Co Ururu robił przez ostatni rok? Nadrabiał zaległości. Utkwiony w przeszłości zupełnie stracił poczucie czasu. Mu chyba nigdy nie było po drodze z czasem. W Hogwarcie często miał problemy z powodu wychodzenia po ciszy nocnej, wiele razy niechętnie odrywał się od swoich zajęć, by udać się na lekcje. Poczucie wyższego obowiązku nie pozwalało mu się spóźniać. Czuł, jakby niewidzialny bat wisiał nad nim w tym kontekście... ale inne szkolne reguły nie trudno mu było łamać. A teraz żył sobie jak pyłek na wietrze. Dzień i noc była niczym. Potrafił pojawić się przed biblioteką tuż po zamknięciu lub wybierać się do snu w południe. Czasem jadł, czasem nie, w tym temacie wciąż nie potrafił się odnaleźć, ale też nie przykuwał do tego dużej uwagi. Póki jakoś funkcjonował to koło się toczyło.
Ale któregoś dnia państwo Wood mogli mieć dosyć tego podejrzanego towarzysza. Nie wspominając już o długu u Heather, który rósł z dnia na dzień. Ururu udało się zarobić dwa, trzy razy, przypadkowo znajdując jednorazowe okazje u czarodziejów potrzebujących pomocy. A to komuś zalęgły się pająki w piwnicy (Marquez był wniebowzięty możliwością zgarnięcia ponad tysięcznej armii pająków i transportowania ich do opuszczonej komórki piwnicznej w pobliskiej kamienicy), a to kran się zapchał i żadne magiczne proszki nie chciały go odetkać. Ururu łącząc swoją wiedzę ze świata magicznego i mugolskiego rozwiązywał migusiem te problemy. No ale mało kto ogłaszał się z tego typu rzeczami. Ludzie na ogół prosili o pomoc rodzinę czy znajomych. A Marqueza nikt nie znał. A jak już ktoś znał, to nie miał mu nic do zaoferowania.
I tak siedział sobie na bezrobociu, czytając kolejną książkę o historii Afryki.