Nie chciała wychodzić na znawcę, bo nim nie była. Nie wiedziała tak mnóstwa rzeczy… Niektóre stały się jasne po sabacie, kiedy można było coś przemyśleć na chłodno, ale niektóre… Wciąż były za mgłą. No i te wspomnienia… o tym też nie zamierzała nic mówić, tym bardziej, ze sama nie rozumiała co się dzieje. Wizytę w kowenie z kimś bardziej zaznajomionym z tematem i spirytystą miała odbyć dopiero jutro.
- A może po prostu nie umiał inaczej bronić tego, co naruszył Voldemort – Victoria nie bała się wymawiać tego imienia. Uważała, że ten strach niczego nie dawał, no a poza tym… cholera jasna, była aurorem. Gdyby ona się bała, to jakie dawałaby świadectwo innym?
Najpierw pokiwała głową, w ciszy, która zabrzmiała po stwierdzeniu Lockharta.
- Teraz jest to jasne, że było to Limbo, ale wtedy… Nie miałam pojęcia gdzie jesteśmy. Nie wiedziałam, że to Limbo. Myślałam, że przypadkiem nie wiedząc weszliśmy w jakiś portal… Tylko, że wygląda na to, że tak się nie stało. Nie tak do końca przynajmniej. Mówili, że nasze ciała leżały przy ogniskach i podobno wyglądaliśmy jakbyśmy spali… albo gorzej – chyba nie było się co bać tego nazwać. Wyglądali jakby umarli, jakby życie w nich dogasało, albo zaraz miało zgasnąć. - Myślałam, że gdziekolwiek jesteśmy, to bardzo rzeczywiste, ale były tam też takie rzeczy… Takie, które powinny mi już wtedy dać do myślenia – dość gładko przeszła do kolejnego pytania Darcy’ego. - Ale różni się mocno. Tak jakby… nie ograniczały go te same prawa co nas, jakby wszystko było tam możliwe. Pamiętam, że słyszałam głos, szept właściwie. Mówił do nas, że nie powinno nas tam być, żebyśmy zawrócili, bo nie przyszła na nas jeszcze pora. Pamiętam też, że coś nas obserwowało z lasu, to było takie dziwne wrażenie... Były też słowa o cyklu – czy słyszeli Matkę? Victoria wierzyła, że tak. Nie chciała jednak mówić o rozciętym ciele kobiety, którą w swej wizji tak chciała uratować. Zresztą co by to zmieniło, skoro to była tylko skorupa, ludzka powłoka a głos i tak do nich przemawiał? - Zobaczyliśmy błyskawice na niebie i pobiegliśmy za tym, aż dotarliśmy na skraj lasu. Tam… To wyglądało jak wielka wichura. Drzewa, kamienie, wszystko były wyrywane ziemi i leciały jakby do centrum, tylko nie my. A w centrum był… Był ogień. Rozgrzany tak, że nie był wcale czerwony, tylko niebieski. A tam… Widziałam kształty – Victoria zatrzymała się i mocniej splotła palce. Dłonie miała ułożone na kolanach, nogę zgrabnie na nodze. To nie było dla niej łatwe i było to chyba po niej widać. Odetchnęła. - Czasami mówi się, że przed śmiercią życie przelatuje nam przed oczami. Jeśli tak, to w ogniu zobaczyłam koniec. Sceny z mojego życia, moich bliskich, moje emocje. Przypomnienie kim byłam i kim jestem – uniosła spojrzenie ciemnych oczu na Darcy’ego, te ostatnie zdania mówiła zdecydowanie ciszej niż wcześniej.