- Widzę, że interesujesz się tym tematem. To hobbistyczne, czy raczej związane z pracą? - zapytała, nie mogąc się zdecydować, co by do niego bardziej pasowało. Mógłby być koronerem, jak ona — siedzenie w chłodni i w sztucznym świetle przez większość czasu sprawiała, że było się dość bladym. - Edward nie był Twoim faworytem, jest więc nas dwoje. Całe szczęście, że nie był człowiekiem przesadnie głębokim, bo naprawdę, nie chciałabym mieć na głowie zabłąkanego ducha.
Odparła z delikatnym uśmiechem, pozwalając sobie na wzruszenie ramion. Byli sami, zamknięci na tarasie, a do tego mówili dość cicho, więc padające pomiędzy dwójką czarodziejów słowa z pewnością zostaną sekretem. Loża hejterów była nazwą odpowiednią, a co najważniejsze, zarówno Cynthii, jak i Martinowi zdawała się poprawiać humor, odciągać od tego całego lamentu i żałości, która trwała przy zamkniętej trumnie. Naprawdę chciała już mieć ten rozdział na sobie, szczęśliwie brutalnie przerwany przez alkohol oraz morze. Odetchnęła głębiej, podciągając do góry rękaw sukienki, gdzie krył się elegancki i skromny zegarek, którego jednak wskazówki poruszały się zbyt leniwie. Odsunęła się też od balustrady, zajmując miejsce obok Martina, wygładzając sukienkę — nie będąc w stanie znieść perspektywy ewentualnych zagnieceń, które mogłyby powstać na materiale. - Czy tutejsze ceremonie pogrzebowe długo trwają? Mam również wrażenie, że matka Edwarda liczyła na większą aktywność w kwestii przemów podczas opłakiwania tej olbrzymiej dla świata i nas straty.
Odrobinę ironizowała, zachowując jednak resztki dobrego smaku oraz dobrych manier. Spoglądała gdzieś przed siebie, wzrokiem omiotła cały horyzont. Nie było to złe miejsce, miało z pewnością odrobinę uroku, ale siebie sobie tutaj zupełnie nie mogła wyobrazić. A jej przyszły i niedoszły mąż wielokrotnie sugerował, że powinni założyć rodzinę właśnie w Stanach. Cóż za okropny pomysł.