Nawet ten jego brak odwagi lub raczej próba maskowania nieśmiałości, przestrzeganie reguł było czymś, co do niego pasowało i nie było sensu właściwie niczego zmieniać. Z ludźmi już tak było, że albo się ich akceptowało i brało do serca, albo nie. Nie można przecież wybrać z całego pakietu charakteru, ulubionych emocji i zostawić tylko je, pomijając to, co nie odpowiadało. Czasem ją irytował, czasem był wredny, ale znacznie częściej sprawiał, że się śmiała lub uśmiechała, więc nie miała żadnego powodu do marudzenia. Może poza kwestią latania na abraksanach, ale w tym również się nie poddała. Rzeka poza nieprzewidywalnym nurtem i głębokością niosła również orzeźwienie, a w promieniach słońca jej tafla zdawała się błyszczeć, jakby pochłaniał ją ogień.
Zaśmiała się na jego reakcję, sama też pokręciła głową. Bo czego się spodziewał? Gdyby się go słuchała i nie była sobą, pewnie ich relacja nie rozwinęła się w taki sposób, a teraz nie tkwiliby w deszczowym, styczniowym Londynie z chińszczyzną w reklamówkach. - Wymyśl coś, wymyśl coś.. Musielibyśmy zrobić jakieś, no wiesz.. z typu tych, co się krwią wiąże. Wtedy byś wiedział, że umarłam. Tylko nie umiem w takie.. em metody. - wzruszyła ramionami, nie chcąc używać słowa “czar” lub “zaklęcie”, żeby jej ulubiony Islandczyk się nie denerwował. Mogła też pomyśleć nad zaklinaniem i możliwościami, które dawało, a gdy myśl ta przebiegała przez jej głowę, wzrok przesunęła na rzemyk na jego szyi, palcem przesuwając po złotym łańcuszku. Była po prostu sobą, nie lubiła tych wszystkich nazw i nie lubiła się przechwalać swoimi umiejętnościami, które przecież cały czas szlifowała. Na jego kiwnięcie głową, wywróciła oczami i prychnęła rozbawiona, bo przecież rozmawiali o jej potencjalnym zgonie, jakby mówili o dodatkach do sałatki. Wierzyła mu i ufała na tyle, że była pewna, że wybrałby faktycznie, najładniejsze jezioro. Bo przecież zawsze dotrzymywał słowa.
Wierzyła, że zadziała — pewnie sugerował jej wirujący w jej krwi alkohol, który tylko zdawał się dodawać jej pewności siebie i zadziorności, jakby bez niego miała ich zbyt mało. Westchnęła, przesuwając włosy za ucho, posyłając mu jeszcze krótkie spojrzenie na znak, żeby sobie uważał, bo wcale z tym nie żartowało. Nie trudno było ją sprowokować do głupich lub też jeszcze bardziej zaskakujących rzeczy w tym stanie. Nie obwiniała go oczywiście, raczej swoją prędkość spożywania procentów. Była pewna, że ból głowy pojawi się od rana, ale łudziła się, że na tym koniec i nie popłynie tak, aby niczego nie pamiętać. Bo pamiętać chciała, lubiła przecież spotkania z nim. Co do reprymendy, ona już tak po prostu miała, martwiła się innymi niż sobą, bo była przecież silna i uparta, drobne przeziębienie jej nie zabije, jak mogłoby to zrobić z Niedźwiadkiem. Każdy wiedział, jak chorowali mężczyźni. - Cieszę się, że się zgadzamy, ale dam Ci prezent, jak wrócimy do mnie.
Dodała tylko tajemniczo, potrząsając jeszcze papierową torbą, chcąc rozbudzić jego ciekawość dotyczącą tych dwóch drobiazgów, które tam tkwiły. Hjalmar nie wiedział, że Azjatyckie rodziny, które przeniosły się do Londynu, miały często kilka źródeł dochodu. W przypadku tej Shuna mieli knajpę i niewielki sklep, gdzie oczywiście znajdowały się rzeczy sprowadzone z ich ojczyzny dla koneserów, ale również turystów, co gwarantowało im dobry zarobek.
Wyglądał na zadowolonego z jej obietnicy o braku magii, nawet jeśli różdżkę miała w swojej torebce — również magicznie powiększonej i zmienionej tak, aby nie była ciężka. To były jedne z najpraktyczniejszych zastosowań czarów w życiu codziennym, dzięki temu mogła ze swoim wielkim plecakiem i zwiniętym namiotem poradzić sobie wszędzie, o ile spakowała odpowiedni. Bo czasem brała ten zwykły przez swoje roztargnienie. Gdyby poznali się w Drumstrangu, brunetka pewnie chciałaby go trochę uspokoić i na niego wpłynąć, przez co mogliby się kłócić, jak pies z kotem. Pewnie przeżyłaby prawdziwy szok na widok łagodnego miśka w jego szkolnych, nastoletnich latach. Odwzajemniła uśmiech, kiwając głową w odpowiedzi, że nie ma problemu. Naprawdę nie chciała uskuteczniać z nim awantur, które wyszłyby poza granice subtelnej zadziorności.
- Czyli obydwoje nie mieliśmy wyjścia i ucieczki przed pubem, przynajmniej dopóki Cię nie porwałam, bo mnie Eliza zirytowała. - uniosła brew, rzucając luźne spostrzeżenie, bez cienia wstydu lub wyrzutów sumienia w głosie, bo wcale nie czuła się źle z tym że mogli odetchnąć. - Tak, inne owszem. A ta litera to będzie mój szczęśliwy przedmiot, jestem pewna. Może będę mniej wpadać w kłopoty, zwłaszcza gdy Ciebie nie będzie obok, żeby mi pomóc? - dodała w zamyśleniu, przenosząc wzrok na wisiorek, który uniosła na swojej dłoni, nie mogąc powstrzymać kolejnego uśmiechu na jego widok. Cieszyła się jak małe dziecko. I może też dlatego wpadła na swój genialny pomysł, który zdawał się go na chwilę sparaliżować.
Po swojej propozycji przyglądała mu się z tajemniczym i badawczym uśmiechem, jakby debatowała nad tym, co zrobi. Dlaczego był taki zaskoczony? - Jak Ci się ten pomysł nie podoba, to po prostu odmów. Przecież się nie obrażę. - wzruszyła ramionami pogodnie, nie przenosząc spojrzenia ciemnych tęczówek z niebieskich oczu, których kolor odrobinę pociemniał przez słabe oświetlenie bulwarów za pomocą raptem kilku latarnii. - Hmm? - ściągnęła brwi, nie bardzo wiedząc, co miał na myśli z tym czekaniem. Rozglądanie się na boki sprawiło, że zacisnęła usta, aby się nie roześmiać, bo wyglądał, jakby planował jakąś ucieczkę. Była aż tak straszna, a on tak dobrze wychowany, że nie wiedział co zrobić? Pokiwała tylko głową, a gdy ruszył w stronę punktu, na który wcześniej patrzył, roześmiała się z niedowierzaniem, zaraz jednak łapiąc głębszy oddech i pozwalając sobie na odchylenie głowy do tyłu, spojrzała na niebo. Wciąż ciemne i pełne chmur, widoczność z centrum miasta była naprawdę okropna.
Gdy wyprostowała głowę, już zniknął w sklepie. Nie przypuszczała, że kupi taki zapas wódki, nic więc dziwnego, że jej brwi powędrowały do góry, gdy dostrzegła — przyglądając się mu badawczo, jak opróżnia jedną ze swoich butelek. Wyglądał na zamyślonego, na policzkach pojawiły mu się wypieki od szybko wypitego alkoholu. - W takim tempie, nie wrócisz do tego mieszkania trzeźwy, miśku. - mruknęła pod nosem, krzyżując ręce pod biustem. Chciał się znieczulić lub skasować w tempie Hogwartu Ekspress? Nie miała wątpliwości, gdy opróżnił drugą buteleczkę. Była pewna, że to tempo i ilość uderzą go mocniej, niż ją. I co ona wtedy z nim zrobi? Mogła się teleportować, ale nie była pewna, czy umie z dodatkową osobą. Lepiej było tego nie próbować. Mimowolnie rozejrzała się dookoła, chcąc zlokalizować postój taksówek.
Wcale nie była ciężka, on po prostu lubił sobie komplikować.
- Mamy jakieś zawody, o których nie wiem? - znów mruknęła pod nosem, widząc, jak pozbywa się zawartości trzeciej butelki. A przecież wystarczyło jedno słowo! I jak miała interpretować to mruknięcie? Paliło mu przełyk, dostał zawrotów głowy, czy może jeszcze coś innego? Poprawiła kurtkę na ramionach, mimo wszystko uśmiechając się z rozbawieniem na widok jego twarzy. Kiwała głową, powstrzymując śmiech na jego złodziejstwo jej zaproszenia, zastanawiając się, czy jest bardziej uroczy, czy może nieporadny? I przede wszystkim, czy potrzebował do tego naprawdę trzech małpek i dużej butelki, nie licząc tego, co wypił przedtem? Nie sądziła, że była tak onieśmielająca.
- Randkę? - dopowiedziała, robiąc krok w jego stronę. Obawiała się trochę, że zaraz jej tu padnie. Wyciągnęła mu butelkę z dłoni, przenosząc na chwilę na nią wzrok. Czy to było odpowiedzialne, żeby ona aż tyle piła, przynajmniej dopóki nie będą bezpiecznie w domu? Podniosła na niego wzrok, stukając paznokciami w szkło. - Zapraszasz mnie, bo chcesz, czy po prostu nie lubisz, kiedy kobieta Cię gdzieś zaprasza? I pragnę zauważyć Niedźwiadku, że jeśli to ja się zgodzę na Twoje zaproszenie, a nie Ty na moje, to Ty będziesz musiał zrobić z tego randkę, nie ja. - uśmiechnęła się zadziornie, puszczając mu oczko. Odkręciła butelkę, robiąc krótkiego łyka, krzywiąc się odrobinę, bo zdążyła już zapomnieć, jak cierpki był to alkohol. Przyjemne ciepło rozlało się po jej ciele, zostawiając na odkrytej i wilgotnej skórze gęsią skórę. Gdy uniosła powieki, znów na niego spojrzała, tylko tym razem oczy jej nieco bardziej błyszczały, bo moc trunku nieco je załzawiła. - Oczywiście, że chcę iść z Tobą na randkę. Gdybym nie chciała, to bym Ci tego nie proponowała. Chcesz zjeść tutaj, czy pojechać już do mieszkania? - zapytała, ruchem głowy wskazując na niewielki, suchy kawałek drewnianych schodów, które prowadziły do Tamizy, skryte pod wielkim drzewem, które uchroniły je przed zmoknięciem. Ciekawe, czy gdyby nic nie wypił, to by się zgodził? Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, wyciągając dłoń w jego stronę, chociaż sama nie złapała za jego palce. Skoro wypił tyle, aby mieć odwagę, to czy nie powinien jej wykorzystać? Uśmiechnęła się niewinnie, ruchem głowy zgarniając brązowe pasma włosów na plecy. - Myślisz, że jestem trochę straszna? - zapytała z zaciekawieniem w głosie, czując, jak robi się jej lżej i jakoś przyjemniej w środku, bo nawet jeśli powietrze i adrenalina ją trochę zdążyły otrzeźwieć, wypite wcześniej łyki znów chciały wprowadzić Pandę w jakiś błogostan i letarg, jakby w życiu można było wszystko i nie było żadnych konsekwencji.