• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[20.12.1970] Holy hands, like a holy river

[20.12.1970] Holy hands, like a holy river
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#1
21.04.2026, 00:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.04.2026, 01:19 przez Lorraine Malfoy.)  
Little Hangleton, chatka Jahnavi Pandit

Jak co roku Baldwin pokręcił tylko głową, gdy Lorraine oznajmiła mu, że wybiera się w odwiedziny do Little Hangleton. Uśmiechnęła się lekko w odpowiedzi, uśmiechem, który przeznaczony był tylko dla niego. Tym smutnym i radosnym jednocześnie. Może dlatego, że użyła słów, które nawet ją samą przejmowały politowaniem. "Idę do domu ojca", powiedziała. Tak jak gdyby Armand Malfoy kiedykolwiek nazwał tamtą starą ruderę domem. A jednak Lorraine wciąż dbała o to miejsce. Odwiedzała na wpół zdziczały ogród, sprzątała obejście. W okresie przedświątecznym wpadała tam, aby zakląć magiczne świetliki na konarach swej jabłoni. Odmawiała porzucenia domostwa, w którym się wychowała, nawet jeżeli wspomnienia, wymiatane z izby wraz z kurzem, były smutnymi. Lorraine dobrze znała Little Hangleton. Kiedyś wydawało jej się większym. Piękniejszym. W dzieciństwie odnajdywała wiele piękna w otaczającej ją zewsząd brzydocie. W otaczającej ją biedzie. Teraz... Trudno było jej wytłumaczyć, dlaczego wracała. Nigdy nie zostawała zbyt długo, zbyt zajmowały ją bowiem codzienne obowiązki, a podszyty wiatrem płaszcz nie zapewniał wystarczającej ochrony przed mrozem. Wystarczyło już tylko przystoić jabłoń wątłymi światełkami, wcześniej zadbała bowiem o to, aby w chacie było względnie czysto. Wcześniej zdążyła nazbierać w Lesie Wisielców gałązek na świąteczne stroiki... A jednak Lorraine skierowała na powrót swe kroki w stronę zagajnika. Nie minął nawet tydzień odkąd ostatnio zapuściła się w leśne ostępy. Kroczyła dobrze znaną ścieżką, chociaż ta zdawała się ginąć pod pokrywającym las śniegiem. Lubiła myśleć, że zna niemal każdy jego zakamarek. A jednak gdy przechadzała się ostatnio pośród drzew, przystanęła w zadumie. Oto napotkała bowiem na swojej drodze przypomnienie, że nawet martwy, las nigdy nie przestanie się rozrastać.

Wisielec.

Lorraine westchnęła ciężko. Truchło było świeżym, a twarz zwieszającego się z gałęzi trupa była znajomą. A więc tutejszy. Tak też bywało. Mrozy otamowały rozkład, oceniła wprawnym okiem, ze smutkiem spoglądając na pokryte szadzią płatki wiecznie zielonych krzewinek, zaklęte, ażeby czuwać przy zmarłym. Tak, kojarzyła go, jakkolwiek mgliście, zawsze miała przecież dobrą pamięć do twarzy. Czy dobrze pamiętała, że miał córkę? To ona musiała zostawić ojcu kwiaty. Przyklękła na gołej ziemi, przeżegnawszy się świętym znakiem, który uczyniła w imię Dziewicy, Matki i Staruchy. Ani na chwilę nie spuściła wzroku z targanego podmuchami chłodnego wiatru ciała. Zmarłym należało oddać cześć, nieważne, jakimi byli za życia. Oto był czyjś ojciec, pomyślała, patrząc na kwietne wieńce, oplatające truchło, oto był czyjś mąż, czyjś syn. Jak wielki żal musiał skrywać w sercu, skoro samolubnie porzucił świat, w którym był nimi wszystkimi? Skoro targnął się na życie, które było najdroższym, co posiadał. Pomodliła się za niego, choć nie wiedziała, czy należał do wiary. Wielu ludzi wiary traktowało samobójców z pogardą. Lorraine nie umiała nimi pogardzać. Zbyt długo nosiła w sercu pogardę wobec własnej matki. Wobec wili, która odebrała sobie życie wolą próżnego kaprysu. Matka powiesiła się przecież na jabłoni rosnącej pod oknem domu ojca pod Londynem. Wiedziała o tym bardzo dobrze. Wiele razy próbowała bowiem zrozumieć. A jednak gdy przeprowadzili się do Little Hangleton, do domu otoczonego jabłoniami, wciąż nie rozumiała. Przecież miałaś mnie, powtarzała, w sękatym pniu drzew szukając rysów twarzy matki, do której mogłaby przytulić policzek. Dlaczego nie mogło ci wystarczyć, że miałaś mnie? Wtulała policzek w pokrytą mchem, chropowatą korę, chociaż wiedziała, że w jabłoni sięgającej gałęziami jej okna nie zaklęto żadnej duszy. Że nie było obok nikogo, kto mógłby wysłuchać jej modłów przetykanych wyrzutem.

A jednak jej wybaczyła.

Gdy Lorraine Malfoy patrzyła na zwieszające się z gałęzi truchło Merricka Shacklebolta, zastanawiała się, czy jego córka również zdołała mu wybaczyć. Czy wybaczy swemu ojcu, tak jak Lorraine wybaczyła swojej matce. Przedziwny był to przecież rodzaj wybaczenia. Nie umiałaby opisać winy, jaką należało odpuścić. Nie umiałaby opisać uczuć, jakie się z tym odpuszczeniem wiązały. Nie było tam gniewu, nie było smutku, nie było obojętności ani nawet ulgi.

Być może spokój byłby najodpowiedniejszym słowem.

Trudno było jednak mówić o spokoju, gdy wokół wrzało od przedświątecznych przygotowań. Yule miało upłynąć pod znakiem uroczystych kolacji, spotkań w gronie rodziny, na których wszyscy udawali kogoś, kim nie są. W pewnym sensie smutnym było to święto. Dzisiaj jednak problemy rodu nie zajmowały myśli Lorraine. Wiedziała, jak skończy się ten dzień. Dzień wigilijny. Ojciec będzie radośnie pił, śmiejąc się, podczas gdy inni będą tańczyć na beczkach w rytm bębnów. Baldwin będzie mu wtórował. Wiedziała, że przyśnie wsparta o jego ramię, gdy wychyli już swój kielich, ukołysana krzykami mocno wstawionych aktorów, spontanicznie odgrywających nową sztukę napisaną przez ojca. Ale najpierw będą gwarzyć o dziejach starych i nowych. Najpierw będą śpiewać pieśni, które trójpalcy Barney intonował na rozwalającej się gitarze. Ojciec za każdym razem opowiadał inną historię o tym, jak je stracił, a mężczyzna promieniał wtedy, dumny ze swej legendy. Może w pewnym momencie i Lorraine siądzie za permanentnie rozstrojonym pianinem. Lubiła to. Lubiła grać przygłupie melodyjki ludziom, których kochała. Lubiła śpiewać. Lubiła tańczyć, choć otatnimi czasy robiła to tak rzadko. Może jednak zatańczy z ojcem, gdy się już obudzi. Wiedziała, że zwykł pisać jak natchniony po podobnych libacjach. Gdy wszyscy wokół będą spali, wstanie, nakryje Baldwina swoim szalem, a potem podejdzie do ojca, podejrzy, co napisał. Może o tym porozmawiają, a może nie. Nie będzoe to takie znowu ważne, gdy będą kołysali się w ciszy spowijającej Danse Macabre, przerywanej jedynie pijacką piosenką, mruczaną przez zaspanego barmana. W wigilię Yule zawsze obiecywał jej, że następny rok będzie lepszym. Zawsze wracał do domu z prezentem, nawet wtedy, gdy traciła już nadzieję, że wróci. Nawet wtedy, gdy wysłała mu wyjca, że nie chce widzieć ani jego, ani macochy, a potem jak gdyby nigdy nic wyjechała na święta do Longbottomów. Płakała potem straszliwie, bo strasznym było przecież naruszyć niepisaną tradycję, strasznym było żałować, wiedząc, że zrobiła to wszystko celowo, powodowana buntem. Powodowana złością. Łatwo o tej złości zapomniała jednak, gdy była przytulana, przepraszana. Gdy jej ojciec był po prostu ojcem. Potrzebowała przypomnienia, że wciąż nim jest. To, że wciąż ma go obok, nawet jeżeli większość czasu wolała trzymać go na dystans. To jej wystarczało, myślała, gdy rozwalała się na ławie obok ojca, żeby rysować głupoty na wpół zapisanych kartkach z wierszami, słuchając, jak czyta. Jemu chyba też.

Wybaczała mu, że przez resztę roku musiała powtarzać wszystkim, że nie żyje. Na początku nie chciało jej to przecież przejść przez gardło, teraz było czymś na kształt żartu, opowiadanego z przymrużeniem oka. Ojciec nie zdołał wrócić do życia jej matki, zdołał jednak oszukać śmierć. Było w tym coś pocieszającego. W tym jak oswoił jej żal. Tylko że Armand Malfoy wciąż żył, a ciało Merricka Shacklebolta gniło w Lesie Wisielców, po tym jak porzucił córkę, którą powinien przecież kochać najbardziej na świecie.

To wystarczyło, żeby Lorraine zapukała do jej drzwi.

– Pomyślałam, że nie chciałabyś spędzać świąt samotnie. Ja... – Lorraine wzięła głębszy oddech, wahając się nad doborem właściwych słów. Wątpiła jednak, żeby takowe jeszcze wymyślono. Nawet ojciec nie był w stanie opisać swojej żałoby. Być może dało się ją tylko przeżyć, pomyślała. – Moje kondolencje. – Przechyliła lekko głowę, uważnie przyglądając się twarzy dziewczyny, która otworzyła jej drzwi, zamiast ręki wyciągając w jej stronę niewielką, ale ładnie opakowaną paczuszkę przewiązaną wstążką. – Nie jest to dużo, więc nie musisz rewanżować się prezentem. Proszę. Przyniosłam kadzidło dla żywych. – Lorraine nieśmiało położyła dłoń na dłoni dziewczyny, gdy ta zbliżyła się, aby odbierać podarek. Wcześniej ściągnęła zbyt cienkie jak na pogodę rękawiczki, ruchem szybkim, acz zdecydowanym chowając je w kieszeni gustownego, ale dawno już niemodnego płaszcza. Nie była pewna, czy dziewczyna nie była mugolaczką, a jednak... Na twarzy Lorraine gościł wyraz powagi. – Przyniosłam też kadzidło dla umarłych. Oba odganiają smutki, chociaż... Nieco innej natury, jak sądzę.


Yes, I am a master
Little love caster
Dancing queen
The sun became mellow
the moon started to burn
Why is the sky melting away?
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
wróżbitka, wytwórca świec, wina i kadzidełek
Jahnavi ma nieco ponad 170 cm wzrostu. Swoją ciemniejszą karnację odziedziczyła po obojgu rodziców - widać po niej, że pochodzi spoza Wysp Brytyjskich. Włosy ma długie, ciemnobrązowe; oczy z kolei bardzo jasne, w zielonkawo-niebieskim odcieniu. Podobne trochę do wody w płytkim stawie, której dopiero co pojawił się zakwit. Jej ubrania są stare i podniszczone, ale zawsze czyste - ubiera się głównie w proste indyjskie sari. Nigdy nie zakłada butów na obcasie, ba, w cieplejsze dni można ją spotkać spacerującą w ogóle bez obuwia. Na rękach i stopach nosi wiele, metalowych, pozbawionych większej wartości bransoletek.

Jahnavi Pandit
#2
22.04.2026, 22:28  ✶  
Navi wiedziała, że ojciec nie umarł od razu.
Najpierw umarło w nim wszystko to, co mogło go zatrzymać. Nie stało się to przecież jednego dnia. Śmierć przyszła znacznie wcześniej, rozsiadła się w ich małej chatce jak nieproszony gość; kładła się przy nim w nocy niczym oddana kochanka; szeptała głosem stęsknionej żony, niepomna faktu, że choć Tarini umarła to jej córka nadal żyje.
Wdziała jak ojciec każdego dnia oddala się coraz bardziej i nie mogła nic na to poradzić. Miał w oczach tą samą pustkę jak ci, którzy wchodzili w odmęty jej jeziora; tą desperację, to pragnienie, żeby katusze się wreszcie skończyły i nastał upragniony spokój. Zabierała go więc coraz częściej i częściej do lasu, by pod wodą snuć opowieści bez początku i końca. Niegdyś czytał jej przecież baśń, gdzie księżniczka opowiadała takie przez tysiąc i jedną noc, przekonując ukochanego, by nie targał na życie. Wierzyła, że pomoże tym tacie, ale w końcu każda opowieść się kiedyś kończy. Merrik usłyszał wołanie lasu i z czasem przestał schodzić z nią na dno jeziora. Przestał do niej mówić na jego brzegu. W ich domu zapanowało milczenie.

Wiedziała, że próbował z nią zostać. Była mu za to wdzięczna. Za wszystkie te lata, które był. Nie potrafiła go nienawidzić za te, które przyjdzie jej spędzić w całkowitej samotności.
Jeszcze wczoraj z samego rana naprawił obluzowaną deskę na ganku, o którą zawsze zahaczała swoje sari i rwała delikatny materiał. Przyniósł jej przecież drewna do kominka. Może powinna zauważyć, że narąbał go zdecydowanie więcej niż zwykle?
Pożegnał się gdy gotowała obiad. Nawet zabrał ze sobą listę zakupów, które przygotowała. Obiecał, że szybko wróci. Nie wrócił wcale. Potrawka nadal stała nietknięta w żeliwnym garze.
Jutro da ją Kapitanowi Nemo.

Na razie jednak panna Pandit siedziała i plotła pogrzebową girlandę, brudząc palce pyłem z aksamitek, które nawlekała na grubą nić. Skulona, oparta o śpiącego psa, nieobecna duchem i myślą. Powinna iść po ojca. Wiedziała gdzie był. Wiedziała, że wybrał drzewo z widokiem na jej jezioro. Ale gdy tam przyszła za pierwszym razem jedynie zdołała się z płaczem przytulić do nóg ojca i płakać bezgłośnie. W końcu ją odciągnęli i wysłali do domu.
Ale przecież… byli tak daleko od tego co powinna nazywać “domem”. Bo domem nie było Little Hangleton. Dom był tam gdzieś tam daleko, a ona była tutaj, w pustej chacie.
Nie będzie mogła złożyć ojca na Manikarnika Ghat by dokonano tradycyjnego całopalenia. Nie będzie mogła rozsypać jego prochów do świętej rzeki. Nie mogła tam pojechać. Nie miała nikogo kto by ją zabrał, kto mógłby pomóc jej dostać się choć na otwarte morze, by mogła oddać ojca głębinie, które sobie przez życie umiłował.

Odkąd znaleźli go wczorajszego wieczora, nie zdołała zmrużyć oka, błądząc gdzieś na pograniczu jawy i snu. Dlatego stukanie do drzwi w pierwszej chwili wydało jej się przesłyszeniem. Ale potem rozległo się drugi raz. Nie myliła się. Ktoś stał na ganku.
Wrócił. Pomyślała, niemal zrywając się na nogi. Wrócił To wszystko zdało się tylko jednym wielkim złym snem, z którego właśnie się budziła, a zaraz na progu stanie ojciec przepraszając, że się zasiedział u sąsiada. Dopadła do drzwi, otwierając je niemal na oścież.

Lorraine była jedynym świadkiem tego jak znika nadzieja, która naraz wypełniła serce Navi. Twarz dziewczyny, tak wyraźna w jej szczęściu, pomimo błyszczących od łez, opuchniętych oczu, zastygła w pełnym niezrozumienia grymasie. Potem wrócił ból - skuliła ramiona, zapadła się sama w sobie.

Spoglądała na nieznajomą w milczeniu. Na jej niezwykle piękną twarz, na srebrzyste włosy przywodzące jej na myśl odbicie księżyca w poruszonej tafli jeziora. Czy sama bogini przyszła natrząsać się z jej cierpienia?
Ale bogowie nie przejmowali się losem maluczkich, a przed nią stał żywy człowiek, nie leśna mara.
Mogłaby przysiąc, że ją już widziała wcześniej - w opuszczonym domu po drugiej stronie lasku, tym, w którym już dawno nikt nie mieszkał, ale na obejściu kwitły przepiękne czerwone dalie. Ludzie mówili, że niegdyś żył tam jakiś upadły szlachcic i chora czarownica. Nie rozumiała co znaczy “upadły”, ale ojciec powtarzał, że nie należy ich nawiedzać, więc tego nie robiła. A potem… potem chyba ta czarownica umarła i Navi czasem zastanawiała się czy gdyby jednak tam poszła… to może mogłaby jakoś pomóc. Ale nigdy nie poszła, a Śmierć w końcu zapukała i do jej drzwi.
Tylko, że to nie była Śmierć, a chyba córka mieszkańców tamtego domu z daliami. A może nie? Nie była pewna.

Spuściła wzrok, nie potrafiąc patrzeć dziewczynie w oczy, choć ta mówiła przecież taki piękne rzeczy. Kondolencje. Uparcie wpatrywała się w swoje buty brudne od kurzu i mokrej ziemi z Lasu Wisielców.
Och jakże Jahnavi nienawidziła tej nazwy. Nawet teraz, gdy wreszcie rozumiała skąd się wzięła… nienawidziła jej tak bardzo. Łzy pociekły jej po policzkach, gdy w milczeniu przyjęła od dziewczyny kadzidła. Wierzyła, że chce dobrze, ale tego smutku nie dało się przepędzić jak myszy buszującej w zebranym na zimę ziarnie. A przecież i mysz jadła tylko tyle by przetrwać.
Zacisnęła drżące palce na paczuszce, mocząc ładny papier swoimi łzami.

Musiała minąć dłuższa chwila nim czarownica zorientowała się, że trzyma nieznajomą na mrozie. Już dawno przestała zwracać uwagę na chłód przedostający się przez szczeliny w podłogowych deskach i nieszczelnych okiennicach. Nie chciała wyjść na niegrzeczną, więc wreszcie przesunęła się w drzwiach zapraszając dziewczynę do środka.
W pomieszczeniu było tyle światła ile wpadało przez rozsunięte zasłony. Wszystkie świece, którymi najwyraźniej czarownica oświetlała swoją chatkę były zgaszone lub pochowane, a kominek wygaszony. Wielki nowofundlandczyk leżał na środku pokoju, pochrapując głośno. Umorusany był tym samym czerwono-złotym pyłem z aksamitek, który Jahnavi miała na dłoniach. Dookoła psa leżała porzucona w połowie girlanda, nad którą musiała pracować przed przyjściem Lorraine.

Wskazała swojemu gościowi miejsce przy stole, pośpiesznie zbierając z niego odświętny, biały całun, już przygotowany na to co musiała wreszcie zrobić. Miód zmieszany z wodą i mlekiem, którym powinna obmyć ciało ojca, a który był przygotowany od rana odsunęła po prostu tak by nie przeszkadzał. No i zabrała różdżkę z zasięgu wzroku - mogła mieć tylko nadzieję, że odpowiednio szybko nim kobieta ją zauważy i zacznie zadawać niewygodne pytania. Nie ruszyła natomiast rozłożonej mapy Anglii i rozsypanych na stole pieniędzy - paru sykli, z dwa knuty i sześć mugolskich funtów. Zbyt mało na cokolwiek na co najwyraźniej zbierała.

Jahnavi nawet po własnym domu zdawała poruszać się niczym duch. W ciszy, szeleszcząc materiałem białego sari, w które była odziana, ustawiła na stole dwie porcelanowe filiżanki. Nie miała w rękach różdżki - nie była pewna czy na pewno ma do czynienia z czarownicą, a słyszała, że straszne rzeczy dzieją się z tymi co pokazują magię tym, których bogowie pozbawili swojego daru. Dlatego żeby zaparzyć wodę zniknęła na chwilę w kuchni. Nie na długo, ale chyba… wystarczająco, żeby nie wyglądało to podejrzanie? Chyba.
Wróciła już z naparem w dzbanku. Odstawiła go na stół wraz z kawałkiem ciasta, które dostała od jednej z sąsiadek. Nie mogła na nie patrzeć, choć zwykle byłaby wdzięczna za taką ładną drożdżówkę z borówkami. Ale to ona… to ona znalazła tatę i… Navi na nowo się rozpłakała, wciskając Lorraine mały widelczyk i uszczerbiony talerzyk od kompletu filiżanek.
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#3
02.10.2026, 23:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 00:00 przez Lorraine Malfoy.)  
Nie cofnęła się, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie, witając ją skrzypieniem starych zawiasów, poczuła jednak impet smutku, jaki bił od stojącej w nich kobiety. Coś zadrgało w sercu Lorraine, gdy zobaczyła ból, który wykrzywił jej piękną twarz, rozmył wejrzenie zapłakanych oczu.
Nie ją spodziewała się zobaczyć w tych drzwiach panna Shacklebolt.
Nie powinna wchodzić do środka. Nie powinna, pomyślała, a jednak przekroczyła próg leśnej chatki. Rozejrzała się dyskretnie po skromnym obejściu, zanim zasiadła za stołem, w miejscu wskazanym przez gospodynię, szczęśliwie położonym dalej od straszliwego psa, rozwalonego na samym środku pokoju. Na widok zwierzęcia rozmiarów młodego niedźwiedzia, Lorraine rozszerzyła lekko oczy: wzdrygnęła się delikatnie, gdy psisko chrapnęło głośniej, ciesząc się, że jego właścicielka zniknęła akurat w kuchni, i nie może widzieć paniki, która jeszcze przez dłuższą chwilę malowała się na twarzy półwili. Żeby się uspokoić, Lorraine skupiła się na obserwacji otoczenia. Dom niewątpliwie należał do rodziny czarodziejskiej, zdecydowała, przyglądając się chwilę mapie rozłożonej na stole, monetom rozsypanym obok. Poczuła przypływ pewności siebie na widok znajomego błysku srebra i miedzi tuż obok mugolskich funtów.
Przeprowadziła szacunek dobytku kobietu powoli, skrupulatnie, z czymś na kształt nabożności: tak jak zwykła to robić w dzieciństwie, gdy odkładała pieniądze na coś ważnego. Jak gdyby liczyła na to, że gdy dokona rachunku raz jeszcze, pomoże kobiecie uzbierać tyle, aby wystarczyło akurat na to, czego potrzebowała. Jak gdyby chciała pomóc jej wytyczyć plan ucieczki, która się powiedzie.
Pamiętała, jak sama siedziała z podobną mapą i liczyła oszczędności. Miała wówczas ledwie piętnaście lat. Nie znała się na mugolskiej walucie. Wiedziała tylko, że jest znacznie mniej warta od magicznej, mniej wydałaby więc na mugolski autobus niż na opłacenie podróży Błędnym Rycerzem. Mogłaby dzięki temu sporo zaoszczędzić, kalkulowała, zamknięta w jednej z łazienek na peronie, tylko że wtedy musiałaby przetrwać pośród mugoli. Wtopić się w tłum, co nigdy nie było dla niej łatwym. Zwłaszcza, że w ludziach niemagicznych było coś, co ją przerażało. Być może była to bezpośredniość, z jaką inicjowali kontakt fizyczny. To, że swoją pewność siebie zawsze czerpali z właściwości ciała, nie z posiadanej mocy magicznej. Przerażało ją właśnie to, że byli tak bardzo cieleśni. Nie potrafiła myśleć o nich inaczej niż jak o istotach zamkniętych w granicach własnej skóry: ociężałych, spotniałych, ocierających się o siebie w tłumie, który zdawał się napierać na nią zewsząd niemal. Mugole dotykali wszystkiego z bezwstydną swobodą, jak gdyby samo ciało było wystarczającym dowodem ich prawa do istnienia. Ich siła nie wynikała z posiadanej różdżki. Przewaga nie brała się ze znajomości właściwego zaklęcia. Mugole mieli pięści. Mieli liczebność. Tamtego dnia Lorraine zdała sobie sprawę, jak przerażająco liczni byli w porównaniu do populacji czarodziejskiej. Było coś odrażającego w tej nierówności. W tym jak nieustannie epatowali swoją żywotnością, choć żywot ich był krótkim jak knot świecy.
Lorraine znała drzewa starsze niż całe mugolskie miasta, kamienie, przy których składano ofiary na długo przed narodzinami jej dziadków. Znała święte gaje, potoki i jaskinie. Znała, że mugole potrafili przyjść i wyrąbać drzewa, zbeszcześcić wody. Znieważyć święte kamienie, rozbić je swymi przerażającymi maszynami. W ich stosunku do świata było coś, co wydawało się jej prymitywnym. Nie dlatego, że byli głupi, a dlatego, że zdawali się uznawać za prawdziwe wyłącznie to, co namacalne, to, czego mogli dotknąć.
Tak jak gdyby świat zaczynał się dopiero tam, gdzie kończyła się tajemnica.
Lorraine lubiła obserwować mugoli z daleka, z dystansu, z którego nie mogli jej zagrozić. Znała przecież historie. Opowieści o tym, jak przez całe stulecia niszczyli miejsca, które czarodzieje uważali za święte, opowieści o tym, jak mordowali i palili. Jak rozkopywali ziemię, w której spały rzeczy starsze od ich własnych królestw. Nie zawsze czynili to ze złości. To było chyba gorsze. Czasami robili to z niewiedzy, czasami z chciwości. Czasami po prostu dlatego, że potrzebowali drewna albo kamienia. Miejsca na dom. Drogi. Ich krótkie życie wydawało się jej wtedy szczególnie bezczelnym. Mugole przychodzili bowiem na świat na chwilę jedynie, a mimo to zachowywali się tak, jak gdyby ten świat miał należeć do nich już na zawsze.
A jednak Lorraine nie potrafiła uwierzyć, że nie byli ludźmi: może dlatego, że znała ich sztukę.
Znała obrazy malowane rękami, które nigdy nie trzymały różdżki. Znała muzykę komponowaną przez ludzi, którzy nie potrafili zakląć pod palcami pojedynczego dźwięku. Znała ich wiersze, czytała książki. Wiedziała, że potrafili tęsknić za zmarłymi, choć nie umieli ich przywołać. Że potrafili pisać o bogach, choć nie mogli poczuć ich obecności. Że budowali katedry, których istnienia nie dało się wyjaśnić samą potrzebą schronienia.
Czasami więc patrzyła na mugola i nie potrafiła zdecydować, czy widzi istotę pozbawioną czegoś najważniejszego, czy człowieka, któremu przypadł w udziale zupełnie inny rodzaj nędzy.
Bo jeśli mugole naprawdę byli tylko prymitywnymi stworzeniami zamkniętymi w krótkim życiu własnego ciała, skąd brały się ich pieśni? Skąd wiedzieli, że pewne miejsca należy pozostawić nietknięte, nawet jeśli nie potrafili wyczuć ich magii? Skąd brali tęsknotę za rzeczami, które nigdy nie mogły stać się ich udziałem?
Wiedziała tylko, że niepokoi ją ich śmiertelność, a jeszcze bardziej niepokoiło ją, że pomimo tej śmiertelności mugole potrafili tworzyć rzeczy, które przeżywały ich samych. 
Nie pasowała do mugolskiego świata, a tym właśnie jawiła się jej mapa Anglii: czarodziejskie osady rozsiane były na niej z rzadka, a nawet w takich miejscach jak Dolina Godryka czarodzieje koegzystować musieli z mugolami, których półwila tak zwyczajnie się bała. Nie mogło być zatem wielkiej ucieczki. Był Błędny Rycerz, był tani pokój na Nokturnie. Było zło wiadome, bo to zawsze wydawało się Lorraine lepszym wyborem niż to, jakie czekać mogło na mugolskiej obczyźnie. Otto stał wówczas się jej ucieczką, jej schronieniem. Desperacką była jej potrzeba przynależności, potrzeba posiadania czegoś, co było stabilnym… Wciąż jednak prędzej gotowa była zaryzykować samodzielną przeprawę przez obce dzielnice mugolskiego Londynu niż powrót do pustego domu w Little Hangleton.
Lorraine zastanawiała się, czy kobieta, która wcisnęła jej w ręce wyszczerbiony talerzyk z jakimś ciastem chciała opuścić dom, w którym mieszkała do tej pory z ojcem? Czy chciała zacząć w nowym miejscu? Czy tam, dokąd chciała się udać, potrzebowała wymienić magiczne pieniądze na mugolskie funty, czy mugolskie funty na magiczne pieniądze?
Zastanawiała, czy kobieta w ogóle miała dokąd uciec.
Gdy wybuchła nagle płaczem, Lorraine zrozumiała, że nie. Może dlatego, że Lorraine aż nazbyt dobrze wiedziała, jak wygląda desperacja. Desperacją było chcieć uciec, ale nie mieć dokąd.

Odstawiła na bok talerzyk z nietkniętym kawałkiem ciasta, nachylając się w stronę płaczącej kobiety. Pogrążona w bólu, widocznie nie była w stanie wydusić z siebie choćby słowa, mówiła więc Lorraine.
— Jest taka stara angielska pieśń. Podobno pochodzi z szesnastego wieku, z czasów, kiedy żył największy z naszych poetów, choć przypuszcza się, że jest dalece starsza. Nie wiem, dlaczego utarło się, że śpiewamy ją w okolicach święta Yule.
Przysiadłszy obok niej, półwila zaczęła recytować przywoływaną pieśń. Recytowała cicho, melodyjnie, tak samo jak wcześniej starała się przemawiać spokojnie, z tą kojącą, pełną słodyczy manierą, która zdawała się nienachalną, a jednak trudną do zignorowania.
— Ogród ten mieścił piękny dwór, co przystrojony był purpurą i złotem. I w dworze tym mieściło się łoże, tuż za kotarą ze krwistozłotym splotem. — Obróciła splamione czerwono-złocistym pyłkiem aksamitek dłonie Navi we własnych dłoniach. Nie przerywając recytacji, skinieniem głowy pokazała w stronę leżącego na podłodze wieńca: dworskiej kotary wspomnianej w pieśni. Nie odważyła się wcześniej zbliżyć, aby przyjrzeć się girlandowym splotom uważniej: za bardzo bała się pogrążonego we śnie psa, którego potężne cielsko strzegło pracy rąk nieznajomej. — A na łożu tym… — Lorraine odetchnęła głębiej, jak gdyby w nagłym zawahaniu. — A na łożu tym rycerz spoczywa, co krwawi z ran całe dnie i noce. A przy nim wiernie klęczy dziewczyna… — wyszeptała, podnosząc dłoń, aby otrzeć delikatnie policzek zapłakanej nieznajomej. — …Której od łez wylanych twarz migoce.
Lorraine wciąż było trudno, gdy płakali. Umiała uspokajać, owszem, nie umiała jednak pocieszać. Nie bez legilimencji, której nie użyłaby przecież wobec bezbronnej istoty, nawet jeżeli uważała, że nie istnieje nic czulszego, niż intymniejszego. Oto była jedyna możliwość poznania na wylot bólu drugiego człowieka. Przyjęcia jego doświadczenia w sposób godny, nieuwłaczający prymitywizmem zwykłego "będzie dobrze".  Lorraine bała się zwykłej intymności pocieszenia, wolała więc osłonić je intymnością pieśni. A pieśń nie była smutną, choć, gdyby się wsłuchać, melodia, jaka jej akompaniowała, miała w sobie coś płaczliwego.
— On poniósł ją gdzie liście schną — zanuciła nagle Lorraine, po raz pierwszy podnosząc głos nieco wyżej od szeptu. — Sokół odebrał mi miłość mą.
Podobno wszystko to było nawiązaniem do legendy arturiańskiej o Rannym Królu, wolała jednak myśleć o tym jako o pieśni przejścia. Miłość nie ulegała zatraceniu, lecz niesiona była dalej, do kogoś, kto także czuwał przy żałobnych marach.
— Czy potrzebujesz pomocy? — Z przygotowaniem ciała do pochówku, chciała spytać, bo wszystkie te utarte, neutralne sformułowania przywodziły jej najbardziej naturalnie. W przestrzeni zakładu pogrzebowego lubiła, gdy język był profesjonalnym, bo pozwalało to na zachowanie odpowiedniego dystansu. Tutaj jednak… Tutaj była tylko ona i ta dziewczyna, która właśnie została zupełnie sama na świecie. — Czy potrzebujesz pomocy przy tacie? — powtórzyła miękko Lorraine.


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Jahnavi Pandit (1163), Lorraine Malfoy (2709)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa