02.03.2023, 13:15 ✶
Miał szczęście, że się wykazał; jeszcze większe, że był im potrzebny. W innym wypadku po wejściu w pułapkę pełną skorpionów wyleciałby stąd w trymiga. Rzuciliby na niego zaklęcie całą trójką, wykopując na drugi koniec pustyni, by nie mógł ich ponownie odnaleźć. Nie zdziwiłby się, gdyby wędrował po niej kolejnych czterdzieści lat, nie mogąc się teleportować i licząc jedynie na towarzystwo węży i pajęczaków. Może nawet skorzystałby z pomocy któregoś z nich, żeby zakończyć swoje cierpienie wcześniej. Ewentualnie wziął Nell na litość, by pojawiła się i go wyleczyła, a potem – widząc, jak zmizerniał – zabrałaby go z powrotem do cywilizacji. Tak, to całkiem dobry plan. Na wypadek, gdyby jednak postanowili się go pozbyć. Chociaż znając metody Shafiqa, raczej postarałby się, żeby Jamil wylądował na tej pustyni, ale kilka metrów pod ziemią.
Już myślał, że udało im się opanować chaos, gdy Leta wrzasnęła, zwracając na siebie uwagę pozostałej trójki. Spanikowany Egipcjanin pewnie pozbawiłby kobietę włosów, próbując pozbyć się zaplątanego w loki skorpiona. Cathal zachował jednak resztki rozsądku, wykorzystując szkolną metodę do pozbycia się małego przeciwnika.
- Całe szczęście, że nie wyleciał na nas wściekły słoń, bo w pucharze jego wielkości moglibyśmy pływać – mruknął, wzdrygając się i otrzepując przy tym niczym mokry pies. Mimo że walka z pajęczakami nie zostawiła na nim żadnego śladu. Kiedy Shafiq na niego spojrzał, miał wrażenie, że kurczy się w sobie. Czuł się, jakby własny ojciec beształ go za złe zachowanie, ale w tym wypadku ich szef miał rację. Jamil spieprzył sprawę, włażąc w pułapkę, która mogła mieć o wiele gorszy efekt. Na przykład wystrzelić w ich kierunku kolce albo wyssać całe powietrze z pomieszczenia. Z magią nigdy nie wiadomo, a zdecydowanie wolał przeżyć tę eskapadę. – Wyobraź sobie, ile narobisz problemu przyszłym archeologom, zastanawiającym się, czemu w sarkofagu leży człowiek z XX wieku – fuknął, próbując jakoś bronić się przed tym pomysłem. Nie chciał skończyć jak te zmumifikowane resztki kapłana, na których ponownie usiadła Nell.
Odwrócił się od Cathala, skupiając swój wzrok na Bagshot, która powróciła do przeglądania gazety, jak gdyby nic się nie stało. Ktoś, kto jej nie znał, pewnie stwierdziłby, że jest odklejona na tyle, by nie zdawać sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Anwar obserwował ją jednak na tyle często, że zdołał dostrzec napięcie na jej twarzy i pozycję gotową do szybszej obrony. Przez niego straciła tę beztroskę, którą jeszcze chwilę ich irytowała, rozpraszając od wymyślenia rozwiązania zagadki.
- Przyznaj, że to nie patriotyzm domowy, tylko po prostu lubisz zielony – powiedział do blondynki, dopiero po chwili ogarniając, że Shafiq najwyraźniej znalazł odpowiedź na to, jak się stąd wydostać. – Ale jakim zaklęciem? – dopytał jeszcze szybko, by znów czegoś nie zepsuć. Obrócił się w kierunku psa, który wyglądał chyba najprzyjaźniej ze wszystkich posągów i wyciągnął z kieszeni różdżkę. Zapominał, że ją miał, ale w tym wypadku zdawała mu się niezbędna. Wystarczyło już, że szakal stracił swój nos. Nie potrzebowali więcej wypadków wywołanych brakiem celności Jamila. Im szybciej się stąd wydostaną, tym lepiej dla niego, bo będzie mógł zniknąć im na jakiś czas z oczu.
Już myślał, że udało im się opanować chaos, gdy Leta wrzasnęła, zwracając na siebie uwagę pozostałej trójki. Spanikowany Egipcjanin pewnie pozbawiłby kobietę włosów, próbując pozbyć się zaplątanego w loki skorpiona. Cathal zachował jednak resztki rozsądku, wykorzystując szkolną metodę do pozbycia się małego przeciwnika.
- Całe szczęście, że nie wyleciał na nas wściekły słoń, bo w pucharze jego wielkości moglibyśmy pływać – mruknął, wzdrygając się i otrzepując przy tym niczym mokry pies. Mimo że walka z pajęczakami nie zostawiła na nim żadnego śladu. Kiedy Shafiq na niego spojrzał, miał wrażenie, że kurczy się w sobie. Czuł się, jakby własny ojciec beształ go za złe zachowanie, ale w tym wypadku ich szef miał rację. Jamil spieprzył sprawę, włażąc w pułapkę, która mogła mieć o wiele gorszy efekt. Na przykład wystrzelić w ich kierunku kolce albo wyssać całe powietrze z pomieszczenia. Z magią nigdy nie wiadomo, a zdecydowanie wolał przeżyć tę eskapadę. – Wyobraź sobie, ile narobisz problemu przyszłym archeologom, zastanawiającym się, czemu w sarkofagu leży człowiek z XX wieku – fuknął, próbując jakoś bronić się przed tym pomysłem. Nie chciał skończyć jak te zmumifikowane resztki kapłana, na których ponownie usiadła Nell.
Odwrócił się od Cathala, skupiając swój wzrok na Bagshot, która powróciła do przeglądania gazety, jak gdyby nic się nie stało. Ktoś, kto jej nie znał, pewnie stwierdziłby, że jest odklejona na tyle, by nie zdawać sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Anwar obserwował ją jednak na tyle często, że zdołał dostrzec napięcie na jej twarzy i pozycję gotową do szybszej obrony. Przez niego straciła tę beztroskę, którą jeszcze chwilę ich irytowała, rozpraszając od wymyślenia rozwiązania zagadki.
- Przyznaj, że to nie patriotyzm domowy, tylko po prostu lubisz zielony – powiedział do blondynki, dopiero po chwili ogarniając, że Shafiq najwyraźniej znalazł odpowiedź na to, jak się stąd wydostać. – Ale jakim zaklęciem? – dopytał jeszcze szybko, by znów czegoś nie zepsuć. Obrócił się w kierunku psa, który wyglądał chyba najprzyjaźniej ze wszystkich posągów i wyciągnął z kieszeni różdżkę. Zapominał, że ją miał, ale w tym wypadku zdawała mu się niezbędna. Wystarczyło już, że szakal stracił swój nos. Nie potrzebowali więcej wypadków wywołanych brakiem celności Jamila. Im szybciej się stąd wydostaną, tym lepiej dla niego, bo będzie mógł zniknąć im na jakiś czas z oczu.