And you got a tale to tell
Well, just take a walk down Lonely Street
To Heartbreak Hotel
♪♫
Murtagh Macmillan & @Diana Mulciber
Ulica Pokątna była naprawdę piękna właśnie w tych miesiącach, kiedy bruk pokrywała lekka warstewka śniegu, a w witrynach widać było jeszcze ostatnie świąteczno-noworoczne dekoracje. Jeszcze nie tak dawno temu Murtagh odwiedzał te sklepy co roku w lecie, razem z tłumem innych uczniów Hogwartu, ich rodzeństwa i rodziców. Jego rodzina zawsze wybierała środek dnia, podczas gdy on nie mógł ścierpieć otaczających go tłumów i starał się zrobić całe zakupy jak najszybciej, czekając potem na resztę rodziców w lodziarni i przeglądając nowe podręczniki. Kiedy po raz pierwszy wszedł na Pokątną poza sezonem wakacyjnym, zdumiało go jak bardzo cicha i spokojna mu się zdała. Oczywiście czarodzieje i czarownice nadal robili zakupy i przechadzali się alejkami, ale dorośli nie robili tego w pośpiechu, nie przekrzykiwali się i nie tłoczyli w grupach by porozmawiać o wakacjach. Od tej pory dużo częściej tam zaglądał, nieraz spędzając całe godziny na przeglądaniu książek w "Esach Floresach" czy zbaczając na Śmiertelnego Nokturna, w poszukiwaniu ciekawych artefaktów i książek bardziej przydatnych w obszarach jego studiów.
Tego dnia jednak miał bardzo konkretny cel w pojawieniu się na Pokątnej. Był bowiem z kimś umówiony. Z kimś kogo nie widział zdaje się całe wieki, a kogo zdawkowa korespondencja pozostawiała wiele do życzenia. Murtagh pamiętał bowiem, jak jeszcze rok temu byli prawie nierozłączni, wspólnie jedząc posiłki przy stole ślizgonów i wspólnie zakuwając do O.W.T.M.ów. Zszokowało go, że ich relacja zdawała się nie przetrwać próby czasu i końca edukacji, choć on sam pisał do niej wiele listów i wiele razy nalegał na spotkanie. Nie rozumiał, dlaczego się tak zamknęła i odsunęła, jakby byli ledwie przelotnymi znajomymi, podczas gdy dla niego ich relacja była czymś o wiele więcej. Czy zrobił coś nie tak? Czy ona wyczuła w nim zmianę, tego cichego demona, który wkradał się w jego myśli i powtarzał syczącym głosem "sssadaj ból, sssniszcz ich, ssaabij, ssabij.", a on nie miał siły ani woli by dłużej mu się opierać? Niemożliwe, przecież nie wspominał o tym w listach, nie dało się tego wyczytać z jego charakteru pisma.
Zatrzymał się przed lodziarnią Floriana Fortescue, która w czasie zimowym stawała się bardziej cukiernio-kawiarnią i oferowała pieprzne latte, pudding i ciasta. Nie wiedział, czy ona już tam na niego czekała, więc nerwowo poprawił kraciasty szalik i wyprostował skórzaną kurtkę. Część jego śmieszyło niezmiernie to, jak bardzo stresowało go to spotkanie, podczas gdy nie odczuwał ani krzty nerwowości zadając ból i zostawiając coraz to nowe blizny na swoich przedramionach, ćwicząc do perfekcji techniki nacinania skóry. Odetchnął i wszedł do środka, rozglądając się po kawiarni za tak znajomymi, blond włosami i jej drobną figurą.