30.10.2022, 18:36 ✶
LIPIEC 1966
Ulica Pokątna, Kawiarnia
~*~
Eden Malfoy & Alastor Moody
Nie samą pracą żyje człowiek.
Właśnie to zdanie musiała powtarzać mu wielokrotnie tego dnia, żeby w końcu trybiki w głowie Moody'ego kliknęły i pozwoliły mu zgodzić się na przerwę. Eden nie należała do osób wybitnie obijających się, znała swoje obowiązki i nie miała zamiaru ich zaniedbywać z czystego lenistwa. Niemniej była już siedemnasta, a oni dalej krążyli po magicznym Londynie jak błędni rycerze, próbując sprawdzić wszystkie potencjalne kryjówki pewnego gagatka, mając w żołądkach jedynie śniadanie z godziny siódmej rano. Przynajmniej tak było w przypadku Malfoy; nie zdziwiłoby ją to wcale, gdyby Alastor jechał na oparach wczorajszej kolacji oraz połowie przypadkowo znalezionego pączka w swoim biurku.
- Może tutaj? - zaproponowała błagalnym tonem, wskazując na kawiarnię, którą właśnie mijali. Została poparta przez swój własny żołądek, który zagrał marsz pogrzebowy specjalnie dla Moody'ego, bo była gotowa zamordować go, jeśli nie zgodzi się na przystanek. - Będziesz mógł wypytać ekspedientkę o wszystko, tylko daj mi coś tam zjeść - obiecała, wbijając w niego świdrujące spojrzenie. Naprawdę była gotowa stać przed nim ze złożonymi dłońmi, a nawet zaciągnąć go tam siłą. Co prawda pewnie przegrałaby to starcie, ale była tak głodna, że jeśli czymś go nie przekona, to zje jego. Na pewno będzie łykowaty i gorzki, ale jest to poświęcenie, na jakie była gotowa.
- Ja stawiam - oświadczyła w końcu, wywróciwszy oczyma.
Nie wiedziała, czym finalnie go przekonała. Lamentującym tonem, wizją łączenia przyjemnego z pożytecznym, czy ostateczną propozycją, że za niego zapłaci. Prawdopodobnie to ostatnie, bo wiedziała, że Moody nigdy groszem nie śmierdział, a jej po prawdzie nie robiło różnicy, czy postawi mu lunch, czy nie. Nie zbiedniałaby nawet jeśli zabrałaby go na czterodaniowy posiłek do francuskiej restauracji, lecz wiedziała, że na takie coś się nie zgodzi, bo skonsumowanie aż tylu dań zabrałoby mu za dużo czasu z dnia pracy.
Powiedziała mu, że może sobie wziąć, co tylko chce, a potem wyrówna rachunek. Sama skończyła z dużym croissantem i kawą. Przysiadła się do stolika na uboczu, nie lubiąc siadać obok świergotających tłumów, po czym skinęła ręką, by Alastor do niej przyszedł.
Ktoś zostawił na blacie świeży egzemplarz Proroka Codziennego. Eden zwykle czytała go rano w pracy, jednak dziś nie miała czasu, bo Moody zabrał ją na wycieczkę meneloznawczą dookoła świata jeszcze zanim skończyła wypowiadać "dzień dobry". Nie miała przy sobie nic do pisania, żeby móc zabrać się za ulubioną krzyżówkę na końcu gazety, więc od niechcenia zabrała się czytanie treści.
- Czy ten Leach nie potrafi się powstrzymać? - zapytała, odgryzając kawałek rogalika. Główne wydanie dzisiejszego numeru skupiało się na obecnym Ministrze Magii i jego rzekomym majstrowaniu przy Mistrzostwach Świata mugoli w czymś, co określają piłką nożną. - Ja rozumiem, że ludzie jego pokroju nie są najcelniejszą różdżką u Ollivandera, ale skoro tak bardzo chciał zostać Ministrem Magii, to czemu dalej miesza się w to, co robią szlamy? - użyła bardzo pejoratywnie nacechowanego słowa, odruchowo, bo jej ojciec nie zamykał się na temat Nobby'ego Leacha odkąd przegrał z nim walkę o stołek i określenie szlama zawsze szło w parze z tym typem. Nawet po prawdzie nie zauważyła, że odezwała się w ten sposób przy Alastorze, który miał zgoła inne poglądy - dotychczas unikała tego tematu w jego obecności, nie chcąc psuć ich zgrania w pracy. Niemniej teraz nie próbowała się reflektować nawet, jedynie dalej czytała artykuł, raz po raz popijając kawę.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~