Minął tydzień od Beltane. Starałam się nie myśleć. Starałam się nie zaglądać do gazet. Starałam się nie pytać ludzi. Praktycznie nie wychodziłam z pokoju. Szok związany z tragedią na festynie przyszedł z opóźnieniem. Po raz drugi straciłam swój dobytek. Moje rysunki, wiele z nich było oryginałami. Wszystkie śliczne pejzażyki. Maszynka do kopiowania. Plecak. Na całe szczęście pieniądze miałam przy sobie. Magiczny pierścionek to jedyna pamiątka. Nie używałam go od tego dnia, nawet nie pamiętam jaki miał efekt.
Jedynym dobrym wspomnieniem z Beltane było poznanie Lyssy, chociaż i to wiązało się z nieprzyjemnościami. Czy teraz wszystko w moim życiu musi być tak ponure?
W nocy miałam sen. Byłam Robinem i musiałam uratować Batmana. Ale wtedy sama zostałam złapana i okazało się, że Batman to ja. Byłam sama dla siebie. Musiałam sama siebie uratować. Dlatego też wstałam, wyszykowałam się i kominkowałam się do Londynu. Są dwie sprawy, które muszę tu załatwić.
Z wejścia do Ministerstwa Magii jeszcze nie korzystałam, ale dobrze wiedziałam, gdzie było. Babcia mi kiedyś pokazała. Poszłam więc do tej specjalnej budki telefonicznej i skontaktowałam się z recepcjonistką.
— Powód wizyty?
— Uhm... Chciałabym się zgłosić do... Biura Rzeczy Znalezionych? O ile takie istnieje... — Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że mogę wyjść na klauna, jeśli w skład Ministerstwa nie wchodzi żadna z instytucji, które chciałam odwiedzić.
Recepcjonistka podała mi lokalizację gabinetu Brygady Uderzeniowej i się rozłączyła, nim zdążyłam spytać o coś jeszcze. Dostałam przypinkę interesanta i winda w budce ruszyła na dół.
Teraz zrozumiałam, czemu recepcjonistka szybko się rozłączyła. Było zaledwie kilka minut po otwarciu Ministerstwa. Wiele pracowników wciąż dopiero pojawiało się w kominkach ustawionych dwoma rzędami na korytarzu. Wyglądało to niesamowicie... ale i niekomfortowo. Za dużo ludzi!
Recepcja była pusta, ale udało mi się znaleźć jakieś znaki prowadzące do Brygady Uderzeniowej. Cóż za śmieszna nazwa. Wjechałam windą na odpowiednie piętro, starałam się nie zostać staranowaną po drodze, aż w końcu dotarłam. I gdzie teraz? Wolałam nie wejść w jakiś zakazany korytarz, ale na szczęście dostrzegłam jakiegoś młodego czarodzieja. Zapewne był stażystą, czy kimś takim. Wygładziłam spódniczkę i poprawiłam ciemne okulary na nosie. Jak dobrze, że w całym gmachu Ministerstwa nikt nie szalał z intensywnym oświetleniem i moja twarz mogła pozostać niezauważona.
— Przepraszam, szukam Biura Rzeczy Zaginionych... albo Znalezionych... albo... czegoś takiego... — spytałam chłopaka od razu czując lęk wyżerający mnie od środka i ściskając palce u dłoni za sobą.