Rozliczono - Avelina Paxton - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Przez ostatnie dni, niemalże o każdej porze dnia wspominałem swoją rozmowę z Aveliną Paxton w przeklętym Hyde Parku. Mierziło mnie to. Nie dawało spokoju. Nie potrafiłem przejść do porządku dziennego, wiedząc, że się przed nią otworzyłem, wyciągnąłem pomocną dłoń, a ona zbeształa to krótko, jak gdyby była smarkiem z Hogwartu. Nie była. Dorosła. Wyrosła na piękną kobietą, więc czemu musiała być taką... Uparta idiotka! W Ministerstwie Magii sprawdzałem pobieżnie dokumenty, ale nie wydawało mi się by to zgłosiła. Głupia.
Łatwo więc wywnioskować, że nie miałem ochoty się z nią spotykać, rozmawiać z nią, a najbardziej to nie preferowałem na nią patrzyć. Ściskało mnie w jelitach, kiedy myślałem o czymś podobnym, więc zapewne odwlekałbym to spotkanie, ale niestety kończyły mi się zapasy. Musiałem się ukorzyć.
Pomimo wcześniejszych ustaleń, postanowiłem sam wybrać miejsce spotkania. Publiczne. Najbardziej oczywiste. Trudno. Opracowałem plan, dzięki któremu nie musieliśmy spotykać się na osobności, tylko przekazywać sobie informacje odnośnie zamówienia, jak i towar w aptece z eliksirami, gdzie też Avelina pracowała. Tyle. Kropka. Starałem się o niej więcej nie myśleć, choć wciąż po wnętrzu mojej czaszki odbijały się jej ostatnie słowa do mnie. Odrzuciła propozycję mojej przyjaźni. Wolała bym była dupkiem.
Zacisnąłem dłonie w piersi, wstając od biurka i właściwie z tego też miejsca teleportując się na ulicę Pokątną. Pogoda była podobna, więc niezbyt można było złapać lekkiego oddechu. Raczej naciągnąć tą groźbą, która wisiała w powietrzu. Poprawiłem swój płaszcz oraz włos, po czym skierowałem się do Ravena.
Nie przywdziewałem uśmiechu. Pozostawałem poważny, próbując zapanować nad nadchodzącą wściekłością. Byłem pewien, że się pojawi, jak tylko ją ujrzę, więc odetchnąłem głęboko i wszedłem do środka, swobodnie, gdyż było późne popołudnie, jeszcze w godzinach otwarcia. Przy kontuarze stała jakaś baba, więc zmierzyłem ją wzrokiem i rzuciłem krótkie:
- Dzień dobry.
Klientka zasłaniała mi osobę Aveliny, więc poruszyłem się niespokojnie, uciekając wzrokiem na ściany wypełnione po brzegi różnymi specyfikami. Udałem, że się nimi zaciekawiłem niemiłosiernie, choć tak naprawdę nazwy wygrawerowane bądź odręcznie nakreślone na buteleczkach jakoś niespecjalnie... Nic mi nie mówiły. Mimo to wyprostowany jak ta struna, skrzyżowałem dłonie za swoimi plecami i przestępowałem z nogi na nogę, dalej wędrując swoim wzrokiem po półkach.
Poczułem stres, kiedy usłyszałem jej głos. Zrobiłem głęboki wdech i wydech, za nimi kolejną serię. Obiecałem sobie, że zachowam fason. Jak chciałem, potrafiłem. Może inaczej, jak się odpowiednio postarałem, to dawałem radę.