Nie lubiła się spóźniać, więc kamienne schody prowadzące do podwójnych drzwi wejściowych pokonała kilka minut przed otwarciem, poprawiając ramiączko od małego plecaka, który tkwił przewieszony niedbale przez ramię. Rozejrzała się z zaciekawieniem po twarzach zebranych, przez co kilka kroków pokonała na oślep i zupełnie nie zauważyła przeszkody w postaci człowieka, na którą wpadła — na szczęście dość delikatnie. Wytrzeszczyła oczy na kilka sekund z przerażeniem, że to mógł być jakiś wredny bufon, wolną dłonią zgarniając w zakłopotaniu brązowe, wyprostowane pasma włosów na plecy. Turczynka wierzyła w magię uśmiechu, zwłaszcza gdy zrobiła czegoś celowo, więc jej twarz rozjaśnił przepraszający, ale i ciepły, łagodny uśmiech. - Bardzo Pana przepraszam, zapatrzyłam się na ten ruchomy plakat. - przyznała szczerze, ruchem głowy wskazując na jedną ze ścian, gdzie wisiało wspomniane przez nią dzieło, które reklamowało dzisiejsze wydarzenie. Magiczne, ruchome, kolorowe i hipnotyzujące, zwłaszcza przez błyszczące w jego tle gwiazdki. Nie miała pojęcia, jaki typ ludzi mógł dostać zaproszenie na otwarcie i czego właściwie mogła się spodziewać. Owszem, znała jakieś tam nazwiska, przedstawicieli poszczególnych zawodów, ale w ogóle nie przykładała do nich uwagi, zawsze starając się pod tym wszystkim dojrzeć człowieka. Pandorę łatwo można było nazwać kobietą, która wyprzedzała swoje czasy i być może dlatego, trudno było się jej odnaleźć i zatrzymać. Przesunęła brązowymi oczami po twarzy mężczyzny, gdy miała ku temu okazję, wzruszając niewinnie ramionami, co miało zasugerować, że naprawdę nie staranowała go celowo. - Nic Panu nie zrobiłam? Mam nadzieję, że nie miał Pan kawy, nie chciałabym Pana oblać. - dodała z odrobiną zaniepokojenia, przesuwając wzrokiem na jego ubranie oraz dłonie, aby się upewnić. Była osobą pełną energii, a co z tym idzie, czasem niezdarną i nieuważną. Wyprostowała się, rozglądając dookoła, jednak tłum tylko narastał, co oznaczało, że do otwarcia muzeum pozostało kilka minut. Przez chwilę chciała też spojrzeć w niebo, ale w Londynie jego widok był raczej nędzny, głównie przez ilość jego świateł oraz dymu. Ostatecznie więc oczy dziewczyny, które w świetle muzealnych lamp wejściowych wpadały odrobinę w karmel, znów wróciły do stojącego naprzeciw człowieka, a ona uśmiechnęła się raz jeszcze. - Pandora, miło mi. - przedstawiła się luźno, zwyczajnie lubiąc ludzi oraz ich towarzystwo. Nie miałaby mu oczywiście za złe, gdyby wcale nie przejawiał chęci prowadzenia konwersacji, bo równie dobrze mógł nie być tu sam.
Nie lubiła się spóźniać, więc kamienne schody prowadzące do podwójnych drzwi wejściowych pokonała kilka minut przed otwarciem, poprawiając ramiączko od małego plecaka, który tkwił przewieszony niedbale przez ramię. Rozejrzała się z zaciekawieniem po twarzach zebranych, przez co kilka kroków pokonała na oślep i zupełnie nie zauważyła przeszkody w postaci człowieka, na którą wpadła — na szczęście dość delikatnie. Wytrzeszczyła oczy na kilka sekund z przerażeniem, że to mógł być jakiś wredny bufon, wolną dłonią zgarniając w zakłopotaniu brązowe, wyprostowane pasma włosów na plecy. Turczynka wierzyła w magię uśmiechu, zwłaszcza gdy zrobiła czegoś celowo, więc jej twarz rozjaśnił przepraszający, ale i ciepły, łagodny uśmiech. - Bardzo Pana przepraszam, zapatrzyłam się na ten ruchomy plakat. - przyznała szczerze, ruchem głowy wskazując na jedną ze ścian, gdzie wisiało wspomniane przez nią dzieło, które reklamowało dzisiejsze wydarzenie. Magiczne, ruchome, kolorowe i hipnotyzujące, zwłaszcza przez błyszczące w jego tle gwiazdki. Nie miała pojęcia, jaki typ ludzi mógł dostać zaproszenie na otwarcie i czego właściwie mogła się spodziewać. Owszem, znała jakieś tam nazwiska, przedstawicieli poszczególnych zawodów, ale w ogóle nie przykładała do nich uwagi, zawsze starając się pod tym wszystkim dojrzeć człowieka. Pandorę łatwo można było nazwać kobietą, która wyprzedzała swoje czasy i być może dlatego, trudno było się jej odnaleźć i zatrzymać. Przesunęła brązowymi oczami po twarzy mężczyzny, gdy miała ku temu okazję, wzruszając niewinnie ramionami, co miało zasugerować, że naprawdę nie staranowała go celowo. - Nic Panu nie zrobiłam? Mam nadzieję, że nie miał Pan kawy, nie chciałabym Pana oblać. - dodała z odrobiną zaniepokojenia, przesuwając wzrokiem na jego ubranie oraz dłonie, aby się upewnić. Była osobą pełną energii, a co z tym idzie, czasem niezdarną i nieuważną. Wyprostowała się, rozglądając dookoła, jednak tłum tylko narastał, co oznaczało, że do otwarcia muzeum pozostało kilka minut. Przez chwilę chciała też spojrzeć w niebo, ale w Londynie jego widok był raczej nędzny, głównie przez ilość jego świateł oraz dymu. Ostatecznie więc oczy dziewczyny, które w świetle muzealnych lamp wejściowych wpadały odrobinę w karmel, znów wróciły do stojącego naprzeciw człowieka, a ona uśmiechnęła się raz jeszcze. - Pandora, miło mi. - przedstawiła się luźno, zwyczajnie lubiąc ludzi oraz ich towarzystwo. Nie miałaby mu oczywiście za złe, gdyby wcale nie przejawiał chęci prowadzenia konwersacji, bo równie dobrze mógł nie być tu sam.
the well of all souls
Nowa wystawa dzieł sztuki w londyńskim muzeum zdecydowanie była wydarzeniem, które przykuwało uwagę pewnych kręgów. Ciekawscy, turyści, krytycy, patroni z poważanych i majętnych rodów, dziennikarze piszący drobny artykuł na piątą stronę najbliższego wydania Proroka Codziennego; kręciło się tu sporo ludzi i każdy zapewne mógł znaleźć tu coś dla siebie, aby zająć nieco czasu. Niektórzy przystawali przy obrazach i zamkniętych za szkłem artefaktach na całe kwadransy, chłonąc widoki, podczas gdy inni przemykali od sali do sali, od ściany do ściany, rzucając coraz to bardziej wymyślnym eksponatom niewzruszone spojrzenia. Sebastian był gdzieś pomiędzy i, prawdę mówiąc, nie do końca potrafił się tu odnaleźć. Za dużo tu było ludzi.
Zaproszenie dostał przede wszystkim przez swoje pochodzenie. Nazwisko Macmillan dla wielu członków magicznej społeczności kojarzyło się przede wszystkim z sabatami lokalnego kowenu, jednak byli też ci, którzy byli w pełni świadomi tego, że rodzina ma dosyć mocne powiązania ze światem duchów i to na różnych poziomach. Jedną z tych osób musiał być ktoś powiązany z tą wystawą, skoro zdecydował się wysłać pachnącą kopertę do egzorcysty Ministerstwa Magii.
Mężczyzna czekał, aż grupa odwiedzających zejdzie mu z drogi, aby mógł dostać się do równoległej ściany, co by przyjrzeć się barwnemu obrazowi, który przedstawiał wiejski krajobraz. Niestety, grupka ta była całkiem spora. Sebastian zaczął się wachlować rąbkiem przerzuconego przez szyję szalika. W porównaniu z innymi gośćmi ubrał się ponadprzeciętnie grubo, jednak był z niego taki ciepłolub, że nie miał zamiaru narzekać na to, że powoli się pocił. Oprócz tego miał na sobie jeszcze średniej grubości szary golf i ciemny, rozpięty płaszcz ze srebrnymi guzikami. Nieco zniecierpliwiony, postanowił przestać czekać i ruszył do przodu. I to był błąd.
— Ugh — stęknął cicho, gdy uderzyła w niego nieznajoma sylwetka kobiety mniej więcej jego wzrostu. Cofnął się automatycznie, rozmasowując ramię. — Oh, nie, nie. Proszę nie przepraszać. Nic się nie stało — zapewnił suchym głosem, kłaniając się lekko przed kobietą. —To moja wina. Mogłem poczekać, aż wszyscy przyjdą.
Podążył niespiesznie wzrokiem w kierunku plakatu. Faktycznie nie jest taki zły, stwierdził, zwracając uwagę przede wszystkim na zarysowane na płótnie białe punkciki, które zapewne miały reprezentować gwiazdy. Przesunął się nieco w bok, co by dzięki temu zagospodarować im chociaż trochę wolnego miejsca, pośród wędrującego z jednego kąta w drugi tłumku.
— Sebastian. Ekhm, miło cię poznać Pandoro. — Uciekł wzrokiem w bok. Nie przepadał za spotkaniami towarzyskimi, nawet jeśli te liczyły cztery do pięciu osób, nie mówiąc o takiej chmarze czarodziejów i czarownic w jednym miejscu. Straszne. — Często tu przychodzisz? — spytał niemrawo, czując, że nie powinien ot tak kończyć konwersacji. Skoro już tu przybył, wypadałoby zamienić parę słów z kimkolwiek. Nawet jeśli był to ktoś zupełnie obcy. Zamrugał, gdy zdał sobie sprawę, jak żałośnie zabrzmiało jego pytanie. — Oh, to znaczy... Miałem na myśli, czy często przychodzisz na wystawy. Nie czy często przychodzisz do tego konkretnego muzeum. To dosyć hmm... duża wystawa.
Na jego twarzy wykwitł lekki rumieniec, co sprawiło, że Macmillan ponownie zaczął wachlować się szalikiem. W duchu modlił się Matki i innych znanych mu bóstw, co by jego zaróżowione policzki nie były uznane za oznakę zażenowania, a po prostu zbyt grubego odzienia.
Nie wpadła na Sebastiana celowo i chociaż było to trochę niefortunne w takim miejscu, to pomyślała, że był całkiem miękki, co potem wyjaśniło jego ciepłe ubranie. Bezpośrednia Turczynka obdarzała go pogodnym, raczej odważnym spojrzeniem, a z ust nie schodził jej wcale uśmiech. Właściwie była tu sama, a przecież dużo raźniej było oglądać wystawy w towarzystwie, gdy można było dzielić się opiniami. Mężczyzna miał odrobinę surowy wyrazy twarzy, trochę może, jakby żałował tutaj przyjścia, ale może też było mu gorąco, bo przy szyi wystawał golf? Przekręciła głowę na bok, zgarniając ciemne pasmo za ucho, wprawiając w kołysanie tkwiące tam kolczyki. - Zapewniam Pana, że moja. Nie patrzyłam zupełnie, gdzie idę. Pan czasem tak tam, że się zapatrzy? - zapytała z delikatnym wzruszeniem ramion, zupełnie nie biorąc jego niedorzecznych przeprosin na poważnie, bo przecież to ona wywołała kolizję, a trzeba było brać odpowiedzialność za swoje czyny, nawet tak błahe. Nie miała pojęcia, czy miał w ogóle ochotę na konwersację, ale wyglądał — po dłuższym przyjrzeniu się i braku reakcji z przechodzących obok gości na to, że przystanął i z nią rozmawiał — jakby przyszedł sam.
- Nie wyglądasz, jakby było Ci tu miło, ale mam nadzieję, że to nie przeze mnie. - zauważyła z nutą rozbawienia, gdy uciekł wzrokiem i sama przeniosła spojrzenie brązowych oczu gdzieś na bok, przez chwilę zawieszając je na jakieś ekspozycji. Nie miała pojęcia, czego się po tej wystawie do końca spodziewać, bo czarodziejskie były zupełnie inne, niż te, które oferował świat mugoli, który przez Akane również odwiedzała. - Właściwie to nie. Byłam raz, kilka lat temu. A Ty? Często odwiedzasz to muzeum? - zupełnie nie zwróciła uwagi na to, że mógł powiedzieć coś nie tak albo się ewentualnie zawstydzić, kontynuowała konwersację, jak gdyby nigdy nic. Jedynie co, to rozpięła wierzchnie odzienie, bo od tłumu ludzi i temperatury we wnętrzu, faktycznie robiło się trochę gorąco. - Wystawy bardzo lubię, ale zwykle.. Te mniej ruchome? Lub o innej tematyce. Tu przyszłam, bo mój tato nie chciał, a zobaczyłam napis "spirytystyczny" i byłam zwyczajnie ciekawa, czego mogę się tu spodziewać i co się wydarzy. - wyznała szczerze, nieco może konspiracyjnym szeptem, nachylając się w jego kierunku. Poprawiła swój tobołek, wsuwając dłonie do kieszeni kurtki, podczas gdy znów przesunęła spojrzeniem po jego twarzy. Dlaczego wyglądał na spiętego? Pandora obdarzyła go kolejnym uśmiechem, chcąc go trochę zachęcić może lub sprawić, aby się lepiej poczuł, bo ten był bardzo zaraźliwy. Jak ziewanie, tylko w bardziej pozytywnym sensie.
- Masz ochotę obejrzeć resztę ze mną, czy masz już inne plany lub towarzystwo? Wiesz, we dwoje zawsze raźniej. No i podobno gdzieś tu ma być kawa. Lubisz kawę?
Zaproponowała swobodnie, pozwalając sobie na wzięcie głębszego oddechu, bo przez przechodzącą obok Panią chwilę wcześniej i jej niesamowicie intensywne perfumy z nutą bodajże peonii, zakręciło ją trochę w nosie. A naprawdę kichać nie chciała. Policzki Sebastiana poróżowiały, co było dość urocze, ale nie skomentowała tego w żaden sposób, nie chcąc go krępować, bo niektórzy mogli być na tym punkcie bardzo wrażliwi.
the well of all souls
W przeciwieństwie do swej nowo-poznanej towarzyszki Macmillan nie był zbyt obyty ze światem artystów. Przynajmniej nie osobiście, gdzie mógłby powiedzieć, że bywał z niektórymi na długich kolacjach czy sobotnich lunchach w centrum magicznej dzielnicy Londynu. Kojarzył kilka najpopularniejszych nazwisk, jednak czy umiałby je bez zająknięcia przywołać, gdyby go o nie zapytano? Raczej nie. Prędzej wymieniłby najlepszych bibliotekarzy i antykwariuszy Londynu. Tak, ci byli zdecydowanie bliżsi jego życiu, głównie przez profesję, jaką się parał. Skądś w końcu pozyskiwać cenne woluminy i przedawnione podręczniki, z których wbrew pozorom można było zaczerpnąć kilka cennych informacji.
Może gdyby Sebastian nie miał tak ścisłego kontaktu z duchami, które tak często wiązały się właśnie z przeszłością, być może podchodziłby do obrazów i innych dzieł sztuki podobnie do Pandory. Wiedział jednak, że przeszłość, tak często romantyzowana przez młode pokolenia, była w gruncie rzeczy na wyciągnięcie ręki. Żywa i bliska, gotowa do powrotu w każdej chwili. Wystarczyło kilka wyborów odpowiednich ludzi, a świat mógłby się wygiąć do woli tych, którzy chcieli przywrócić dawny porządek rzeczy. Historia zatoczyłaby koło. Pytanie tylko, czy byłoby to dobre dla świata, czy też wręcz przeciwnie.
— Cóż... Tak? — zaryzykował, odpowiadając na sugestię młodej kobiety. Nie rozumiał, dlaczego po prostu nie zaakceptowała jego wersji wydarzeń, co pozwoliłoby przenieść winę za ten wypadek na niego. Z własnego życia był przyzwyczajony do tego, że ludzie zwykle unikali przyznawania się do błędów i szukali kozłów ofiarnych. A ona robiła dokładnie na odwrót! — Oh, nienienieninie! Absolutnie! — Pokręcił żarliwie głową. — Po prostu to nie jest do końca moje środowisko. Wolę ciche archiwa, czytelnie i puste magazyny od auli i korytarzy pełnych stad czarodziejów i czarownic.
Podrapał się po karku, potakując co jakiś czas. A więc nie trafił na jakąś wielką ekspertkę. A przynajmniej nie taką, która zna każdy kąt muzeum. Może to i lepiej? Nieraz lepiej było prowadzić konwersację z kimś na podobnym poziomie, dzięki temu w rozmowie panowała swego rodzaju równowaga. A w tym wypadku było to coś, czego Sebastian nad wyraz potrzebował, otoczony z każdej strony przez chmarę obcych ludzi.
— Nie, niezbyt — przyznał bez zająknięcia. Na moment zapadła niezręczna chwila ciszy, którą mężczyzna postanowił przełamać, otwierając się nieco na Pandorę. — Zdarza mi się konsultować manuskrypty, które ma w zbiorach muzeum, ale zazwyczaj odbywa się to w biurze, a nie na głównej sali. Ach, opiekowałem się też jednym z miejsc kultu kowenu w okolicy. To prawie jak muzuem, tylko czasem bardziej...naturalne.
Niektóre miejsca kultu mogły przypominać mugolskie kaplice czy kościoły, ale inne były w pełni poświęcone matce ziemi, a wtedy wystarczyło, że w okolicy znajdowało się kilka głazów, czy wyjątkowo kwiecista polana z żyłą magii nieopodal, a automatycznie uznawano, że wypadałoby, aby ktoś miał takie miejsce pod opieką. Sebastian miał szczęście i przez większość tej pracy miał jednak zapewniony jako taki dach nad głową. Wprawdzie przeciekał od czasu do czasu, ale przynajmniej był.
— Za dużo ruchu w jednym miejscu? — Uniósł pytająco brwi. Większość czarodziejów raczej była przyzwyczajona do przebywania pośród żywych obrazów i fotografii. Niektórzy wychowywali się w takim środowisku od maleńkości, a inni zapoznawali się z nim dopiero w szkolnych murach. A co jak co, w Hogwarcie ruchomych obrazów było pełno. — Och, naprawdę? — Oczy mu się zaświeciły na wspomnienie o spirytyzmie. Nawet wykrzesał z siebie lekki uśmiech. — Wypadałoby obejrzeć ją z bliska. Sądziłem, że największą atrakcją tutaj będzie drobny obrazek sakralny z tyłu sali. A tu taka niespodzianka!
Złożył na moment dłonie jak do modlitwy, jednak zamiast tego klasnął parę razy bezgłośnie. W końcu coś ciekawego! W sumie był ciekawy, co też wynieśli z magazynów pracownicy muzeów. Czy było to coś, co czekało na swoją wystawę już od dawna, czy raczej zdołali ściągnąć coś z zagranicy? I, co najważniejsze, czy znajdą tam coś autentycznego, czy raczej dosyć... kreatywną reinterpretację zjawisk nadprzyrodzonych?
— Racja, we dwoje zawsze raźniej — potwierdził, coraz bardziej przekonany, że ta wycieczka może okazać się nieco bardziej ciekawa, niż podejrzewał. — Możemy się przejść, nikt na mnie tu nie czeka, więc raczej też nie zatęskni. — Uśmiechnął się półgębkiem. — Preferuję herbatę. Jeśli mam być szczery.
Sebastian poprawił kołnierz golfa. Dalej miał wrażenie, że się powoli zaczynał gotować, jednak było znośnie. Jak na jego standardy. Wypuścił powoli powietrze z ust, spoglądając pogodnie na Pandorę i pozwalając jej poprowadzić się we właściwym kierunku, co by wytyczyła tempo ich spaceru po muzeum.
Duchy były fascynujące, nawet jeśli najdłuższe konwersacje z przedstawicielami ich świata prowadziła w Hogwarcie — zarówno dyskusję z Jęczącą Martą podczas kąpieli w łazience prefektów, jak i przesiadywanie z Szarą Damą, która ostatecznie w jakiś sposób jej towarzystwo akceptowała, czasem dopytując, co czytała. Patrząc na Sebastiana, nigdy nie zgadłaby, czym się zajmował — wyglądał na prawnika, a nie łowcę ksiąg oraz duchów. Jej ciemne oczy bez skrępowania wędrowały w kierunku jego twarzy z zaciekawieniem, jakby zupełnie nie mogła niczego na jego temat się domyślić. Może poza tym, że lubił golfy i był tu trochę za karę, a także zdawał się spoglądać na otaczające ich dzieła trochę inaczej od pozostałych gości, którzy przeciskali się przez zatłoczone korytarze muzeum.
- Tak. - przytaknęła z rozbawieniem, obdarzając go pogodnym uśmiechem. Nie wiedział jeszcze, że Pandora jest chaosem wcielonym, ale o naturze dobrej i zabijała świat tym, jak wielką altruistką była. Zupełnie do niej pasowało branie winy na siebie, skoro faktycznie — to ona się zagapiła, jak dziewięcioletnie dziecko w sklepie u Zonka lub z magicznymi zabawkami. Przyłożyła teatralnie dłoń do piersi, wypuszczając z ulgą powietrze, kiedy tak energicznie zaprzeczył, jakby to Pandora była powodem jego niechęci i niezbyt zadowolonego wyrazu oczu. - Całe szczęście! Jesteś prawnikiem? Bibliotekarzem? Chociaż spoglądając na Ciebie, to pasujesz też na Profesora.
Dodała jeszcze, widocznie próbując zgadnąć, do jakiej profesji nawiązywał swoją wypowiedzią. Sprawiał jednak wrażenie drobnego introwertyka, chociaż nie było w tym niczego złego. Lubiła mówić, o tym z pewnością też będzie miał okazję się przekonać, jeśli zgodzi się na wspólne zwiedzanie wystawy oraz wzięcie udziału w tym seansie spirytystycznym, który obiecywano. Brunetka miała jednak nieodparte wrażenie, że wykorzystali to hasło tylko po to, aby przyciągnąć więcej ludzi.
- Przynajmniej nie wyjdę na idiotkę i ignorantkę, jeśli jakiś obraz uznam za brzydki lub nie będę kojarzyła autora. - odparła szczerze, lustrując go wzrokiem, poprawiając dłonie w kieszeniach. Słuchała, gdy mówił, nigdy nie wchodziła w słowo. Ruchem głowy pozbyła się burzy włosów, która niezbyt chętnie wylądowała na plecach, kołysząc się na ubraniu. - Kult kowenu? Opowiedz mi coś o tym, jak możesz. - zainteresowała się z entuzjazmem, chcąc jak zwykle, dowiedzieć się więcej. Miała ciekawość godną wychowanki domu kruka, a dodatkowo uwielbiała poznawać nowe rzeczy. Niby zdawała sobie sprawę, że nie mogła być alfą i omegą, ale dobrze było zwyczajnie próbować zdobyć wiedzę podstawową na każdy temat, żeby nie wyjść w jakieś sytuacji właśnie na ignorantkę lub głupca.
Omiotła spojrzeniem wiszące nieopodal dzieło i chociaż wyglądało całkiem ładnie, nie była pewna, co autor miał na myśli. Sztuka się chyba zmieniała w ciągu ostatnich lat, Akane też wybierała coraz to dziwniejsze motywy przewodnie swoich dzieł, ale akurat ich źródło znała dogłębnie, bo przyjaciółka szczegółowo o nich opowiadała.
- Obrazy w Hogwarcie w większości były złośliwe i plotkowały, mam jakiś uraz. - wyznała z delikatnym wzruszeniem ramion. Lubiła ruchome zdjęcia, uchwyciły dużo momentu i przede wszystkim wyraz oczu, ale obrazy bez ruchu podobały się jej bardziej. Jego entuzjazm sprawił, że posłała mu pytające spojrzenie, a potem zsunęła swój plecak, odpinając go i wręczając mu nieco zgniecioną, ale wciąż doskonale zachowaną ulotkę reklamową wystawy, którą wraz z zaproszeniem dostała od ojca. - Proszę, tu masz wszystko napisane. Czyżby fan duchów i rozmów z nimi?
Uśmiechnęła się, jednocześnie znów zapinając tobołek i sprawnym ruchem wsuwając go na plecy, aby potem poprawić cienkie, skórzane ramiączka. Oczywiście to była sztuczna skóra, bo jak mogłaby skorzystać z prawdziwej, skoro nawet nie jadła mięsa? Podobała się jej jednak ta zmiana w Sebastianie, zupełnie jakby na nowo tchnęło to w niego entuzjazm i może trochę życia, sprawiając, że tłumy — przynajmniej na chwilę, odeszły w zapomnienie. I jeszcze to urocze klaśnięcie, które skojarzyło się jej z nastolatkiem, który miał dostać całą torbę musów truskawkowych z Miodowego Królestwa. Im dłużej mu się przyglądała, tym większy uśmiech pojawiał się na jej własnej twarzy.
- Na pewno będzie ciekawiej, zwłaszcza jeśli wybierzemy naprawdę dobrą herbatę. - oznajmiła mu pogodnie, bezceremonialnie wsuwając mu dłoń pod rękę, a potem ruszając nieco bardziej przy ścianie, bo środkowa część alejki przypominała mugolską autostradę w godzinach szczytu — nie wiadomo, dlaczego stali i kto właściwie zaczął. Zatrzymała się przy obrazie jakieś kobiety o dość krzywej twarzy, która tańczyła na cyrkowym siedzisku dla tygrysa w równie krzywej kreacji. Ściągnęła brwi, przekręcając głowę, aby spojrzeć na dzieło pod innym kątem. - Nie rozumiem pomysłu autora, ale ma przyjemne tło. Jak spojrzałeś na ulotkę, to, o której zaczyna się ten seans, o ile to prawda? Zastanawiam się, czy zdążymy po napoje przed nim, czy po nim. Nie wiem też, czego się spodziewać, nigdy nie widziałam wywoływania duchów. - wyznała mu całkiem szczerze, odwracając twarz w jego stronę, a spojrzenie kobiety sugerowało, jakby to właśnie Sebastian miał być najlepszym źródłem odpowiedzi. Pomyślała tak przez jego pełną entuzjazmu, uroczą reakcję na wzmiankę o będącym gwiazdą muzealnej nocy, duchu.
the well of all souls
Cóż, łatwo było zapomnieć o swoich początkach w danej dziedzinie. W końcu w całkiem sporej ilości przypadków początki pewnych karier wiązały się z ogromnym stresem i obawą przed negatywną oceną. Tak samo było, gdy ktoś zaczynał naukę nowej umiejętności, zmieniał pracę lub krąg znajomych. Być może z tego powodu, gdy życie się stabilizowało, ludzie odcinali się od dawnych wspomnień, chcąc skupić się na sobie i swojej świetlanej przyszłości.
— Merlinie broń! Do prawnika mi bardzo, ale to bardzo daleko. — Zaśmiał się pod nosem z tego pomysłu. Wzdrygał się na samą myśl, że praca tak bardzo skupiona na zasadach i poddawaniu ich skrupulatnej analizie mogłaby być dla kogoś sensem życiem. Na szczęście w jego przypadku wyuczony zawód pozwalał na nieco więcej wolności. — Aczkolwiek trafiłaś z profesorem. Przynajmniej częściowo. — Uśmiechnął się. W końcu nie było nic złego w tym, że jej przewidywania okazały się nieprawdziwe. — Po ukończeniu szkoły kontynuowałem przygodę ze środowiskiem akademickim. Badania historyczne. Obecnie pracuje w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami.
Łatwiej było opowiadać o pracy czy edukacji, niż skupiać się na sobie. W gruncie rzeczy przez wiele lat to wokół tych kwestii kręciło się jego życie. Nie był całkowitym odludkiem, jednak zdecydowanie nie miał problemów z przebywaniem we własnym towarzystwie. Co więcej, miał to szczęście, że jego pasje przełożyły się na wiedzę i zdolności, dzięki którym znalazł pracę, która pozwalała na ciągły samorozwój. Historia, starożytne runy, a przede wszystkim dziedziny powiązane ze światem pozagrobowym. Czasami zastanawiał się, gdzie by wylądował, gdyby w czasach nastoletnich okazał się artystą? Jak potoczyłby się jego los?
— Wierzysz w Panią Księżyca, Pandoro? Lub Matkę Ziemię, w zależności od nazewnictwa. — Zaczął ze spokojem, chcąc wybadać sytuację. Nieco trudno było mu sobie wyobrazić, że ktoś mógłby nie znać tak ważnych aspektów wiary czarodziejów, jednak miał też świadomość, że nie wszyscy przykładali dużą wagę do duchowości. — Wierzenia naszej magicznej społeczności skupiają się w dużej mierze na miłości do natury, pielęgnowaniu jej darów i rozwoju naszego duchowej relacji z otaczającym nas światem. Wraz z biegiem czasu niektóre miejsca stały się wyjątkowe. Często odprawiane obrządki, tradycyjne miejsca spotkań, magiczne żyły sprawiające, że życie... Cóż, kwitnie na niektórych terenach. Takie miejsca wymagają opieki. W Anglii jest ich całkiem sporo. Mi przyszło opiekować się małą kapliczką pod Londynem.
Macmillanowie pełnili dosyć znaczącą rolę w strukturach kowenu, opiekując się pewnymi miejscami na polecenie Arcykapłanek lub Arcykapłanów lub po prostu służąc radą wiernym. Zdarzało się, że prowadzili tradycyjne obrzędy czarodziejów, pojawiali na sabatach, ślubach czy pogrzebach, o ile zaszła taka potrzeba. To życie było bardzo bliskie Sebastianowi. Chociaż oficjalnie przyjął żadnych święceń, tak był zaznajomiony z wieloma rytuałami i obrządkami, co sprawiało, że teoretycznie mógłby pełnić pewne obowiązki kapłanów. Tak to jest, kiedy cała twoja rodzina siedzi w tym biznesie.
— To prawda. Potrafiły być też dosyć głośne. — Wykrzywił lekko usta. — Zależy od ich nastawienia, jeśli mam być szczery. — Uśmiechnął się minimalnie, poprawiając materiał rękawa. — Częściej zdarza mi się je wyprawiać na drugą stronę, ku światłu, niż wdawać się w przydługie pogawędki. Przynajmniej, teraz gdy zajmuje się opętaniami. Wcześniej zajmowałem się archiwizacją dokumentów i rejestracją duchów na terenie kraju. Te duchy w większości były bardziej przyjazne. I bardziej rozmowne.
Praca w biurze rejestracji post-istot nie była taka najgorsza. Może nawet zostałby tam na dłużej, gdyby nie chęć rozwoju swoich predyspozycji do egzorcyzmów. Na oryginalnym stanowisku do jego obowiązków należało przede wszystkim porządkowanie dokumentów i aktualizacja statusów i miejsc pobytu niematerialnych bytów na terenie Wielkiej Brytanii. Zdarzały się też nowe rejestracje, a wtedy zdarzało mu się przeprowadzać wywiady, co by zebrać, jak najwięcej informacji. Niektóre duchy potrafiły się całkiem sprawnie ukryć przed czujnym okiem Ministerstwa Magii, przez co znalezienie informacji na ich temat wymagało dokładnego przeszukania archiwów. A czasami prosta wymiana zdań ujawniała wszystkie potrzebne odpowiedzi.
— Dobrze zaparzona herbata to podstawa dobrego spotkania — odparł z namysłem i niemal przewrócił oczami, gdy zauważył, że jego słowa brzmiały jak jakaś dewiza. Pokręcił głową zażenowany. — Wydaje mi się, że mamy jeszcze kilka minut. Powinniśmy zdążyć, zanim się zacznie. A ten obraz... — Zerknął na dość kreatywne dzieło sztuki. — Kuszenie losu? Jak w tym powiedzeniu „gdy igrasz z ogniem, to możesz się poparzyć”. Może w tym przypadku ogień to ten tygrys?
Nie miał szansy dodać wiele więcej. Z początku nieco się nachmurzył na pytanie swej towarzyszki, jednak postanowił podzielić się z nią tym, co wiedział.
— Nie jest łatwo ściągnąć do naszego świata ducha, który zdążył już dobrowolnie odejść. To wymaga wprawy, wiary we własne umiejętności, a często też kotwicy. Zazwyczaj to przedmiot o bardzo silnym ładunku energetycznym czy emocjonalnym, który należał do ducha za życia — zdradził, nie wdając się w dokładne technikalia. Im dłużej siedział w tym zawodzie, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że wiele zależało od osoby, która przeprowadzała seans. Każda osoba umiejąca przywołać duchy. — Medium staje się wtedy przekaźnikiem. Udostępnia swoje ciało dla ducha, pozwala częściowo przemówić jego ustami.
Osobiście nie przepadał za pomysłem ponownego sprowadzania duchów na ten świat, jeśli zaznały już spokoju po drugiej stronie. Nie, kiedy nie było ku temu wyraźnego powodu. Odprawił z tego świata już całkiem sporo dusz, czy to samodzielnie, czy przy asyście innych egzorcystów i rzadko kiedy szło to bezproblemowo. Z drugiej strony, miał w rodzinie osoby, które znały się na tym fachu. Chociażby młodziutka Sarah.
- Bycie prawnikiem to trudna, ale nudna praca, nie? - zapytała ciszej, jakby pełnym konspiracji szeptem na wypadek, gdyby w ich pobliżu jakiś się znalazł. Nie chciała przecież nikogo urazić. - Hmm? Częściowo? - ściągnęła brwi w zaintrygowaniu, wbijając w niego duże, brązowe oczy z miną, jakby natychmiast musiała dowiedzieć się więcej. Bo jak można być czymś tylko w połowie? Gdy w końcu się dowiedziała, pokiwała z uznaniem głową, powstrzymując się przed pełnym podziwu klaśnięciem w dłonie. Przecież akademickie prace były takie trochę.. Polegające na książkach, nie na podróżach? Dla niej zbyt wolne zbyt delikatne. I jakim cudem z badań historycznych trafił do Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami? Tak właściwie ojciec też sugerował jej tam pracę, ale tkwienie w Ministerstwie za biurkiem nie było pracą, którą Prewettówna mogłaby wykonywać. - I czym się zajmujesz w tym Departamencie? Nie zrozum mnie źle, ale to dość zaskakujący przeskok z historycznych badań na centaury lub smoki.
Lubiła ludzi, uwielbiała o nich słuchać i ich poznawać, nie powinien się więc dziwić, że skoro już na siebie wpadli i zajęła mu wieczór, to poświęcała Sebastianowi całą swoją uwagę, co kończyło się tysiącem spojrzeń oraz uśmiechów. Beztroskich. Miała tryb "samotność", który włączał się u niej głównie przy pracy związanej z rzemiosłem lub mapami, ale zwykle nie był używany często, bo raz, że znała mnóstwo ludzi, a dwa, że wiecznie funkcjonowała na najwyższych obrotach, wszędzie było jej pełno i miała tysiące rzeczy do zrobienia. Każdy, kto wykonywał pracę, którą lubił lub miał możliwość rozwijania swoich pasji, był szczęściarzem. Na jego pytanie uniosła dłoń, stukając sobie przez chwilę palcami w usta. Ciężko było jej określić, w co wierzyła najbardziej i które były najbliższe jej sercu, ale z pewnością szanowała wszystkie religie, z którymi miała przyjemność się zetknąć, nawet te niezrozumiałe dla niej.
- Tak. - przyznała w końcu, nie komentując już więcej, aby nie wchodzić mu przypadkowo w słowo lub nie wypłoszyć myśli, szczerze zainteresowana tym, co miał jej do opowiedzenia. Im więcej mówił, tym więcej zafascynowania malowało się na jej twarzy. Pandora była, jak otwarta księga — bardzo trudno było ukryć jej emocje, powstrzymać się od słów i gestów, musiała naprawdę tego chcieć i bardzo się pilnować. Natychmiast nabrała ochoty wyjścia z wystawy i zobaczenia tej kapliczki. - Gdzie ona jest? Nigdy tam nie byłam! Można takie miejsce odwiedzić, żeby zobaczyć, jak to wygląda i jak się odczuwa?
Zapytała z entuzjazmem, pamiętając jednak o szacunku do niego, jako do opiekuna. Nie znała zasad, który kierował światem kowenu. I nie chciała popełnić jakiegoś nietaktu, kwestie duchowości były przecież bardzo delikatne. Czy on był jak taki arcykapłan przez to? Pomyślała o tym, że powinna odwiedzić bibliotekę, znaleźć informację i dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, bo bardzo nie lubiła wychodzić na głupią. Na przemądrzałą też nie, więc jednym z życiowych celów Prewettówny, było znalezienie balansu w tym wszystkim. Wyglądał na dumnego i szczęśliwego, gdy o tym mówił, nie umknęło to jej oczom.
- Spadłeś mi z nieba. - stwierdziła nagle, bo przez głowę przemknęły jej te wszystkie pytania o duchach, na które nie miała odpowiedzi. - Dlaczego duchy decydują się zostać? Jakim cudem "nie mogą" opuszczać jakiegoś miejsca, jeśli im Ministerstwo zabroni? Czy jak je odeślesz, mogą tu wrócić na stałe potem, jak jednak się im odwidzi? I dlaczego niektóre duchy umieją przybierać formę zwierząt? Wybacz, nie mogłam znaleźć dobrej odpowiedzi w żadnej książce, którą znalazłam. - zalała go odrobinę słowotokiem, przez co posłała mu przepraszający uśmiech, nawet zrobiła delikatną podkówkę. - Nie musisz odpowiadać, jeśli to jakieś tajne pytania.. - dodała szybko z odrobiną zakłopotania, palcami wolnej dłoni przesuwając po swojej szyi. Nie chciała popsuć mu wieczora, ale jak na prawdziwego Krukona przystało, gdy już coś ją nurtowało, musiała wiedzieć. No i był pierwszym egzorcystą, jakiego znała! Czy to nie było cudownie fascynujące! Ciekawe, czy gdyby poznali się lepiej i by go poprosiła, pozwoliłby jej iść ze sobą do pracy i popatrzeć? Nawet nie wiedziała, że istniał taki rejestr, chociaż praca z samymi dokumentami musiała być faktycznie trochę nudna. No i jak zmusić do czegoś ducha? A co, jak był złym duchem?
Pandora roześmiała się na jego stwierdzenie o herbacie, kiwając głową.
- Masz rację! Dobra herbata, kawa lub przyzwoity alkohol. Czym są spotkania bez napoi? - trąciła go zaczepnie łokciem, delikatnie, aby trochę się rozluźnił i przestał tak przejmować, bo Pandora nie była żadną sztywną damą ze śmietanki towarzyskiej Londynu. - To bardzo dziwna kreacja igrania z ogniem, ale możesz mieć rację. Jest w tym jakiś ukryty sens, to pewnie ta krzywa twarz. Chodźmy po herbatę, bo potem się spóźnimy na pokaz i będziesz rozczarowany.
Przyznała mu rację odnośnie do dzieła sztuki, zaraz jednak porywając go w stronę niewielkiej kawiarenki w muzeum, gdzie mogli zaopatrzyć się w napój oraz ewentualnie coś do przegryzienia. Zerkała czasem na inne dzieła sztuki, gdy przechodzili pomiędzy ludźmi.
Wpatrywała się w niego z takim zainteresowaniem, gdy mówił, że oczywiście na kogoś wpadła i musiała przeprosić, ale nie miało to absolutnie żadnego znaczenia, bo były rzeczy ważne i ważniejsze. Pandora pokręciła głową z odrobiną niedowierzania, że to wszystko było tak poplątane i wymagało tak wielu rzeczy. - A czy duch może zostać w ciele medium? W sensie to nie jest niebezpieczne? Przepraszam, pewnie masz mnie dość, ale masz takie fascynujące zajęcie.
Pandorze wydawało się zawsze, że jak duchy odeszły z ziemi, to potem, po jakimś czasie przebywania tam, gdzie takie dusze trafiały, mogły się zwyczajnie znudzić i rozmyślić. Chcieć wrócić na ziemię, poczuć i zobaczyć to wszystko. Zwłaszcza takie duchy, które nie były na niej od wielu lat, a wszystko zdążyło się zmienić. A co z odradzaniem? Czy dusze mogły się odradzać? Chociaż tego pewnie nie wiedział. Znów się na niego zagapiła, wpadając na jegomościa w kapeluszu, którego znów przeprosiła i obdarzyła krótkim uśmiechem.
- Będę miała dużo siniaków po tej wystawie. - zauważyła z nutą rozbawienia z własnej niezdarności.
the well of all souls
Owszem, w ogólnym rozrachunku zapominanie o przeszłości rzadko kiedy prowadziło do czegoś dobrego. Przez taką postawę wzrastało ryzyko powtórzenia dawnych błędów lub po prostu utraty części swojego wyjątkowego „ja”. Każdy człowiek był w gruncie rzeczy sumą swoich własnych doświadczeń, a gdyby kompletnie je wykluczyć... Co by pozostało? Codzienne życie potrafiło być chaotyczne, przepełnione bodźcami, do których ciężko było podejść z należytym rozmysłem. Ciężko cokolwiek budować na tym, co się działo „tu i teraz”.
— Zwłaszcza w tak niepewnych czasach, jak obecne — odparł przyciszonym tonem Macmillan. Chociaż w swoim zawodzie nie mógł tak po prostu odrzucać tych, którzy szukali pomocy, jednak odpowiedzialność egzorcysty, a odpowiedzialność prawnika czy adwokata wiązała się jednak z innymi aspektami życia. — Cóż, nie pracuję ze zwierzętami i rozumnymi stworzeniami, jeśli o to chodzi — zastrzegł na początek, co by nie wprowadzać nowej koleżanki w błąd. — Departament dzieli się na trzy pomniejsze działy: zwierząt, istot i duchów. Ja zaczynałem w biurze rejestracji duchów. Wykształcenie akademickie trochę się przydało. — Wzruszył sztywno ramionami. — Nie wszystkie duchy pozostają przywiązane do miejsca swojej śmierci, niektórym zdarza się zmienić swoje miejsce zamieszkania, o ile nie przejdą na drugą stronę. Namierzenie ich nowego domu i potwierdzenie tożsamości nie zawsze jest łatwe. Zwłaszcza gdy hmm klient nie jest nawet pewny, ile czasu minęło od jego śmierci.
Zamilkł na dłuższą chwilę, co by zaczerpnąć oddechu. Zazwyczaj był dosyć oszczędny w słowach, jednak skoro zdecydował się już mówić o rzeczach mu bliskich i które traktował z należytą powagą, to wolał opowiadać o nich obszernie. W ten sposób można było uniknąć masy nieporozumień i błędnych interpretacji. Jeśli Pandora liczyła, że dostanie skondensowaną wersję opowieści, to niestety nieco się przeliczyła. Ale kto wie, może okaże się na tyle cierpliwą słuchaczką, że wytrzyma monolog w wykonaniu egzorcysty?
— Oczywiście. Szkoda byłoby odcinać dostęp do takich miejsc. — Uśmiechnął się lekko, jednak rozejrzał także kontrolnie na boki. Kierownictwo kowenu potrafiło prowadzić równie zaciekłą grę co politycy Ministerstwa Magii. Różne spojrzenia na wiarę, różne perspektywy na postęp, jaki się dokonywał na ich oczach. Sebastian był jednak na tyle blisko tego świata i na tyle doceniał ukojenie, jakie potrafiła zapewnić wiara, że był zdania, że ludzi wręcz należało zapraszać do tego typu miejsc. — Moja kapliczka znajdowała się w okolicy mugolskiego Colne Valley Regional Park. Jeśli dobrze pamiętam nazwę.
[a]Ściągnął brwi. Świat mugoli i czarodziejów przeplatał się w tak wielu miejscach, jednak nazewnictwo konkretnych miejsc potrafiło mu uciec z głowy. Nie czuł jednak z tego powodu zbyt dużego zażenowania. Gdyby spytać mugoli gdzie leżał, chociażby Dolina Godryka, część z nich pewnie też nie potrafiłaby wskazać tego miejsca na mapie, czy połączyć nazwy z konkretnym hrabstwem. A i tam była całkiem spora społeczność niemagów.
— Masz dużo pytań. — Zaśmiał się krótko. — Ale to w sumie dobrze. Tak myślę. Lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć, czyż nie? — Wziął głęboki oddech. — Cóż, osobiście myślę, że jest wiele powodów, dla których zostają. Niepewność przed przejściem na drugą stronę, słynne „niedokończone sprawy” lub po prostu fakt, że energia żywych ich przyciąga. Sądzę, że to dlatego jest tyle duchów, chociażby w Hogwarcie. Energia życiowa tylu młodych ludzi musi jakoś na nich wpływać. — Zamyślił się na chwilę, analizując kolejne pytanie dziewczyny. — Czasami Ministerstwo idzie na ugodę z duchem, namawiając do pozostania w miejscu. W innych wypadków zdarza się, że pracownicy są w stanie „uwiązać ducha” na miejscu za pomocą magii.
Na resztę pytań postanowił odpowiedzieć, dopiero gdy dotarli do kawiarenki i po szybkim dokonaniu zamówienia zostali uraczeni jeszcze parującymi ciepłymi napojami.
— Nie spotkałem się do tej pory z duchami zwierząt w trakcie swojej pracy — przyznał, pozostawiając temat powrotu duchów na ten świat na sam koniec. Była to kwestia obszerna, a przy tym nieco tajemnicza i... wprawiająca go w obawy. Magia była nieprzewidywalna. Bywało, że proste zaklęcie Lumos mogło się nie udać, a tutaj jednak mówili o potężnych niemalże międzywymiarowych czarach. — Teoretycznie, może i by mogły. Bywają dni, gdy przejście między światem duchów a naszym jest uchylone. Osobiście uważam, że coś takiego wymagałoby ogromnych zasobów energii. Wizja armii duchów zza światów nie jest zbyt zachęcająca. — Skrzywił się nieznacznie. — Każdy bezpośredni kontakt z duchem jest niebezpieczny. Oczywiście, większość z nich nie ma złych zamiarów, ale wiele z nich bywa... rozproszonych. A chęć ponownego skosztowania życia w ludzkim ciele bywa zbyt nęcąca.
Gdy ruszyli w dalszą drogę po muzeum, Sebastian w ostatniej chwili usunął się z drogi czarodzieja w kapeluszu, unikając tym samym zderzenia.
— Możesz je potraktować jak blizny otrzymane w ramach wyprawy po wiedzę — zauważył, chociaż nie był pewny, czy ten komentarz jakoś wybitnie pocieszy dziewczynę.
- Z czasem musi być lepiej. - odparła w końcu, starając się zachować naturalny dla siebie optymizm. Starała się jednak nakierować myśli po prostu na Sebastiana oraz jego pracę, o której zbyt dużo nie wiedziała, a która wydała się Pandzie bardzo intrygująca i przede wszystkim, niespotykana. Czy to nie było niesamowite, że rozumiał sprawy duchów oraz był w stanie im pomóc przejść na drugą stronę, przez co nie musiały tkwić gdzieś przez tysiące lat, gorzkniejąc w samotności? Czy tak powstawały Poltergeisty? Przygryzła jednak dolną wargą, nie pozwalając wymknąć się kolejnemu pytaniu, bo i tak zdążyła już go zasypać. Słuchała go więc, a brązowe tęczówki skryte pod wachlarzem długich, ciemnych rzęs, lustrowały z zainteresowaniem i uwagą jego twarz, gdy mówił. Zupełnie się pracą w Ministerstwie nie interesowała ku niezadowoleniu ojca, więc nawet podział jego departamentu był dla niej pewnego rodzaju zaskoczeniem.
- To brzmi, jak dobrze zorganizowane. - skwitowała z odrobiną niedowierzania w spojrzeniu, widocznie niezbyt wierząc w funkcjonowanie Brytyjskiego Ministerstwa Magii. Zawsze wydawało się jej instyucją zabałaganioną. Była zachwycona ilością informacji, tak wyczerpującą odpowiedzią, której wyglądający na nieśmiałego Sebastian jej udzielił. Nie sądziła, że istnieją duchy, które mogą być nieprzywiązane do miejsca, gdzie umały — jej umysł uznał to już kiedyś za jakąś regułę. - Klient? Krewni, którzy szukają przodka? Po co właściwie ludzie szukają jakiegoś ducha, zwłaszcza gdy jest wiekowy? Wiesz, wędrujący po ziemi od setek lat. Czy takie duchy są silniejsze i trudniejsze do opanowania, niż załóżmy te pięćdziesięcioletnie, jeśli macie je odesłać lub przywiązać do miejsca? Ducha można zamknąć w przedmiot? Przepraszam, zamęczę Cię! Obiecuję, że Ci to jakoś wynagrodzę, słowo Prewetta!
Posłała mu jeden ze swoich najładniejszych uśmiechów, który pokazał dołeczki w policzkach, zakłócające spokój oliwkowych, subtelnie zaróżowionej skóry. Było jej trochę głupio, ale jak mogła nie wykorzystać okazji, że los splótł drogę jej i akurat egzorcysty, gdy była tego tak ciekawa? No i Panda dużo mówiła, tak po prostu. Ludzie ją lubili, bo umiała zagadać każdego, podobnie, jak posłać mu komplement i wywołać uśmiech na twarzy. Jej twarz wyglądała, jakby opowiadał jej najciekawsze historie na świecie. Gdy była czymś zachwycona, wyglądała odrobinę dziecinnie, jaka taka małolata, która dostała najładniejszy prezent na świecie.
- Jeśli nie będziesz miał mnie dość, możemy tam się kiedyś wybrać razem. Wiesz, będę się pewniej czuła z kimś doświadczonym, bo obiło mi się o uszy, że łatwo wpadam w kłopoty. Jeszcze coś się wydarzy i ściągnę jakiś kataklizm. Oczywiście, jeśli będziesz miał czas i ochotę.- zaproponowała z delikatnym wzruszeniem ramion, ruchem dłoni zgarniając brązowe pasmo za ucho, ale na próżno było szukać w tym zakłopotania, bo Prewettówna do takowych kobiet nie należała. Czy to faktycznie mogło pomóc znaleźć wewnętrzny spokój i formę ukojenia? Nie było niczego zawstydzającego w tym, że nie pamiętał nazwy. Ona też prędzej po prostu gdzieś umiała trafić, niż podać nazwę ulicy i numer domu.
- Mam. - zgodziła się, nie mogąc powstrzymać śmiechu, do którego sam Sebastian ją zachęcił. Ciekawe, czy wiedział o tym, że istniał sernik o jego imieniu i to taki bardzo smaczny? Gdy zmienią temat z duchów i egzorcyzmów, Panda na pewno mu o tym wspomni. - No i widzisz, jak się zgadzamy? Nie trzeba być ekspertem w każdej dziedzinie, ale warto wiedzieć podstawowe rzeczy, żeby nie wychodzić na głupka. Zwłaszcza gdy są takie ciekawie!
Dodała jeszcze z delikatnym wzruszeniem ramion, zanim zacisnęła wargi i już słuchała go grzecznie, nie przerywając.
I znów ją zaskoczył, bo nie miała pojęcia, że energia żywych mogła w jakikolwiek sposób przyciągać duchy. I z pewnością to zauważył, bo odrobinę wytrzeszczyła na niego oczy, rozchylając usta w zdziwieniu. - Co to znaczy uwiązać? Na takiej smyczy? Dlatego Marta nie może opuszczać zamku?
Nie byłaby sobą, gdyby nie dopytała, nawet jeśli biedny Macmillan miałby jej po prostu dość. Kawiarenka na chwilę kupiła jej uwagę, gdy wpadła w krótką rozmowę z pracownicą, która przygotowywała im zamówione napoje. Nawet nie czuła, że tak chciało się jej pić. Gdy para z kubka dotarła do jej nozdrzy, mruknęła z zadowoleniem, przymykając na chwilę oczy. Gdy usłyszała jego głos, brązowe oczy znów utkwiły w nim spojrzenie, a kubek oplotła palcami, dmuchając w jego zawartość, aby jak najszybciej zrobić łyka. Więc może te widmowe wilki były tylko na północy, gdzie w ten sposób wierzono i poniekąd przez to przybierały taką formę? O całej armii duchów to w ogóle nie pomyślała, jednak gdy Sebastian o tym wspomniał, również uznała to za niebezpieczne i ryzykowne.
- Armia Duchów byłaby okropna, ciężko byłoby z nimi walczyć. Znam naprawdę dużo ludzi, a tylko Ty jesteś specjalistą w ich sprawach. A Ty możesz zajrzeć, przejść do ich świata? - powiedziała, nie mogąc powstrzymać kolejnego pytania, a potem zrobiła w końcu upragniony łyk napoju, zanim zaczęła mówić dalej. - A co wtedy dzieje się z właścicielem ciała? Mogą być w jednym dwie dusze? Co, jak ten nowy nie chce wyjść lub się dogadają?
To była ciekawa kwestia. Załóżmy, że do ciała nieśmiałego chłopca wleciał duch jakiegoś bohatera, który zmieniał się z nim miejscami i ratował go z kłopotów, był odważny i był zdolnym magiem. No i co się działo, jak duchy wplątywały się w świat mugoli? Słyszała, że Ci czasem je widywali.
Pomijając wpadanie na ludzi, o mało też nie wylała na siebie i na nich herbaty, ratował ją tu względnie przyzwoity refleks, który nabyła podczas swoich prac oraz studiów. Zarówno praca ze zwierzętami, jak i mechanizmy z zaklinaniem go wymagały. Zaśmiała się, kręcąc głową na jego słowa. - To brzmi sensownie, przynajmniej dopóki kogoś nie poparzę. - rzuciła, wciąż odrobinę chichocząc, po czym jedną z dłoni złapała go pod rękę i odciągnęła trochę na bok, gdzie było luźniej i tkwiła samotna, drewniana skrzynka, która robiła chyba za nowoczesną ławeczkę. Gdy usiedli, założyła nogę na nogę i skupiła się na piciu oraz na Macmillanie, odwracając głowę w jego stronę. - Miałeś kiedyś poważne kłopoty z jakimś duchem? Wybacz, że tak Cię tutaj przyciągnęłam, ale mamy jeszcze chwilę, a nie chciałabym wysłać kogoś do Munga lub zniszczyć sztuki. Mój ojciec byłby niepocieszony dużym rachunkiem ze strony muzeum i zapewne zakazem wstępu.
Wyjaśniła mu, przesuwając spojrzeniem po zatłoczonym wnętrzu, zanim zrobiła kolejnego łyka. Trochę parzyło w język, ale Pandora niewiele sobie z tego robiła.
the well of all souls
Wzruszył lekko ramionami, uśmiechając się nieco wymuszenie. Cóż mógł powiedzieć na temat Ministerstwa Magii? Żadna instytucja nie była idealna. Jednak uchybienia Ministerstwa niekoniecznie wynikały z bałaganu, a raczej biurokracji, która zdawała się dopadać każdego, kto postawił stopę w murach instytucji. Zanim ktoś otrzymał oficjalną decyzją odnośnie do danej sprawy, dokument musiał być przemielony przez kilka różnych biur, potwierdzony przez kilku urzędników i dopiero wtedy lądował na biurku osoby decyzyjnej.
Osobiście Sebastian nie miał nic przeciwko temu. Lubił myśleć, że dzięki temu jego własne sumienie staje się czystsze. Jeśli dana sprawa do niego dotarła, znaczyło to, że powinien wykorzystać swoje umiejętności w określony sposób. Nie musiał się zastanawiać dziesięć razy nad tym samym, stawiać dodatkowych diagnoz, a zamiast tego mógł po prostu działać według planu. Metodycznie.
— Czasem krewni, innym razem ludzie z miasteczka czy sąsiedztwa, gdzie zalęgł się jakiś duch. Zdarza się, że sam duch do nas trafi, chcąc uzyskać jakieś informacje.
Tak długo, jak dusze nie były natrętne, czarodzieje całkiem często zostawiali je w spokoju, pozwalając, aby rosły wokół nich miejskie legendy i niesprawdzone opowieści. Kiedy jednak duch szedł o tej jeden krok za daleko lub naraził się komuś spoza społeczności i decydował się na wniesienie skargi... Wtedy informacja trafiała do odpowiedniego biura, które robiło co w jego mocy, aby skontaktować się z danym indywiduum i znaleźć jakieś rozwiązania, a przede wszystkim przygotować wpis do akt.
— Trudne pytanie. Każdy duch jest inny. Powiedziałbym wręcz, że to, kim byli za życia i jak utalentowani byli wpływa na to, jak sobie radzą podczas swojego nie-życia — stwierdził Sebastian. — Im bardziej duch jest rozeznany w swojej sytuacji, tym łatwiej mu umknąć przed konsekwencjami opętania. Duch kobiety, która umarła dwadzieścia lat temu, łatwiej się wpasuje do otoczenia, gdy już kogoś opęta, niż duch sprzed kilkuset lat, który nie rozumie zmian, jakie zaszły w społeczeństwie, języku, ubiorze, czy nawet w tym, jak praktykujemy magię. — Zamilkł na moment. — Poza tym, duch, który od dawna nie miał cielesnej powłoki, ma trudności z kontrolowaniem ciała.
Pozwolił Pandorze samodzielnie wyciągnąć kolejne wnioski. Starsze duchy mogły uchodzić w pewnych kręgach za bardziej niebezpieczne z uwagi na swoją nieprzewidywalność. Kto wie, cóż za zaklęcia i magiczne zdolności mogły zostać zapomniane przez historię, tylko po to, aby wrócić na ten świat, dzięki zbłąkanej duszy? Z drugiej strony, z czysto praktycznego punktu widzenia, to duchy młodsze stanowiły według Sebastiana większe wyzwanie. Lepiej pamiętały, jak to jest egzystować pośród żywych, posługiwać się ludzkim ciałem, które było zdecydowanie mniej mobilne od formy ducha. A im lepiej rozumiały realia, tym łatwiej było im wtopić się w tłum i po prostu umknąć.
— Bardzo chętnie — stwierdził po dłuższej chwili bicia z myślami. Wprawdzie dużo chętniej opowiedziałby ze szczegółami o kapliczce w jednej z londyńskich kawiarni, jednak miał świadomość tego, że czasem należało wyjść ze swojej strefy komfortu. Równie dobrze to mogła być jedna z tych okazji. — Jeśli cię to uspokoi, to możemy zaprosić kogoś jeszcze. Zawsze to jakaś ochrona przed „kataklizmem”.
Klasnął bezgłośnie dłońmi w nieco niezręcznym geście. Musiał przyznać, że czuł się coraz swobodniej w towarzystwie nowo-poznanej kobiety. Wydawała się bardzo zainteresowana kwestiami, które były mu bliskie, ale też nie wypytywała jakoś dokładnie o jego życie prywatne. Doceniał to, bo prawdopodobnie nie miałby zbyt wiele do powiedzenia, chyba że Pandora uznałaby jego wizyty w antykwariatach za wyjątkowo zajmujące.
— Uwiązać, to znaczy ograniczyć zdolność poruszania się na duże dystanse w zależności od wymagań danego zlecenia — wyrecytował nieco monotonnym głosem, jakby czytał prosto z jednego z wielu ministerialnych regulaminów. — Jeśli dobrze kojarzę, przypadek Jęczącej Marty wiązał się z nadmiernymi „odwiedzinami” u innej uczennicy, wiele mil od zamku. — Zmarszczył czoło, próbując sobie przypomnieć szczegóły. Od jego ostatniej wizyty w Hogwarcie minęło całkiem sporo czasu. — Ciężko mi określić standardy, jaki wówczas panowały... Prawdopodobnie postawiono jej ultimatum. Pozostanie na miejscu lub odegnanie przy pomocy egzorcyzmów. Możliwe, że dyrekcja również miała coś do powiedzenia.
Profesor Binns dalej nauczał Historii Magii, a w Hogwarcie rezydowała także masa innych duchów. Być może, nie chcąc zaburzać tamtejszej równowagi, Ministerstwo poszło Marcie na rękę, pozwalając jej zostać na tym świecie pomimo przewinień. Ciężko było zgadywać, należałoby zajrzeć do archiwów lub znaleźć kogoś, kto pracował przy tej sprawie.
— Ja, cóż... Wolałbym o tym nie rozmawiać. To nieco wrażliwy temat. Przynajmniej w moim przypadku — wymruczał przepraszająco, chociaż na jego twarzy zagościła powaga. — A co do właścicieli... Jeszcze nie widziałem, aby duch-intruz dogadał się z oryginalnym właścicielem ciała. Duchowi zazwyczaj zależy na kompletnym zdominowaniu gospodarza i zepchnięcia go na margines świadomości. Jednak moim zdaniem gospodarz nie jest kompletnie bezbronny. Wierzę, że jego siła woli w momencie opętania stanowi pierwszą, ale i zarazem ostatnią linię obrony przed obcym duchem.
Spoczął na ławce, rozgrzewając sobie dłonie, a następnie unosząc ciepły napój do ust.
— Większość zleceń, które trafiają z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, są dla mnie problematyczne — parsknął, kręcąc głową ze swego rodzaju rozbawieniem. — Brygadziści i aurorzy mają tendencję do wynajdowania naprawdę... nietypowych przypadków. I to takich, które na pierwszy rzut oka zdają się stosunkowo normalne. Ah, no i zazwyczaj oczekują natychmiastowego rozpoczęcia konkretnych działań. Są w gorącej wodzie kąpani.
Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości