna, którego surowo nakazał jej omijać.

— W Wiwernie jest droga, źle i paskudni ludzie i w ogóle smród i brud. Ale są z jakiegoś powodu najbardziej znani. — W słowach McKinnona brzmiała bardzo jasna stronniczość i ogólne uprzedzenie do przybytku, o którym mówił. Pokazał jej też Rejwach, mówiąc, że tutaj pracuje i tu jest super. 

Wreszcie dotarli do niewielkiego placyku przy studni, gdzie stało coś na kształt budki z paleniskiem, która bardzo już wymagała remontu, ale nikt nie miał na to ani czasu ani pieniędzy. Z wielkiej skrzyni, zamykanej na magiczny zamek, Lewis wyciągnął ogromny kociołek, worek kaszy, dwa worki zwiędłych marchewek, worek ziemniaków oraz czterdzieści puszek wieprzowiny wojskowej z taktycznie zamazanym terminem ważności. Puszkowane się nie psuje więc Lewis się nie przejmował.

Zamiast tego napełnił zaklęciem mniejszą miskę, umył ręce, zawiązał w pasie fartuch i drugi rzucił Nico.

— Otwórz wszystkie puszki. Jak coś jebie, to odstaw na bok, będzie dla bezdomnych zwierząt. Ja odcedzę groch.

Lewis namoczył groch poprzedniego wieczora i teraz ten nadal leżał w garnku, zmieniając się z pomarszczonych kulek w jędrne pyszności. Po odcedzeniu ich, wypełnił kociołek wodą, wrzucił na nowo groch i podpalił palenisko zaklęciem. Później, z niesamowitą wprawą, zaczął obierać cieniutko ziemniaki. Gdy skończyli z miesem, a ziemniaki trafiły do gara, oboję z Nico zaczęli szczotkować marchewki, żeby stracić jak najmniej przy obieraniu i znów nastąpił popis Lewisa, tym razem w krojeniu. I ziemniaki i marchewki zmieniły się w idealne kosteczki, wrzucone w zupę na sam koniec.

— Przetrzemy miski, zaraz ludzie zaczną się zbierać. Przyjmujemy po pięć knutów, ale jak ktoś nie ma, to też dajemy, tylko musi pomóc ze zmywaniem. Albo jak ktoś ma coś na wymianę, na przykład worek kaszy to też robimy wymiankę. Te puszki są od pani Valburg, jej sąsiadka zmarła i zostały w jej mieszkaniu, szkoda, żeby się zmarnowało.



STOP PROPOSING INDIVIDUAL SOLUTIONS
TO COLLECTIVE PROBLEMS
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Keyleth Nico Yako (1021), Lewis McKinnon (1691)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa