Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Nigdy nie przypuszczała, że zna tyle epitetów i będzie je w stanie użyć w stosunku do młodszego brata. Rzuciła absolutnie wszystko, co robiła — każde zlecenie i mechanizm, jak jej ten skończony idiota nie odpisał w ciągu dziesięciu minut, pakując plecak, łapiąc za różdżkę i zbierając się w drogę do Wielkiej Brytanii. W głowie miała już obrazy, jak jakiś psychopata rzuca na niego Avadę przez okno i słodkie, Laurentowe zwłoki leżą rozciągnięte na tym dywanie. Wzdrygnęła się na samą myśl, zerkając z pogardą na proroka, gdy prędko związywała włosy w wysoką kitkę. Ojciec go zabije. Ona go zabije. Florence go zabije. Brenna go zabije. Jego przyjaciółka Victoria go zabije. Czy on czasem myślał? Owszem, miał tendencję do paplania, ale żeby wyzywać psychopatów w Proroku Codziennym? Co za brak odpowiedzialności.
Lepiej, żeby nie był martwy, bo ona go zabije, jak wpadnie po niego do domu. Bo przecież nie mógł tam zostać, a już na pewno nie bez odpowiedniej ochrony.
Było ciepło, nieco duszno i Pandora miała nadzieję, na ciepły, letni deszcz. Najpierw za pomocą świstoklika dotarła do Londynu, a potem teleportowała się pod dom młodszego brata z miną tak niezadowoloną i złą, że sam diabeł by się jej wystraszył. O dziwo jej pstryknięcie świadczące o skorzystaniu z teleportacji, nie było jedyne. Gdy mogła już otworzyć oczy, a wszystko w żołądku przestało wirować, dostrzegła jeszcze dwie sylwetki, na których widok uśmiechnęła się tylko z odrobiną zakłopotania, przyjmując jednak z ulgą, że nie tylko ona była wariatką na punkcie swojego słodkiego, niewinnego brata.
- Cześć Brenna, cudownie Cię widzieć. Ty musisz być Victoria, nie? Mój brat jeszcze przed udarem swojego mózgu mi o Tobie opowiadał. Pandora. - przedstawiła się z pogodnym uśmiechem, przyglądając się śliczniej dziewczynie ciemnymi oczami, a potem poprawiła plecak. Wciąż miała różdżkę w dłoniach, mimowolnie nasłuchiwała i rozglądała się dookoła, jakby banda śmierciożerców miała wyskoczyć z pobliskiego krzaku róży. - Widzę, że nie tylko mnie zignorował. Drogie Panie, nie ma na co czekać.
Zauważyła z westchnięciem rezygnacji, kolejny raz rozpaczając nad nagłą utratą szarych komórek Laurenta, po czym zrobiła krok do przodu i uderzyła kilkukrotnie w drzwi. Już ona mu wytłumaczy, co to znaczy odpowiedzialność. Mógł sobie marudzić i wyzywać na swoje futra, a nie na próbujących przejąć władzę nad światem, brutalnych i bezwzględnych morderców.