W domu panował porządek. Domu pełnym różnych pamiątek z różnych wydarzeń, niektóre były bardziej wyeksponowane, inne mniej, jeszcze inne schowane. Sentymentalna więź sprawiała, że spojrzenie na nie wywoływało uśmiech na ustach. I każda z tych pamiątek miała ten uśmiech przywoływać. No, przynajmniej większość z nich. Wartość co poniektórych niekoniecznie wiązała się tylko i wyłącznie ze śmiechem i ciepłem, jakie sobą prezentowały. Jak ten ususzony wianuszek, który z zabawną tabliczką wisiał przy balkonie - ta pamiątka z felernego weseliska, gdzie Laurent go złapał. W tym domu było również sporo kwiatów, a przynajmniej - zieleni. Zawsze pachniało tu, szczególnie wiosną i latem, kwiatami, sosnami rosnącymi przy domu w New Forest i morzem. Czasami te konkretne zapachy były słabsze, innym razem mocniejsze, ale w tak piękny dzień jak ten cały dzień drzwi i okna były pootwierane. Laurent nie bał się złodzieja, który by tutaj wpadł i wszystko pokradł. Ciągle się tu kręcił, jeśli zaś nie on to Migotek, jeśli nie Migotek to Duma wylegiwał się na tarasie czy w salonie, bo Laurent nie pozwalał mu chodzić w okolice stajni i tam, gdzie kręcili się pracownicy i klienci.
Wiosenne porządki były pewną standardową procedurą, jaką przerabiał co roku. Ta wiosna również ich nie uniknęła, chociaż w tym roku wyjątkowo zabrał się za nie o wiele wcześniej - jeszcze zanim wpadł w cug pracy, jaki wybijał się, kiedy tylko przychodziła wiosna, stworzenia się budziły i o wiele więcej ludzi chciało jej zakosztować, tak i nacieszyć się ciszą i spokojem tego miejsca. Właśnie wręczył do rąk Alexandar ostatnie pudełko do wyniesienia z przedmiotami, które zdecydowanie nie powinny już zagracać jego domu i odetchnął, spoglądając na spokojne morze. Słońce powoli zachodziło, a on czekał na Victorię. Duma ziewnął leniwie, nie mając nawet ochoty dźwigać się z desek tarasowych, kiedy ostatnie promienie słońca ogrzewało jego wielkie, prawie stukilowe cielsko, błyszcząc na czarnej jak smoła sierści.
Zaproszenie Victorii miało podłoże merytoryczne, ale i nie do końca. Chciał jej coś pokazać - dlatego zawarł tę informację w liście, żeby ubrała się wygodnie na krótką przechadzkę po rezerwacie. Albo raczej - pokazać kogoś. Zjawisko i istotę piękną, która oczyszczała serca, która... powinna być podziwiana przez czarodziei, dumna i wspaniała, a Laurent zwykł go nazywać kurczakiem. Bo zachowywał się jak kura! Siedział na grzędzie i Laurent walczył z nim, żeby wyleciał w końcu z tej swojej prywatnej przestrzeni, jaka została dla niego zorganizowana. Powoli się to udawało, ale Fuego naprawdę miał humorki jak niejedna panienka w najbardziej niesprzyjających dla niej dniach. Ewentualnie jak królewna, wokół której trzeba było skakać i ją zabawiać. Laurentowi się wydawało, że on po prostu takim sposobem chciał na siebie zwrócić uwagę i kupić atencję. Tak zwane "zgrywam niedostępnego". Szczególnie, że kiedy on go ignorował to nagle feniks zaczynał go zaczepiać i przestawał być taki niedotykalski i taki nieosiągalny. To nie tak, że był o to zły. Martwił się za to o stworzenie, które znalazł w takich a nie innych warunkach.
- Królowa Nocy, która przychodzi do mnie przed zmierzchem. - Uśmiechnął się ciepło, kiedy dojrzał kobietę wkraczającą do ogrodu i zmierzającą w jego kierunku. Wyszedł w jej stronę, a rozleniwiony jarczuk tylko spojrzał w kierunku Victorii i przewrócił się na drugi bok. Podszedł do niej, żeby wyciągnąć do niej ręce i przytulić ją do siebie wbrew temu, że jej skóra była nieprzyjemnie zimna. - Dobry wieczór. Jak samopoczucie?