08.10.2023, 13:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.01.2024, 20:30 przez Morgana le Fay.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Do Dolina Godryka przybył cyrk.
Tata obiecał, że zabierze jutro tam ich wszystkich – całą dzieciarnię, zamieszkującą (na stałe lub okazyjnie) dom Longbottomów: Brennę, Erika, Mavelle, Danielle, Lucy i każdego, kto akurat się nawinie (co mogło oznaczać od pięciu do piętnastu osób). Ale chociaż Brenna b a r d z o chciała obejrzeć przedstawienie cyrkowe w towarzystwie swojego brata i kuzynostwa, to chciała tez koniecznie, ale to koniecznie zobaczyć, jak rozkładają te wszystkie namioty, i wozy, i co będzie działo się dzisiaj. Panna Marple z sąsiedztwa mówiła na przykład, że na pewno będą mieli słonia. A mała Annie wspominała, że w takich cyrkach rzucają do ludzi nożami – jak Brenna miałaby nie chcieć tego zobaczyć? A była pewna, że pod opieką taty się nie uda. Tata wprawdzie podarował sztylet Brennie na dwunaste urodziny (tata był pod tym względem zresztą wspaniały, wspominał tylko, żeby nie mówiła mamie), ale mógłby być stanowczy wobec noży w rękach innych ludzi. Zwłaszcza, kiedy obok były Dani i Lucy. Dani i Lucy wdały się w Bletcheyów. Brenna w wieku trzynastu lat wiedziała już, że oznacza to mniej więcej, że nie wolno się z nimi bić tak na poważnie ani dawać im do ręki miecza, zwłaszcza takiego niezabezpieczonego. A to miał być magiczny cyrk! Była już raz w cyrku, ale w takim całkiem zwyczajnym, a w tym podobno dało się zobaczyć dużo ciekawsze rzeczy…
Brenna oczywiście poszła więc na miejsce, gdzie rankiem zaczął rozstawiać się cyrk, sama. Nie była to jej pierwsza, druga ani dziesiąta wycieczka tego typu – chociaż zwykle kręciła się jednak po okolicy z resztą dzieciarni albo trzymała w pobliżu domu. Znała jednak Dolinę i cóż, jak przystało na dziewczynę w szacownym wieku lat trzynastu, wiedziała doskonale, że jest nieśmiertelna, nie przyszło jej więc nawet do głowy, że w tym, co robi, jest cokolwiek niewłaściwego. Poza tym… to były lata siedemdziesiąte, a w rodzinie Longbottomów chowano dzieci trochę inaczej niż w innych rodach czystej krwi…
Nikt nie zwracał na nią uwagi, gdy kręciła się pomiędzy barwnym tłumem. Brenna wtapiała się w otoczenie doskonale, bo mama już ładnych parę lat temu zrezygnowała ze strojenia jej na co dzień, zadowalając się robieniem tego na specjalne okazje. Wyglądała jak mała mugolka, w dodatku mała, uboga mugolka, bo spodnie rozdarła sobie na kolanie dziś rano, kiedy spadła z drzewa (Erik myślał, że siostra nie zdoła na nie wejść, naiwny chłopak. Zdołała, ot miała większe problemy z zejściem z powrotem). Łokcie miała trochę poobijane, podobnie jak nos. Mama uznała, że zaaplikuje maść dopiero wieczorem, bo może Brennę to czegoś nauczy.
Mama też czasem bywała naiwna, chociaż Brenna nigdy nie powiedziałaby tego głośno. A na pewno nie w zasięgu jej uszu.
Z pewną fascynacją obserwowała jakiegoś poprzebieranego pana. Potem zakręciła się wokół stoiska z karmelem i słodyczami, ale kolejka była za duża, aby Brenna umiała w niej ustać. Zajrzała ukradkiem do jednego z wozów, gdzie kilka osób dyskutowało żywiołowo – w środku zdawał się znacznie większy niż z zewnątrz – a potem pomknęła dalej, na sam skraj obozu, gdzie już nie kręcili się ludzie. Nie było takich tłumów, bo przedstawienia miały się przecież zacząć dopiero jutro…
Właściwie sami sobie byli winni, że zostawili drzwi otwarte, a w środku nikogo nie było.
Brenna wcale nie zamierzała tam wchodzić. Ot spojrzała. Ale to zobaczyła… to były miecze i noże! A Brenna miała wielką słabość do trzech rzeczy: czekoladowych żab, książek oraz broni białej.
Po prostu musiała obejrzeć te rekwizyty.
Niewiele więc myśląc, wskoczyła do środka, i zaczęła przepatrywać się przedmiotom – czasem mrucząc coś z aprobatą, a czasem mamrocąc pod nosem coś w rodzaju „nie, ten jest beznadziejny, ma ładnie wyglądać i nikogo tym nie dźgniesz…”
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.