21.01.2023, 22:44 ✶
Restauracja wydawała się naprawdę droga. Kelnerzy uwijali się w nienagannie wyglądających uniformach, jedzenie wyglądało apetycznie, alkohol zapewne pochodził z najwyższej półki, choć nazwy trunków jej nic nie mówiły.
Dlatego uwielbiała robić za przedstawiciela i zgadzała się spotykać z klientami przy każdej możliwej okazji. Właściciele przybytku, u których pracowała, wykorzystywali zaś fakt jej zdolności oczarowywania potencjalnych kontaktów biznesowych, każdy więc był zadowolony z takiego obrotu spraw.
Dziś miała zaś spotkać się z zawodową graczką quidditcha. Nie była fanką gry, nigdy nie należała do tych, którzy parowali z miotłą po murach Hogwartu, jednak dla tego zlecenia musiała się lekko podszkolić. Mieli wykonać biżuterię związaną z grą, a także specjalne zestawy sygnowane herbami zawodowych drużyn. Spinki do mankietów, broszki, naszyjniki - wszytsko co dało się sprzedać fanom, chcącym w ten sposób pokazać swoją jedność z ukochaną grupą graczy. Do tego klasyczne kolczyki kształcie złotych zniczów - coś, co zapoczątkowało całą kolekcję, czy bransoletki w kształcie wygiętych mioteł. Pomysł był świetny. Teraz potrzebowali tylko kogoś, kto go rozreklamuje.
Wysłali parę listów, pana Greengrass odpowiedziała na niego jako pierwsza, dlatego to na niej skupiła się współpraca, przynajmniej na początku. Na razie nie mogli pozwolić sobie, by zapłacić większej ilości graczy, tak przynajmniej słyszała od swoich pracodawców, czuła jednak, że to może się zmienić.
Wraz z sobą miała pierwsze wykonane prototypy, bezpiecznie schowane w walizce, którą trzymała między nogami.
Sama prezentowała się tak, by nie odstawać od klienteli lokalu. Miała na sobie turkusową, zwiewną sukienkę, z dekoltem i rękawami kończącymi się tuż za łokciami. Tuż nad piersiami zawisł srebrny łańcuszek z zawieszką z szafirem, na ręce błyszczała bransoletka od kompletu. Wypożyczonego ze sklepy, dla podkreślenia prezencji. W uszach błyszczały diamentowe, drobne kolczyki, jej własność, którą kiedyś przywłaszczyła sobie na urodziny. Nikt resztą nigdy ich nie szukał.
Przeglądała kartę dań, na razie zamawiając tylko lampkę różowego wina musującego, które umilało jej czas. Miała zamiar jednak skorzystać z możliwości zjedzenia czegoś dobrego. Oczywiście na koszt swojej klientki. W końcu na pewno dobrze zarabiała. Nie to, co biedna rzemieślniczka.
Uśmiechnęła się, gdy jeden z kelnerów przyprowadził blondwłosą graczkę. Wstała, wyciągając rękę do Greengrass.
- Dzień dobry - słodki głos rozbrzmiał po sali. - Miło mi, że zgodziłaś się spotkać - o dziwo nawet nie musiała kłamać. Naprawdę była podekscytowana, mogąc zaprezentować dzieła, do których przyłożyła swoją rękę, szczególnie do emaliowanych herbów, które skrzętnie ręcznie malowała.
Dlatego uwielbiała robić za przedstawiciela i zgadzała się spotykać z klientami przy każdej możliwej okazji. Właściciele przybytku, u których pracowała, wykorzystywali zaś fakt jej zdolności oczarowywania potencjalnych kontaktów biznesowych, każdy więc był zadowolony z takiego obrotu spraw.
Dziś miała zaś spotkać się z zawodową graczką quidditcha. Nie była fanką gry, nigdy nie należała do tych, którzy parowali z miotłą po murach Hogwartu, jednak dla tego zlecenia musiała się lekko podszkolić. Mieli wykonać biżuterię związaną z grą, a także specjalne zestawy sygnowane herbami zawodowych drużyn. Spinki do mankietów, broszki, naszyjniki - wszytsko co dało się sprzedać fanom, chcącym w ten sposób pokazać swoją jedność z ukochaną grupą graczy. Do tego klasyczne kolczyki kształcie złotych zniczów - coś, co zapoczątkowało całą kolekcję, czy bransoletki w kształcie wygiętych mioteł. Pomysł był świetny. Teraz potrzebowali tylko kogoś, kto go rozreklamuje.
Wysłali parę listów, pana Greengrass odpowiedziała na niego jako pierwsza, dlatego to na niej skupiła się współpraca, przynajmniej na początku. Na razie nie mogli pozwolić sobie, by zapłacić większej ilości graczy, tak przynajmniej słyszała od swoich pracodawców, czuła jednak, że to może się zmienić.
Wraz z sobą miała pierwsze wykonane prototypy, bezpiecznie schowane w walizce, którą trzymała między nogami.
Sama prezentowała się tak, by nie odstawać od klienteli lokalu. Miała na sobie turkusową, zwiewną sukienkę, z dekoltem i rękawami kończącymi się tuż za łokciami. Tuż nad piersiami zawisł srebrny łańcuszek z zawieszką z szafirem, na ręce błyszczała bransoletka od kompletu. Wypożyczonego ze sklepy, dla podkreślenia prezencji. W uszach błyszczały diamentowe, drobne kolczyki, jej własność, którą kiedyś przywłaszczyła sobie na urodziny. Nikt resztą nigdy ich nie szukał.
Przeglądała kartę dań, na razie zamawiając tylko lampkę różowego wina musującego, które umilało jej czas. Miała zamiar jednak skorzystać z możliwości zjedzenia czegoś dobrego. Oczywiście na koszt swojej klientki. W końcu na pewno dobrze zarabiała. Nie to, co biedna rzemieślniczka.
Uśmiechnęła się, gdy jeden z kelnerów przyprowadził blondwłosą graczkę. Wstała, wyciągając rękę do Greengrass.
- Dzień dobry - słodki głos rozbrzmiał po sali. - Miło mi, że zgodziłaś się spotkać - o dziwo nawet nie musiała kłamać. Naprawdę była podekscytowana, mogąc zaprezentować dzieła, do których przyłożyła swoją rękę, szczególnie do emaliowanych herbów, które skrzętnie ręcznie malowała.