To było chore, nienormalne. Niepoważne. Miał zajmować się szukaniem prawnika, ale w głowie mu huczało, wszystko było pełne ludzi, pełne listów, pełne słów, których nie chciał czytać, nie chciał odbierać. Każdy chciał wytłumaczenia, ale nie było chętnych do tego, żeby po prostu odpuścić. Niezależnie od krzyków, próśb i gróźb mleko zostało rozlane. Stało się. Każdy rzucany cień wydawał się teraz gonić ze zdwojoną siłą. Każdy dźwięk był za głośno, a samotność przerażająco przytłaczająca. Kiedy nikogo obok ciebie nie było, kiedy wydawało się, że człowiek jest tak wystawiony na atak, tak... bezbronny. Laurent zatrzymał się na drodze, spoglądając na zielone, walisjkie pola, od których odgradzał go drewniany płotek. Po co budowany - chyba już nikt nie pamiętał. Ale stał tu nadal, pamiątka dawnych lat. Popołudniowe słońce nie paliło tu tak, jak w Anglii, mimo tego, że lato trwało w pełnym rozkwicie. To chyba przez morze, którego podmuchy uderzały go w twarz raz za razem. Uwielbiał ten zapach. Dzikiej natury i jodu, który wypełniał płuca poczucie wolności. Wystarczyło tylko chcieć, a człowiek mógł powędrować razem z wiatrem. Muzyka szumu fal, śpiew mew i smoczy śpiew dobiegający z rezerwatu rozłożonego po drugiej stronie od widoku, który go zatrzymał i zaklął na parę minut, parę chwil. Ten widok był znacznie bardziej nęcący niż wizja czterech ścian, które podobno miały o tym bezpieczeństwie zapewniać. Na pewno..?
Oderwał oczy od morza, ale morze nie oderwało spojrzenia od niego. Zostało tam - w tych dużych, zmęczonych oczach. Dreszcz za dreszczem biegał po ciele, jakby podejmowały się próby stworzenia z kości i ciała skrzydeł, które pozwoliłby polecieć. Z tym, że nie był stworzony do latania. Za to do pływania... ach, skoro już tutaj był liczył na to, że zanurzy się w morskie otchłanie i przez kilka chwil będzie mógł tam zostać. Bezpiecznie. Bo przecież można było człowieka szukać na lądzie, ale w morskich falach? Kto wie, ten wie.
Kamyki zachrupiały pod podeszwami jego butów, kiedy wznowił swoją nieśpieszną wędrówkę. Spacer, który mógłby być o wiele krótszy, gdyby tylko teleportował się bezpośrednio do rezerwatu, ale to miejsce było takie piękne... I tak dawno go tutaj nie było. Nic się chyba nie zmieniło. Świat był o wiele bardziej odporny na zmiany niż się wydawało. Nie widziałeś tej zmiany przez rok, dwa, ale potem orientowałeś się, po dziesięciu latach, że już nic nie jest takie, jakim je pamiętasz. Niektóre domy popadały w ruinę, inne remontowano, otwierały się nowe sklepy, żeby inne uległy zamknięciu. Ale tutaj? Skały nie ulegały tak szybko roztrzaskaniu, a nikomu nie przychodziło do głowy cięcie pięknych lasów rezerwatu. I bardzo dobrze. W końcu to miało być schronienie dla istot, które nie mogły samodzielnie egzystować poza tymi obszarami... żeby nie wejść w bezpośredni konflikt z czarodziejami. Ci zaś, jak było wielokrotnie i dobitnie pokazane, bardzo lubili niszczyć wszystko, co stanie na drodze do ich rozwoju.
W końcu dotarł do domu Leviathana i rozejrzał się po terenach, które go otaczały. Nieśpiesznie. Czy tutaj się coś zmieniło? Przybyło, ubyło, urosło? Pojawiła się kobieca ręka świadcząca o tym, że jeśli nie żona, to chociaż matka czy kochanka witały w te strony? Nie spodziewał się zresztą, żeby Leviathan siedział teraz w domu o tej godzinie. Dlatego starał się wyłapać jego obecność gdzieś w okolicy. A jeśli nie - podszedł do drzwi, ubrany w białą koszulę i grafitowe, proste, eleganckie spodnie, by zapukać z lekkim uśmiechem.