• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 11 Dalej »
[11.05.1972] Interesy | Geraldine & Esme

[11.05.1972] Interesy | Geraldine & Esme
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
03.10.2023, 11:20  ✶  

Czasem po prostu już tak było, że na twojej drodze zupełnie przypadkiem pojawiała się osoba, z którą coś klikało, już na samym początku. Ger czuła, że to jest właśnie ten moment, nie miała pojęcia, czym to jest spowodowane. Miała wrażenie po prostu, że rozmawia z kimś, z kim zna się dosyć długo.  Brakowało w tej rozmowie dystansu, który zazwyczaj pojawiał się, kiedy nawiązywało się nowe znajomości. Było zupełnie inaczej, ona zaś nie czuła, że musi udawać i uważać na to, co mówi. To zdecydowanie ułatwiało całą sprawę. Zapewne kiedyś się okaże, czy jej założenia były słuszne. Póki co jednak była zaskoczona, bardzo pozytywnie tym wszystkim. Los zdecydowanie jej sprzyjał, szkoda, że tak późno skrzyżował ich drogi. Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny.

- Tak, ustalone. - Cieszyło ją, że z taką lekkością przyszło im się dogadać. Każde z nich wiedziało, czego chce, to pomagało. Obeszło się bez udowadniania wyższości jednej strony nad drugą, byli po prostu równi w tym układzie. Każdy wiedział, czego potrzebuje od drugiej strony. Nie mogło być inaczej, w końcu Esmé potrzebował kogoś, kto będzie mu dostarczał materiały, a Gerry kogoś, kto będzie od niej odkupował to, co uda jej się upolować. Układ idealny jednak istnieje. - Uwierz mi, że będzie bardzo owocna. - Przesunęła się w jego stronę, aby wyciągnąć swoją dłoń i uścisnąć tą jego w ramach potwierdzenia tej umowy, którą tutaj ustnie zawarli. Nie potrzebowała papierów, pieczęci, ani innych niepotrzebnych oficjalnych formalności. Słowo - wystarczyło. Było ono od zawsze bardzo istotne dla panny Yaxley. Wiedziała jednak, że sporo osób traktuje je pobłażliwie. Rowle nie wydawał się być jedną z tych osób. Ufała mu i wierzyła, że jej przeczucie jej nie zawiedzie.

Uścisk dłoni Geraldine był dosyć silny, jednak nie demonstrowała w ten sposób swojej sprawności fizycznej. Jej ręka była ciepła, jak zawsze, jakby płynęła w jej żyłach gorąca krew. W jej oczach pojwił się błysk, gdy usłyszała kolejne słowa padające z jego ust. - Dosyć odważne słowa, jak na taką krótką znajomość. - Nie mogła powstrzymać się od komentarza, mimo wszystko musiała pamiętać, aby się za bardzo nie spoufalać. To zazwyczaj mocno komplikowało relacje biznesowe, czuła, że może mieć z tym problem, a Rowle wcale jej tego nie ułatwiał. - Chociaż też mam podobne odczucia. - Chciała, żeby to wiedział, bo czemu miał nie zdawać sobie sprawy z tego, że i ona potrzebowała kogoś takiego w swoim życiu.

Wbrew pozorom Yaxley nie zdawała sobie sprawy z tego, że mogłaby być kimś, na kogo on zwróciłby uwagę. Wyglądał jej na mężczyznę, który może cieszyć się zainteresowaniem. Ona raczej trzymała się z dala od takich sytuacji. Nie miała czasu na nawiązywanie bliższych relacji, zawsze się przed tym broniła, bo miała tendencje do znikania. Uciekania, gdy zaczynało się robić nazbyt poważnie. Nie mogła sobie pozwolić na coś takiego, bo zaczęli współpracę, która przecież dopiero się rozpoczęła i miała trwać jeszcze długo.

Zauważyła, że uciekł wzrokiem. Zastanawiała się przez moment, czy zrobiła coś nie tak. Nie sądziła jednak, że mogły to spowodować jej dołki w policzkach. Nie chciała, żeby zrobiło się niezręcznie, może najprościej więc było zapytać? - Czy powiedziałam coś nie tak? - Ceniła sobie szczerość i bezpośredniość, także podeszła do tego w najbardziej naturalny sposób, w jaki tylko mogła. Wydawało jej się również, że on nie powinien mieć z tym problemu, przynajmniej tak założyła. Czy było to trafne? Zaraz się okaże.

Yaxley nie należała do osób, które miały problem z tym, by inni przyglądali się jej pracy. W przeciwieństwie jednak do większości ludzi jej zawód wiązał się z ogromnym ryzykiem. To było w tym wszystkim najbardziej skomplikowane. Nie miała wpływu na to, w jaki sposób zachowają się zwierzęta. Były nieprzewidywalne, to nieco ją stopowało jeśli chodzi o demonstrowanie swoich umiejętności. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby komuś stała się krzywda podczas polowania. Była odpowiedzialna za tych, którzy szli z nią do lasu i nikt, ani nic tego nie zmieni.

Dosyć szybko zgodziła się, aby Esmé jej towarzyszył. Miał prawo zobaczyć, jak wykonuje swoją pracę. Nie wiedziała tylko, czy wątpi w jej umiejętności, czy po prostu chce zobaczyć, jak Gerry tarza się we krwi. Różni byli ludzie, ostatnio spotykała na swojej drodze naprawdę rozmaite przypadki. Wiedziała, że to, czym się zajmuje może wzbudzać ciekawość, ale też obrzydzenie. W końcu to, co robiła było na granicy morlaności. Zabijała, czerpała z tego zyski, patrzyła na to jednak trochę inaczej. Jej sumienie było spokojne, bo twierdziła, że ratuje ludzi przed zwierzętami. Tyle, że nie zawsze tak było. Czasem po prostu polowała na stworzenia, tylko po to, żeby zdobyć materiały - nie mówiła jednak o tym głośno. Wolała się wybielać, bo trochę przerażało ją to, że niektórzy ją krytykują. Pojawiało się coraz więcej obrońców zwierząt, którzy nie mieli problemu, żeby zarzucać jej iż nie szanuje życia. Pogodziła się z tym, musiała znaleźć sposób, aby sobie z nimi radzić. Najałtwiejszym było po prostu nie dopuszczanie do konfrontacji, tyle, że nie zawsze się to udawało. Zastanawiała się nawet czasami, czy tak bardzo przeszkadza jej ta łatka mordercy, którą na nią nakładano. Może nie do końca, w jej oczach było to hipokryzją, zwłaszcza, że większość z tych osób nie miała problemu z tym, żeby nosić piękne skórzane spodnie, czy inne podobne rzeczy.

Westchnęła ciężko słysząc jego kolejne słowa. Nie widziała w tym nic uroczego, wręcz przeciwnie. Gdy chodziło o polowania to robiła się naprawdę poważna. Nie znosiła, kiedy ktoś ją lekceważył. - Nie chodzi o nasz układ, chociaż też byłoby go szkoda. - Ledwo go rozpoczęli, a już miałby się kończyć? Yaxley miała idealną motywację na to, żeby odstawić tutaj Esmé całego i zdrowego. - Naprawdę martwię się o ciebie. - Dodała jeszcze, żeby mu uświadomić, że naprawdę chodziło jej o niego. Szkoda by było, żeby coś go zjadło podczas wizyty w lesie. Wydawał się być naprawdę ciekawym człowiekiem. Tego jednak nie powiedziała na głos.

Przeniosła spojrzenie po raz kolejny na zwierzę, które próbowało się wygodnie ułożyć na swoim właścicielu. Korzystało z okazji, póki się taka nadarzyła. Ger nie sądziła, żeby to działo się często, szczególnie w tym miejscu, widać było, że Rowle miał co robić i wolny czas był dla niego raczej czymś niespotykanym. Zastanawiała się przez moment, czym zajmuje się, kiedy go tutaj nie ma. Czy w swoim domu również pracuje nad kolejnymi przedmiotami, czy może jednak gdy opuszcza tę pracownię to przestaje myśleć o pracy. Miała wrażenie, że tak nie jest. Jego zawód był jednym z tych, o których myślało się w wolnym czasie. Na pewno nie tylko tutaj wymyślał kolejne pomysły.

Zaśmiała się w głos słysząc jego kolejne słowa. Nie chciał, żeby była jego niańką, dobre sobie. - Idziesz ze mną na polowanie, więc przestrzegasz MOICH zasad. - Bardzo wyraźnie tonem głosu podkreśliła, kto będzie rządził w lesie. Wyprostowała się przy tym niczym struna i może nawet trochę napuszyła. Przeniosła wzork w stronę, którą jej wskazał. Czy naprawdę sądził, że to wystarczy? Spodnie, noże i reszta tych przedmiotów, które jej wskazał były jedynie dodatkiem, który mógł pomóc. Najważniejsza była czujność, sprawność fizyczna i bardzo szybkie reagowanie. Pokręciła przecząco głową. - Zabiorę cię do lasu, tylko jeśli będziesz mnie wtedy słuchał, i tak już jest, że biorę za ciebie odpowiedzialność, nie możesz mi zabronić ryzykować. Zawsze robię to na co mam ochotę, szczególnie jeśli chodzi o polowania. Pamiętaj, że to ja jestem specjalistą i nie zostawiam swoich. - Jak głupio by się nie zachowali podczas polowania, zawsze czuła się odpowiedzialna za swoich towarzyszy. Nigdy nikogo nie zostawiała, jeśli znajdowali się w dupie, to razem, a wierzyła, że z każdej sytuacji jest wyjście. Nawet jeśli robiło się bardzo niebezpiecznie, łatwiej też było sobie poradzić z problemem w więcej osób. Wolała mu to wyjaśnić, nie zamierzała zmienić sposobu swojego działania przez to, że ten jej powiedział, że ma nie ryzykować. To nie działało w ten sposób.

- Te twoje gadżety to tylko dodatek, co będzie jeśli spotkasz takiego wielkiego smoka, że zdoła cię zjeść nim zdążysz skorzystać z tych wszystkich rzeczy? Ledwie mrugniesz, a znajdziesz się w jego paszczy i będzie po wszystkim. - Musiał sobie zdać sprawę z tego, że będą zdani przede wszystkim na swoje zmysły, a nie na magiczne artefakty. Oczywiście, nie zamierzała od razu zabierać go na polowanie na takie bestie, mimo wszystko chciała go uświadomiść, jak to wygląda.

Zamrugała, kiedy tak szybko zmienił temat, jakby nie mogła w to uwierzyć, że zadał jej teraz takie pytanie. - Wyczuwają, potrafię się powstrzymać od palenia, kiedy jestem w trakcie, chociaż nie jest to wcale takie łatwe. - Szczególnie, kiedy ktoś jak ona palił połowę swojego życia. Nie był to nałóg z którego była szczególnie dumna, ale i ona miała prawo mieć coś z życia. Zapewne byłaby dużo sprawniejsza fizycznie, gdyby odpuściła, ale nie umiała sobie wyobrazić życia bez papierosów. Zresztą naprawdę wiele czasu poświęcała na to, żeby pozostać w pełni sprawności fizycznej. Przede wszystkim trenowała szermierkę, która utrzymywała ją w formie od zawsze. Jej ojciec od najmłodszych lat pilnował tego, żeby potrafiła operować bronią białą. Często zamiast magii wybierała właśnie takie rozwiązania polując. - O moją sprawność fizyczną nie musisz się martwić, zapewniam, że jestem w formie. - Nie wiedziała nawet dlaczego przyszło mu to na myśl.

- Na pewno tak będzie, mam nadzieję, że jesteś przygotowany na to, że te życzenia mogą być dosyć mocno nietypowe. - Wolała go uprzedzić, póki co, sama nie miała pojęcia, kiedy i czy w ogóle poprosi go o cokolwiek, jednak w razie takiej sytuacji będzie miała czyste sumienie, że przecież mówiła, że może pragnąć różnych rzeczy.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#12
12.10.2023, 01:22  ✶  

I Esmé unikał relacji, gdy zaczynały się robić nazbyt poważne. W tym przypadku, ponownie, byli do siebie podobni. Czarodziej nie był jednak zabiegany, nie dbał też o profesjonalizm relacji biznesowej, jaką dopiero zawarł, ani o nic, co Geraldine powstrzymywało od miłości. Rowle zwyczajnie obawiał się, że drugi raz zostanie skrzywdzony. A ten pierwszy... przeżył trochę za mocno. Wstrząsnęło to nim za bardzo. Jak mogłoby nie? W końcu to dzięki temu niezwykłemu uczuciu zasmakował czym jest prawdziwe życie, zrozumiał co to znaczy czuć. Tak naprawdę. Czuć radość, smutek, zaniepokojenie. Całym sobą, a nie tylko muskać wszelkie emocje opuszkami palców, nie potrafiąc ich chwycić w garść. Zdecydowanie miłość była remedium na marazm, jaki odczuwał, ale miłość była też powodem, dla którego ten marazm był teraz tak rozległy. Drugi raz... drugi raz mogłoby nie być do czego wracać. Druga rana mogłaby być już śmiertelna.

- Skądże. - odparł wciąż nieco zmieszany, ale w mgnieniu oka pozbierał się do kupy, wracając spojrzeniem do blondynki. - Ukłuło mnie coś. - wyjaśnił, niby kłamstwem, lecz jednak prawdą. Bo ukłuło go. W sercu.

Nie chciał ciągnąć tego tematu, więc liczył, że taka odpowiedź usatysfakcjonuje Ger. A jeżeli nie? No to trudno, niestety nie chciał tłumaczyć, że cóż... ma słabość do kobiet jej pokroju. Jasne, przecież można było łatwo posądzić go o próby uwodzenia, a jednak nie miał na myśli tego, by skraść jej serce. Zwyczajnie starał się być czarujący, ale na tyle, by było jasne, że jest to co najwyżej propozycja, a nie swoiste zabiegania. Wystarczy, że chciałaby, a wtedy... ekhem. Nieważne. Może jednak nie powinien się tak starać, bo podejrzewał, że jest w stanie sam siebie skrzywdzić. Ale jak tu się powstrzymać? Albo inaczej - co miał do stracenia?

Życie. Swoje puste, nijakie życie, które wypełniał jedynie tym, co zajmowało mu myśli, odsuwając go od ziejącej pustki. Całe szczęście posiadał pasję, jaką było rzemiosło. Nie wiedział jak potoczyłby się jego żywot bez niej. Podejrzewał, że pewnie nie dotrwałby do tak solidnego wieku. Najpewniej targnąłby się na własne życie gdzieś niedługo po ukończeniu Hogwartu. A jednak żył i miał się dobrze. Ba! Śmierć była ostatnim, o czym marzył. W końcu kto rozsądny uciekałby w pustkę, by uciec od pustki, hm?

Kwestia martwienia się była żartem. Tak samo jak to, że łowczyni bardziej dbała o układ, jaki ich łączył. Wiedział, że nie martwi się o niego, ale też jego los nie jest jej obojętny. Po prostu szkoda, jakby umarł, a tym bardziej, gdy miał być pod jej opieką. Określenie "martwić się" brzmiało tak intymnie, tak ciepło. Przynajmniej według niego. A jednak Yaxley skorzystała właśnie z tego słowa. Czarodziej przypatrywał się jej przez chwilę, nie wyrażając żadnej szczególnej emocji, a jednak wydawał się być delikatnie zaskoczonym. Prychnął, opuszczając wzrok na Beksę i uśmiechając się pod nosem. Nie potrafił na to zaradzić - brakowało mu tego bezwarunkowego ciepła, które niektórzy oferowali. Nie potrafił ukryć, że sprawia mu przyjemność, że chciałby się w nie wtulić, a następnie nim przykryć. Poczuć się tak wygodnie, bezpiecznie, swobodnie. Wreszcie opuścić gardę, wreszcie przestać walczyć z pustką o własną duszę. Niestety, były to czcze życzenia.

Smoczoognik podniósł swój łebek w reakcji na gromki śmiech Yaxley, by zaraz jednak go opuścić, układając się dalej do snu na swym właścicielu. A właściciel? Zamrugał skonfundowany tą reakcją i wpatrywał się niemo w łowczynię, aż tak jasno zaznaczyła kto nosi spodnie w kwestii polowania. No tak, czemu o tym nie pomyślał nawet. Pokiwał głową, zwężając swe spojrzenie, ale też usta - wywijając je w zadowolony uśmieszek. Oparł prawy łokieć na podłokietniku, a zaciśniętą pięścią podparł policzek i tym samym pochyloną na bok głowę. Z satysfakcją przypatrywał się Geraldine, która naprężyła się, wręcz nastroszyła, jakby same słowa miały nie zadziałać na upartego rzemieślnika. Ale... one zadziałały. Puszenie się było już miłym dla oka obrazem, który nie zrobił zamierzonego wrażenia na samym Esmé, lecz nie było to konieczne. Nie chodziło tutaj tak naprawdę o żadne dominowanie, o przepychanie się w tym, kto ma decydujące słowo w ich... krótkiej znajomości. Rowle tak po prostu zapomniał, że Ger na swój sposób też jest rzemieślnikiem, lecz jej pracownie były znacznie bardziej rozległe, a materiały, z którymi się zmagała... nieco bardziej ruchome i groźne. Ale, ale! Kaletnik też ucierpiał. Przecież ukłuł się w paluszek igłą. I nikt mu nie ucałował rany. Oh, biedny Esmé.

Nie przerywał jej. Miała wszelkie prawo wyrazić oburzenie i to, jak durnie się zachował. Sam przecież nie chciałby, aby ktokolwiek w jego pracowni mówił mu jak ma pracować. Co ma robić. Czym się zająć, a co zignorować. Rozumiał jej powagę i rozumiał jej... nie tyle złość, co frustrację, która mogłaby w nią się przerodzić, gdyby naciskał na swoje. Ale nie naciskał. Milczał, przypatrując się jej, jak obrazkowi. Podobało mu się to, jak pewna była, gdy temat poruszał polowania. Gdy zaczynało się mówić o jej pracy. Była to jednakowa reakcja, jaką można było dostrzec u samego Esmé, chociaż... on czuł się pewnie często. Za często. Rzemiosło sprawiało, że poważniał, a ta pewność siebie przestawała być maską czy czymś na wyrost, a zaczynała być porządnie ukorzeniona w rzeczywistych umiejętnościach - zaczynała mieć solidne fundamenty, których nie dało się kwestionować. Tym przyjemniejsza była "przemiana" Ger, gdy tak świeży był obrazek jej zmieszania kokieterią.

- Dobrze, już dobrze. - odezwał się, nieco prostując i unosząc ręce - na znak wręcz poddania się. - Nie mówisz mi jak ja mam pracować, więc dlaczego ja miałbym mówić tobie? - brzmiało jak pytanie, które powinien zadać sobie wcześniej, ale padło dopiero teraz. I Esmé nie miał problemu z przyznaniem się do tego, że zwyczajnie powiedział głupotę. Nie pomyślał, że dla tej kobiety jest to równie ważne, co dla niego kaletnictwo. Nie miał w tym temacie nic do gadania. - Wybacz, czasami się zapominam. - opuścił ręce, uśmiechając się przyjaźnie do łowczyni. - Nie chcę by moja niekompetencja sprawiła, że ucierpisz. - bo nie udawał, że jest nie wiadomo kim. Że rozpierdoliłby w drobny mak każdą bestię, która stanęłaby mu na drodze. Nie. Wiedział, że jest w gruncie rzeczy dosyć zwyczajnym mężczyzną, który w kwestii walki... niewiele potrafi. Wiedział za to jak uciekać, jak ukryć się, jak przechytrzyć. To zazwyczaj wystarczało. To i trochę charyzmy. Sęk w tym, że charyzma, którą posądzał o większość swoich sukcesów w dziedzinie konfliktów, nie działała na magiczne zwierzęta.

Przemilczał słowo "gadżety", które zostało rzucone lekceważącym tonem. "Te twoje". Wiedział co miała na myśli, chociaż niezbyt spodobało mu się to, jak zabrzmiała. Miała na myśli tylko to, że cokolwiek by ze sobą nie zabrał, to może nie zdążyć tego nawet użyć. Po prostu ograniczały go jego własne zdolności fizyczne, a dodatkowo nie miał odpowiedniej wiedzy, ani chociażby doświadczenia. Po prostu na nic zdawały się te "gadżety", gdy był żółtodziobem w kwestii polowań. I chociaż rozumiał to wszystko, to zanotował sobie ten moment w głowie. Nie zamierzał wykorzystać tego przeciwko Ger, ale kiedyś udowodnić jej, że "te jego gadżety" kiedyś uratują jej życie, gdy jej własne umiejętności zawiodą. Ekhem, nie życzył jej niczego złego, w żadnym wypadku. Nawet liczył na to, że nigdy nie dojdzie do takiego momentu, by życie Yaxley było w takim zagrożeniu. Ale jednak... jednak jego duma chciała jej udowodnić, że to nie są tylko gadżety. To jest być i nie być.

- Ostrożnie, gdy mówisz o moim rzemiośle. - mruknął dosyć poważnie, aby było jasne, że jego można lekceważyć, o nim można pisać najgorsze żarty, prześmiewcze historie i czego dusza zapragnie, ale sytuacja się zmieniała, gdy obrażało się jego rzemiosło. Na ten temat mógł pożartować, ale on sam. Albo ci, którzy wystarczająco poznali się na dziełach, które wychodziły spod jego rąk. Ale nie Ger. Jeszcze nie. Musiał dostrzec, że wie, że to nie są tylko "te jego gadżety", a prawdziwe arcydzieła kaletnictwa. Odpowiednie materiały, odpowiedni pomysł, odpowiednia potrzeba i mógł stworzyć coś, co zmieniało bieg historii. W odpowiednich rękach, oczywiście. Naprawdę w to wierzył. Powaga trwała jedynie chwilę, bo nie chciał psuć nastroju. Pozwolił wybrzmieć swoim słowom, po czym uśmiechnął się uprzejmie.

Sprawność fizyczna? Zamrugał ponownie zaskoczony, bo chociaż przemknęło mu przez myśl, że papierosy ją pogarszają, to nawet nie wpadło mu do głowy, że Geraldine może się na nią skarżyć. Podniósł się na fotelu nieco za szybko, bo chciał to natychmiast odkręcić. W rezultacie Beksa zsunął się z klatki piersiowej, opadając na nogi rzemieślnika, by zaraz naprężyć się jak struna i zasyczeć wrogo, wpatrując się w twarz swojego niezwykle niefrasobliwego właściciela, który zakłócił odpoczynek. Esmé nic sobie nie zrobił ze stworzenia, które zaraz poderwało się i odleciało na bok obrażone, lądując gdzieś na ladzie i zaraz schodząc na jej drugą stronę - znikając z oczu tak rzemieślnikowi, jak i Ger.

- W życiu bym nie poddawał wątpliwościom twojej sprawności, Ger. - wypalił, pozwalając sobie nazwać ją "Ger", chociaż znali się zaledwie kilkanaście minut. - Wręcz przeciwnie. - dodał, opierając się znów o oparcie fotela, pozwalając sobie na rozluźnienie. - Bardziej zastanawiałem się czy rzeczywiście papierosy mogą utrudniać polowanie, bo nawet z nimi wciąż bez zawahania oznajmiłaś, że mogę zamówić jaki chcę materiał. A węch wydawał mi się czymś, z czym ciężko walczyć i co może decydować albo o wygranej, albo o byciu ofiarą zasadzki. - miał na myśli to, że nawet mimo papierosów wciąż była... zajebista. I wciąż polowała na wszystko, chociaż sama sobie to utrudniała, poprzez palenie. Bestia mogła wyczuć ją z daleka i uciec albo wręcz przeciwnie - postanowić zapolować na łowcę. Kwestia pogarszania sprawności fizycznej... nie były przecież, aż tak szkodliwe, prawda? Nie aż do tego... nie, do tego stopnia właśnie. W końcu w życiu Geraldine nie raz i nie dwa musiały być sytuacje, że ułamek sekundy dzielił ją od życia i śmierci. I te ułamki sekundy potrafiły być bezpowrotnie zabrane przez nieco zbyt regularne popalanie tytoniu. Papierosy mogły zabijać na różne sposoby.
- Po za tym... współpracuję jedynie z najlepszymi. Ba! Z najlepszą z najlepszych. Geraldine Yaxley. Tak, z tych Yaxleyów. Ale to nie kwestia rodziny. Sukces tego rodzaju z rzadka jest dziedziczony. To nie majątek. Na umiejętności należy zapracować. - odpowiedział tak, jakby Ger wcale nie była... Ger, czyli sobą. Specjalnie ubrał to tak w słowa, by zasugerować, że gdyby ktoś o nią zapytał, to może być pewna, iż wychwali ją pod niebiosa. Nie wiedział na ile była to prawda, chociaż ufał, że nie kłamała. Właściwie... ufał jej tak po prostu, bo nie miał nic do stracenia. Najwyżej niezadowolonego klienta, gdy materiały nie dotrą na czas, a Ger? Ger mogła stracić życie. Dlatego wierzył, że jej pewność siebie i słowa nie są wyłącznie na pokaz. Wierzył, że chociaż wychwalał ją pod niebiosa, to wcale się nie mylił. I liczył, że gdyby ktoś zapytał o rzemieślnika, z którym współpracuje, to i ona zapewni o jego umiejętnościach. Bez krzty kłamstwa, bo Esmé nie kłamał w swojej pasji. Był dobry i zamierzał być tylko lepszy. Najlepszy.

Gdyby w pracowni była widownia, to mogłaby palcem wskazać moment, w którym zarzekaliby się, że w oku Esmé pojawił się błysk. Sprecyzowaliby, że nastąpiło to, gdy łowczyni oznajmiła, iż poprosi o nietypowe rzeczy. Uśmiechnął się szeroko, rozkładając ręce, jakby chciał ją objąć. Ale było to jedynie gestem w stylu "czym chata bogata".

- Oh, Gerry, nietypowe życzenia to te, które spełniam najchętniej. - kolejne spoufalenie, na które sam sobie pozwolił. A... a może nie? - Mogę do ciebie tak mówić? Masz przepiękne imię, ale trudne w posługiwaniu się w rozmowie. - bo rzeczywiście tak uważał, że Geraldine było bardzo ładnym imieniem, ale jednocześnie wyjątkowo nieporęcznym. Szczególnie, gdy próbowało się jednak odbiec od sztywnych ram kultury osobistej, która nakazywała mówić pełnym imieniem. Ale z manier Esmé przecież nie słynął. W ogóle nie słynął z niczego. Wciąż był nikim z Nokturnu. Całe szczęście.

Nagle czuć było dym. Ger mogła go nawet zobaczyć nieco wcześniej, bo zaczął pojawiać się zza lady. Dokładnie z tego miejsca, w którym zniknął Beksa. Kto inny mógłby coś podpalić? Esmé zdawał się tego nie zauważyć, ale jednak nieśpiesznie, z ciężkim westchnięciem podniósł się i miarowym krokiem znalazł za ladą.

- Beksa, zachowuj się, przynosisz mi wstyd przy tej pięknej łowczyni. Myślisz, że jak często miewam okazję poznać kogoś tak niezwykłego? - szeptał do niego konspiracyjnym tonem, jakby Smoczoognik miał to wszystko zrozumieć i jakby sama Ger miała tego nie usłyszeć. Ale oczywiście słyszała, bo wszystko było zrobione specjalnie, jako taki zabieg. Tak czy siak, sam podpalacz nagle zaczął wspinać się po lewej ręce Rowle - w kierunku jego barku.
- Przepraszam za niego, lubi jak poświęcam uwagę jemu i tylko jemu. - odezwał się rzemieślnik niczym prawdziwy aktor, jakby naprawdę wierzył, że Yaxley nie słyszała co mówił do swojego stworzonka. Puścił jej też oczko, nim przeniósł spojrzenie na blat za ladą. Uniósł nieco wyżej zwinięty w rulon papier, którego brzeg żarzył się i dymił lekko. Papier musiał zostać podpalony przez Beksę, ale ogień nie rozprzestrzenił się dalej. Esmé palcami chwycił za żar, gasząc go w ten sposób - jego skóra była zbyt gruba, by się oparzyć w ten sposób.
- Odnośnie nietypowych życzeń. - odezwał się i rozwinął rulon, by prychnąć rozbawiony. Pokiwał głową na boki, zrezygnowany i wrócił do stolika, rozwijając zawiniątko na nim. Jeden róg przytrzymał popielniczką, drugi swoją papierośnicą, by Geraldine mogła przyjrzeć się rysunkowi... czegoś. - Nie wiem czy jesteś w stanie przebić nietypowość niektórych zamówień. - dodał rozbawiony, patrząc na projekt... uprzęży dla konia? Jakiejś skórzanej pułapki? Rycina przedstawiała coś, co było stworzone z różnych pasków, w niektórych miejscach paski były szersze, w niektórych węższe. Spinane misternie tak, jakby miały kogoś lub coś obezwładnić. - Zgadnij co to. - rysunek był bardzo szczegółowy, chociaż nie zawierał za bardzo miar, ani opisu - był też nakreślony bardziej jak szkic, jak coś poglądowego, co nijak miało się z końcowym projektem.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#13
17.10.2023, 01:39  ✶  

Jak widać wiele zależało od tego, czego było im dane doświadczyć w przeszłości. Geraldine okropnie bała się przywiązania, bała się, że kiedyś pokocha kogoś tak mocno, że zatraci przez to siebie. Skąd się to u niej wzięło? Sama zapewne nie potrafiłaby stwierdzić. Tak bardzo kochała wolność, że nie umiała sobie wyobrazić, że coś mogłoby ją ograniczać w jakikolwiek sposób. Wiadomo, różnie bywało, czasem brakowało jej kogoś bliskiego, bo dobrze było mieć do kogo się odezwać wieczorem, gdy wracała z lasu okropnie zmęczona, bywało, że i prawie martwa, ale nie odważyła się jednak jak do tej pory zaangażować za bardzo. Miała tendencje do uciekania, kiedy robiło się zbyt poważnie. Czasami tego żałowała. Nacisk rodziny na to, aby znalazła sobie wreszcie męża spowodował, że broniła się przed tym rękoma i nogami. Nie zamierzała tego zmienić. Zapewne nie mieliby problemu, gdyby sama sobie kogoś znalazła, zaczęli nawet akceptować Theseusa, który często był jej towarzyszem podczas wszystkich rodzinnych spędów, tyle, że nie potrafili zrozumieć, że jest tylko i wyłącznie jej przyjacielem. Zabawne, że nie bała się przyjaźni, dbała o te kilka jednostek jak tylko potrafiła. Większość z nich to byli mężczyźni, jednak nigdy nie dopuszczała nikogo zbyt blisko, ciekawe ilu osobom złamała serce uciekając w siną dal przez te swoje demony.

- To dobrze. - Odparła odruchowo, bo bała się, że powiedziała coś nie tak. - Znaczy nie dobrze, że coś cię ukłuło, ale dobrze, że to nie przez moje słowa. - Wolała sprostować, bo dopiero, kiedy usłyszała, jak to zabrzmiało dotarło do niej, że te słowa mogły zostać odebrane w różny sposób. Typowa Gerry, miała tendencje do zbyt szybkiego wypowiadania słów, bez zastanowienia, co kończyło się różnie i często było interpretowane w nie do końca taki sposób, o jaki jej chodziło. Nauczyła się więc często dodawać po prostu wyjaśnienia, żeby nie było niedomówień. Przez to mogło się wydawać, że jest bardzo konkretna i dosyć szorstka.

Nie zamierzała ciągnąć tego tematu. Usłyszała odpowiedź, która wystarczyła do tego, żeby go porzucić. Gdyby wiedziała, co chodzi mu po głowie? Pewnie sama nie do końca umiałaby zareagować i po prostu stwierdziła, że coś mu się na pewno przywidziało i że nie jest odpowiednią osobą, na szczęście nie wiedziała, bo jeszcze zareagowałaby zupełnie inaczej niż się jej wydawało. Siedzący przed nią mężczyzna miał w sobie bowiem sporo uroku, o czym jednak nie miała zamiaru mówić w głos. Zbyt krótko się znali, może jeszcze kiedyś o tym wspomni. W zależności, jak będzie przebiegała ich współpraca.

Każdy znajdował sobie jakąś drogę, którą podążał. Życie często bywało przytłaczające, nie wszystkie metody, które ludzie wybierali, aby na chwilę zapomnieć były zdrowe. Niektórzy uciekali w alkohol, silniejsze substancje, Geraldine kochała ryzyko. W takich sytuacjach znajdowała sobie trudnego przeciwnika do pokonania i biegła do lasu. Nie liczyło się wtedy nic więcej jak tropienie ofiary, walka, a później trofea. Tryptyk, który zawsze wyglądał w ten sam sposób. Dla jednych obrzydliwy, dla niej coś, co kochała najbardziej.

Nie zawsze rozumiała żarty, przez lata wiele razy była traktowana bardzo lekceważąco przez co często traktowała je jako atak w swoim kierunku. Nawet jeśli rozmówca nie miał nic złego na myśli. Był to jej naturalny odruch. Nie sądziła, że jedno słowo może mieć dla kogoś tak wiele znaczenia. Martwiła się o bliskich, nie wstydziła się o tym mówić, tutaj również wydawało jej się ono idealnie pasować, do tego, co mogła poczuć w tej chwili. Nie chciałaby, żeby stała mu się krzywda, tak po prostu. Wydawał się jej być całkiem przyjemnym osobnikiem, i tak znała go może chwilę, ale jej przeczucia raczej nigdy jej nie myliły. O tym nawet nie zamierzała dyskutować. Usłyszała prychnięcie i dostrzegła ten uśmiech, który pojawił się na jego twarzy. Nieco wybiło ją to z pantałyku, bo nie umiała stwierdzić, jaką miał intencję, nie wiedziała, co się właściwie tutaj wydarzyło, ale wolała o to jednak nie dopytywać. Może kiedyś jej to wyjaśni. Wbrew pozorom, pomimo tego, że Yaxley sprawiała wrażenie raczej dosyć szorstkiej i chłodnej, to tam w głębi, pod całą stertą warstw można było znaleźć sporo ciepła, którym była w stanie dzielić się z innymi.

Nie sądziła, że jej śmiech spowoduje, że smooczognik podniesie się z pozycji leżącej. Pewnie by się nad tym wcześniej zastanowiła, nie chciała mu przeszkadzać w odpoczynku. Musiała jednak zareagować, musiała zwrócić jego uwagę na problem, którego nie dostrzegał. Było to ważne, aby zdał sobie sprawę, że na polowaniu to ona musiała być dowodzącą. Nie wyobrażała sobie, żeby ktoś mógł negować jej zdanie, kiedy szedł z nią do lasu. Wolała nie zabierać ze sobą takiej osoby, bo było to dosyć ryzykowne. Zdawała sobie sprawę, że czasami, niektórzy mogli nie do końca wiedzieć, jak to wszystko wygląda. Przecież mieli tylko pójść do lasu, znaleźć stwora, zabić go i wrócić. Nic skomplikowanego, ale w tym bardzo krótkim planie wiele rzeczy mogło pójść nie tak, i ona bardzo dobrze o tym wiedziała. Wystarczyła chwila nieuwagi, a nieszczęście było gwarantowane.

Jeśli chodzi o Ger, to jej również nie brakowało pewności siebie, bywały jednak momenty, jak ten, który mógł zobaczyć przed chwilą, że zaskakiwały ją reakcje innych. Wtedy bardzo łatwo można było spowodować jej zmieszanie, chwilową niepewność. Trochę przesadnie zareagowała, kazanie było raczej jednym z tych w stylu jej matki nie jej, jednak gdy chodziło o polowania to emocjonowała się aż zanadto. Chyba każdy tak miał ze swoją pracą, o ile ją lubił chociaż trochę. Panna Yaxley swoją uwielbiała, co można było zauważyć po tym jej monologu i traktowała bardzo poważnie i odpowiedzialnie, co było nawet zabawne - jako chyba jedyną rzecz w całym swoim życiu.

Rozluźniła się, gdy zobaczyła, że nieco uniósł ręce. Jej kazanie zadziałało, co potwierdziły słowa Esmé. Nie chciała, żeby w powietrzu panowała nieprzyjemna atmosfera, miała wrażenie, że trochę za bardzo popłynęła, posłała mu więc przyjazny uśmiech, aby złagodzić trochę całą sytuację. - Przepraszam, trochę popłynęłam. - Zaczęła od tego, bo wydawało jej się, że nieco przesadziła. - Jednak dokładnie o to mi chodzi. - Cieszyło ją to, że zrozumiał dokładnie, co miała na myśli. Może jednak nie była takim fatalnym mówcą, jak jej się wydawało? - Ja nie ucierpię, a wolałabym, żeby tobie nic się nie stało, to byłaby ogromna strata. - Mogli się tak przekomarzać przez cały dzień, czyje życie było ważniejsze, kto mógłby tutaj bardziej ucierpieć. Miała wrażenie, że znalazła sobie godnego przeciwnika do odbijania piłeczki, co nawet trochę jej się spodobało. Nie wszyscy byli chętni do wchodzenia z nią w dłuższe przepychanki słowne.

Faktycznie dosyć lekceważąco tym razem ona podeszła do skomentowania tego, o czym mówi. Chciała mu jednak dać do zrozumienia, że gadżety, magiczne artefakty to jedynie dodatek. Najważniejsze było silne ciało, które miało nim władać. Nie chciała, żeby go to mocno zabolało, zdawała jednak sobie sprawę, że mogło tak być. W końcu trochę go zaatakowała tymi słowami. Oczywiście nie miała nic złego na myśli, tylko nieco zbyt szybko przeszła do meritum i trochę nie doceniła przedmiotów, które tworzył. Gdyby jednak było tak naprawdę, czyżby w ogóle się tutaj znalazła i zaczynała tę współpracę? Pewnie nie.

- Wybacz, to się więcej nie powtórzy. - Musieli nauczyć się współpracować i reagować odpowiednio na swoje dziedziny. Zwróciła na to uwagę przy tym delikatnym ścięciu, następnym razem nieco bardziej się skupi na słowach, które wypowiadała, bo faktycznie nie zabrzmiało to zbyt miło, mimo tego, że nie miała nic złego na myśli. Sądziła, że akurat jej przedmioty, które tworzył Rowle mogłyby naprawdę ułatwić życie i przydać się podczas polowań. Tyle, że nie zastępowały sprawności fizycznej, powinna jednak ująć to w trochę grzeczniejszy sposób. No, ale trudno. Miała nadzieję, że nie będzie żywił do niej urazy.

Mężczyzna zareagował dosyć szybko, kiedy wspomniała o swojej sprawności fizycznej. Smoczoognik musiał zakończyć swoją drzemkę. Odleciał właściwie nie wiadomo gdzie, kiedy Esmé raptownie się podniósł. Gerry nie zdążyła się nawet obejrzeć, kiedy wzbił się w powietrze i zniknął im z oczu. Całe swoje zainteresowanie skierowała na towarzyszącego jej mężczyznę. Czuła, że z każdą minutą stają się sobie bliżsi, nie umknęło jej oczywiście, że zwrócił się do niej mniej oficjalnie, czyli tak, jak lubiła najbardziej - tego jednak nie wiedział, co tylko jeszcze bardziej ją satysfakcjonowało. - Mam swoje sztuczki. - Czy powinna mu w tym momencie wspomnieć o tym, że jest animagiem, czy jednak warto było zostawić jakiegoś asa w rękawie, żeby jeszcze w przyszłości móc go zaskoczyć? Animagia ułatwiała jej polowania, mogła podejść bliżej stworzeń praktycznie nie zauważona, oczywiście nie pracowała zawsze w ten sposób, jednak były przypadki, gdy musiała korzystać z tej umiejętności. Zresztą nie bez powodu spędziła tyle czasu na nauce tej dosyć trudnej zdolności. - Potrafię się powstrzymać, czasem bywa to dosyć męczące, jednak kiedy jestem w lesie, zaczynam podążać za śladami to zapominam o tym, żeby palić. Nie masz tak czasem kiedy pracujesz, że wpadasz w taki ciąg pracy, że ignorujesz głód, pragnienie? - Zapytała ciekawa, czy u niego wygląda to podobnie.

Westchnęła ciężko, kiedy usłyszała kolejne słowa, które padły z jego ust. Schowała nawet na moment twarz w dłoniach, zupełnie ją zaskoczył tym, co mówił. Zresztą nie pierwszy raz tego dnia, jednak teraz, teraz naprawdę zupełnie ją to znokautowało. Nie spodziewała się bowiem, że będzie w stanie wykrzesać z siebie tyle komplementów. Miała nadzieję, że to nie są żarty, bo wtedy pewnie troszkę ukłuło by ją serduszko. - Teraz muszę spełnić wszystkie twoje prośby, skoro już tak ładnie o mnie mówisz. - Mógł dostrzec błysk w jej oczach, bo te słowa faktycznie dodawały jej skrzydeł. Dobrze było wiedzieć, że ktoś faktycznie wierzył w jej umiejętności. Mimo, że nie wiedział, czy faktycznie jest w tym wszystkim taka dobra, jak o tym opowiadała.

- To miód na moje serce. - Po raz kolejny wydawało się jej, że naprawdę wiele ich łączy. Miała wrażenie, że wreszcie trafiła na odpowiednią osobę. Niesamowicie ją to cieszyło. Nie wyglądał jej na kogoś, kto zadawałby zbyt wiele pytań, zresztą ona również nie miała tego w zwyczaju. - Możesz do mnie mówić, jak tylko masz ochotę, partnerze. - Nie miała z tym najmniejszego problemu, sama nie znosiła tych wszystkich konwenansów, których pilnowała jej matka. Miała wrażenie, że powodują niepotrzebny dystans.

Wtedy poczuła zapach dymu, dopiero po chwili dostrzegła również skąd dochodził. Ktoś tu najwyraźniej zaczął się nudzić i postanowił przypomnieć o swojej obecności. Zastanawiała się, czy powinna zareagować, jej towarzysz był jednak szybszy. Po chwili bowiem znalazł się przy niesfornym smoczoogniku. Postanowiła jednak wstać i podejść do nich. Powoli uniosła się na nogi i ruszyła w stronę lady, oparła się o nią tuż przed nimi. - Nie chciałam, żebyś się poczuł zazdrosny mały, mam nadzieję, że mi wybaczysz. - Odezwała się do stworzenia, które siedziało na barku mężczyzny. Po chwili przeniosła spojrzenie na jego właściciela, nie skomentowała jednak jak na razie w żaden sposób jego słów, zdawał sobie sprawę, że wszystko słyszała. Bardzo łatwo przychodziło mu komplementowanie jej osoby, co właściwie nawet zaczęło jej się podobać, chociaż nie była do tego przyzwyczajona. - Postaram się nie kraść więcej uwagi twojemu towarzyszowi. - Powiedziała jeszcze cicho, szkoda by było, żeby Beksa podpalił to miejsce.

Obserwowała, jak Esmé sprytnie radzi sobie z ogniem. - Widać, że masz doświadczenie. - Postanowiła to jeszcze skomentować, bo naprawdę szło mu wyśmienicie. Ona raczej nie byłaby w stanie zgasić żaru palcami, na samą myśl o takiej sztuczce zaczęły ją piec palce.

- Wiem, że niektórzy lubią się bawić w ten sposób, nie sądziłam jednak, że zajmujesz się również szyciem takich rzeczy. - Wyglądało jej na coś, w czym można by było zapiąć człowieka, a chcąc nie chcąc to sugerowało jej jednak tylko i wyłącznie jeden kierunek myśli. - Powiedz mi proszę jednak, że to jest dla testrala, czy innego magicznego konia. - Przywróciłoby to jej wiarę w ludzi.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#14
09.11.2023, 05:24  ✶  

Ile słów to było za dużo, gdy w grę wchodziło ludzkie życie? Geraldine, według Esmé, wcale nie popłynęła. Rzemieślnik lekceważąco założył, że po prostu sobie poradzi w ten lub inny sposób, a przecież sama Łowczyni nie zabierze go od razu na coś... bardzo groźnego. Łatwo nie docenić magiczne stworzenia, gdy nie miało się z nimi większego kontaktu. Nawet coś w miarę "łagodnego", mogło być śmiertelnym przeciwnikiem dla samego Czarodzieja. Wszak jego zdolności bojowe były... wręcz nieistniejące. Z czego trochę ubolewał. Tak czy inaczej, doceniał profesjonalizm Yaxley, ale także charakterność i czysty rozsądek, że nie pozwoliła dyktować zasad Esmé - który przecież znalazłby się zupełnie nie w swoim żywiole.

- Daj spokój, nie jestem taki delikatny. - miał oczywiście na myśli delikatność mentalną. Jasne, rozemocjonowała się, ale miała ku temu prawo. I było to niezbędne, aby zaznaczyć powagę. Jeszcze tego nie wiedziała, ale na tego mężczyznę ciężko było wpłynąć. Zatem takie "popłynięcie" stanowiło odpowiedni ruch.

"Ogromna strata"? Uśmiechnął się nieznacznie, ostatecznie powstrzymując szerszy grymas. Nie chciał, by wypadło to pobłażliwie, bo to mogło powodować pytania, na które nie mógł odpowiedzieć. A nie chciał kluczyć wokół tematu. Sęk w tym, że gdyby Esmé zmarł to... właściwie nikt by na tym nie stracił. Niektórzy by nawet zyskali. Ah, nie, teraz już Geraldine straciłaby na tym. Swój cenny czas, który właśnie mu poświęcała. Ze skrytym zadowoleniem przyjął te proste słowa, które nie musiały nic znaczyć, ale wciąż miło było dla odmiany usłyszeć o sobie coś dobrego. I że gdyby go zabrakło, to dla kogoś byłoby to stratą. Przypuszczalnie.

Teraz może to on zareagował zbyt ostro. Może. Niestety jemu, dalekiemu od perfekcji paniczowi Rowle, nie przyszło to nawet do głowy. Swoje rzemiosło traktował poważnie. Jak jedną z największych świętości w jego życiu, której obsesyjnie pilnował, by każdy zachowywał w jej obliczu odpowiedni szacunek. Poważniejszy był dla niego jedynie temat jego zmarłej matki. I tyle. To były dwie najistotniejsze rzeczy w życiu Esmé. Złagodniał od razu, gdy usłyszał, że "to się więcej nie powtórzy". Machnął ręką, jakby chciał puścić to w zapomnienie.

- Nic się nie stało. Tym razem przymknę na to oko. - "tym razem". Specjalnie tak powiedział, jakby miała grozić jakaś kara Ger za to, że zlekceważyła jego rzemiosło. Nic takiego nie groziło, bo przecież, nawet gdyby był do tego zdolny, nie pobiłby jej, bo... obraziła jego pasję. Nie wyciągnąłby też żadnych konsekwencji, nie próbowałby też się zemścić. Co najwyżej zakończyłby współpracę i ją wyprosił. Teraz miało być to bardziej żartem, co zresztą było po nim widać - uśmiechał się nieco zaczepnie, dając sygnał, że z tym przymykaniem oka, to nie jest poważny. Po prostu nie wziął sobie jej słów zbytnio do siebie, bo wiedział co miała na myśli, jednak chciał zwrócić uwagę, by lepiej je dobierała.

Ah tak, sztuczki. Mógł się spodziewać, że nie będzie zdradzać mu wszystkich tajników swojej pracy. Nie żeby podejrzewał ją o to, że może uważać go za potencjalną konkurencję, ale zwyczajnie byłoby to zbyt... nieostrożne. Nie tak od razu, nie gdy nie zostało zadane pytanie wprost. Taka odpowiedź nawet bardziej go satysfakcjonowała na ten moment, bo oznaczało... no tak jak powiedziała - że ma swoje sztuczki. A sztuczki zawsze były ciekawe, a ciekawość znów była największym wrogiem nudy.

I on posiadał swoje sztuczki, ale czy wpadał w trans podczas pracy? Zadarł głowę do góry, wpatrując się w sufit, zaś dłonią powoli gładził się po krawędzi szczęki, zastanawiając się jak to u niego wygląda. Pchało mu się na usta, że nie, że wręcz przeciwnie, ale czy była to najprawdziwsza odpowiedź? Cofnął się myślami do kilku ostatnich zamówień i zdał sobie sprawę z pewnej zależności.

- Nie do końca. - mruknął nieco nieobecny, jego wlepiony w sufit wzrok pozostawał zamglony jeszcze przez chwilę. - Czasami zapominam jeść, spać czy pić, ale gdy mam duże zamówienie, które jest niezbyt ekscytujące. - powiedział, wracając wzrokiem do Łowczyni. - Po prostu się wyłączam i pracuje. Jak zaklęty. - bo pamięć mięśniowa i doświadczenie robią swoje, nie musi być obecny myślami, nie musi martwić się o swoje umiejętności. Chodzi jedynie o pracę na akord. - Częściej aż przesadnie dbam o siebie, gdy mam naprawdę pasjonujący projekt. Chcę być w najlepszej możliwej formie, by moje potrzeby nie wpłynęły na jakość mych umiejętności. - odpowiednio wyspany, wypoczęty, najedzony i napojony. W takim stanie, w którym nie brakuje mu niczego, w którym jego proste, ludzkie ciało spełni formę narzędzia, za pomocą którego przeistoczy swoje zdolności w rzeczywistość. Od momentu projektowania, do ostatnich wykończeń - bo na każdym kroku dało się popełnić błąd, którego nie dało się później cofnąć. Nawet jeżeli dało się go naprawić, sprawić by nie był widoczny dla nikogo innego, oprócz samego Esmé. Ale, no właśnie, to Esmé był największym krytykiem własnego rzemiosła. Nie zadowalało go nic, co było poniżej jego umiejętności. A zdarzało się, że zmęczenie po całonocnej imprezie odbierało mu lotność umysłu przy projektowaniu następnego dnia. A alkohol i jego efekty ograniczały precyzję ruchów. Czasami nawet głupi ból pleców powodował, że musiał siedzieć w innych pozycjach, w których gorzej mu się pracowało. I to też wpływało na jakość. Musiał mieć idealne warunki, w których niczego mu nie brakowało, by tworzyć prawdziwe arcydzieła kaletnictwa. I nie tylko kaletnictwa.

W żadnym wypadku nie żartował, gdy wychwalał jej umiejętności. Co prawda ich nie znał, ale jak już było to tłumaczone - Gerry nie miała powodu, by kłamać. Musiała być taka dobra, jak mówiła. I nie mógł szczerzej wyrazić się, niżeli wspominając, że umiejętności nie były dziedziczone. Dziedziczone mogły być predyspozycje, ale koniec końców, bez ogromu pracy, predyspozycje niczego nie znaczyły. Talent niczego nie znaczył, gdy nie stał za nim wysiłek. Niektórzy lubili o tym zapominać. Yaxleyowie w końcu słynęli z bycia łowcami, więc tak łatwo było zlekceważyć dziesiątki godzin pracy nad sobą, które Ger najpewniej miała za sobą. Po to, by spełnić te oczekiwania, by być właśnie tą Yaxley, o której ludzie myśleli - tak wspaniałą, jak oczekiwali. Bo sława stawiała oczekiwania. Każdy inny łowca mógł być nawet mierny i nikt nie zwróciłby uwagi, ale ona? Ona zwyczajnie nie mogła. Nie z tym nazwiskiem. Taka sława była jak klątwa i błogosławieństwo. To samo tyczyło się rzemiosła - będąc najlepszym, oczekiwano najlepszego. A samemu wyznaczało się gdzie "najlepsze" się znajduje. Banalne było ustanowienie poprzeczki tak wysoko, że ciężko było ją przeskoczyć.

- Wszystkie? - zapytał, uśmiechając się cwaniacko. Oczywiście wiedział, że to tylko takie słowa, że niezręcznie się poczuła, gdy została tak pochwalona, ale chciał żeby sobie coś pomyślała. Coś. Cokolwiek, bo skąd mógł wiedzieć co pojawi się w jej głowie, gdy zada pytanie czy spełni naprawdę "wszystkie" prośby. Cokolwiek by sobie pomyślała, jakkolwiek odrażającego, żenującego, śmiesznego czy wstydliwego, to tym lepiej dla Esmé. - Żartuję. Nie mówiłem tego, by coś zyskać. - co raczej nie było podejrzeniem, ale nie zamierzał prosić o cokolwiek więcej. Nie teraz, gdy już wyraził, że po prostu chciałby kiedyś udać się na polowanie. To by było na tyle z jego próśb, chociaż niezwykle kuszące byłoby przystanie na "wszystkie prośby". Te, wyuzdany czarodziej, miałby bardzo, ale to bardzo rzeczowe.

Jakoś tak cieplej na serduszku mu się robiło, gdy widział jak Geraldine powoli czuje się w jego obecności coraz swobodniej. Że coraz cieplej się wypowiada, coraz mniej wstydliwie odpowiada na zaczepki. Było w tym coś niezwykle uroczego. Może właśnie dlatego, że kontrastowało z jej fachem - tak brutalnym, krwawym, niebezpiecznym. Sam Rowle też czuł się coraz swobodniej. Jasne, był nonszalancki, więc jaką różnicę mu to robiło? Otóż taką, że oprócz nonszalancji miał też garść zdrowego rozsądku, który przypominał mu, że nie powinien pozwalać sobie na zbyt wielką swobodę. Nawet jeżeli "filtrował" swoją osobowość bardzo niedbale, to wciąż zwyczajnie starał się zwracać uwagę na swoje zachowania, słowa i gesty. Ale stopniowo coraz mniej. Stopniowo zdawał sobie sprawę, że może rzeczywiście ich charaktery są całkiem kompatybilne i nawet jak będzie sobą w stu procentach, to ani jej nie urazi, ani nie zaszkodzi ich biznesowej relacji.

- Jak tylko mam ochotę? - kolejny raz powtórzył jej wypowiedź, ale jako pytanie. Ponownie obracał je przeciwko niej, ale o ile wcześniej było to na żarty, o tyle teraz zamierzał rzeczywiście skorzystać z okazji. Ordynarnie pokazywał, że coś kombinuje, że myśli jak mógłby ją nazywać. Jak najlepiej mógłby wykorzystać tę szansę. Rozsiadł się wygodnie w fotelu, nawet wyszczerzył i na moment myślami odpłynął gdzieś. Więc jeżeli Ger protestowała, to nawet nie zwrócił na to uwagi. W końcu wrócił zmysłami na ziemię, wzdychając, i kręcąc głową na boki. - No tak, ciężko znaleźć ładniejsze określenie na tak wybitną kobietę, niż Geraldine, Ger, Gerry. - i wzruszył ramionami, oznajmiając ten wniosek swoich krótkich rozmyślań jak mógłby nazywać swoją współpracowniczkę. Z pewnością na coś wpadnie, na coś bardziej żartobliwego, lekkiego, ale do tego potrzebował czasu. Mógł być najsprytniejszy na świecie, a relacja między nimi najbardziej zażyła ze wszystkich pierwszych spotkań, ale nie dało się przeskoczyć faktu, że jeszcze jej nie znał. Nie na tyle dobrze. I nie dzielili wielu wspomnień.

Beksa niedługo później zafundował mały pokaz pirotechniczny - taki, na jaki Smoczoogniki pozwalały sobie najczęściej. Drobne podpalenia wyjątkowo łatwopalnych materiałów. Dzikie, trzymane w klatce, strzelały iskrami na lewo i prawo, ale ten który teraz już spoczywał na barku Esmé był bardziej wychowany. Czuł się, jakby cała pracownia oraz, przede wszystkim, cały Rowle należał do jego terytorium. Nie musiał się bać, a jedynie walczył o uwagę, bo rzemieślnik, ku swemu nieszczęściu, przypadkiem nauczył Beksę, że wystarczy, że ten coś podpali, a cokolwiek by Esmé nie robił, to sobie przerwie, by zająć się niesforną jaszczurką. Ale przecież nie mógł zignorować ognia w swoim własnym warsztacie.

Ger oparła się o ladę, podobnie zresztą Czarodziej, lecz ten na wyprostowanych rękach - inaczej ich twarze byłyby nieco zbyt blisko. Zbyt blisko na komfortową rozmowę, niewystarczająco blisko na intymności. Zaśmiał się lekko, melodyjnie, po czym spojrzał na Beksę, odchylając głowę nieco na bok.

- Spróbowałby nie wybaczyć, to zrobiłbym z niego bransoletkę. - mruknął, wpatrując się w małego gada. Oczywiście żartował, nie miałby serca skrzywdzić Beksy w jakikolwiek sposób, chociaż paradoksalnie poprzez samo prowadzenie tej pracowni krzywdził inne magiczne zwierzęta regularnie. Istniała jednak różnica między swoim zwierzątkiem, a zwierzęciem. Tak czy inaczej, Smoczoognik odwzajemniał spojrzenie, wgapiając się w ciemne oczy Esmé, najpewniej przyglądając własnemu odbiciu w nich. - Z całym szacunkiem, Ger... - odezwał się w końcu, przenosząc wzrok na jasnowłosą. - ...ale wydaje mi się, że nie podołasz temu wyzwaniu. - mówił zaskakująco poważnie, chociaż była to oczywiście tylko gra. To znaczy, mówił szczerze, ale specjalnie chciał zabrzmieć tak, jakby chodziło o coś więcej, niżeli tylko nie kradnięcie uwagi Beksie. - Beksa towarzyszy mi całymi dniami i nocami od naprawdę dawna. Jakkolwiek intrygującym stworzeniem by nie był, tak stanowisz dla niego zbyt poważną konkurencję. Nie często mam okazję porozmawiać ze wspaniałą łowczynią o uroczym, ale charakternym usposobieniu, która odznacza się urodą jakiej nie sposób mi zignorować. - w dużym skrócie wyjaśnił jej sukces w jego oczach. Wyjaśnił dlaczego ją tak chwalił bez zostawienia pola na domysły. Po prostu wyjaśnił - miała niezwykle intrygujące umiejętności, była słodka, ale z pazurem i czy tego chciała czy nie, tak wpadła w oko Esmé. - Chyba musi się pogodzić, że nie ma z tobą szans, gdy chodzi o moją uwagę. - ponownie przeniósł wzrok na stworzonko, które zajmowało się sobą - ocierało swój pyszczek o ubrania rzemieślnika, ścierając z siebie drobinki kurzu, które się przykleiły do jego drobnych łusek. - Za to nikt nie ma z nim szans w kwestii prędkości pożerania much. - bo Smoczoognik oczywiście nie był roślinożercą. Żywił się wszelkiego rodzaju owadami i robakami, które były odpowiednio małe, by mógł je wpakować na raz do pyszczka. Nocturn miał ten swój plus, że tutaj śmierdziało, a gdzie smród, tam i robactwo, więc Beksa miał zajęcie. Był łowcą, ale polował na znacznie mniejszą "zwierzynę" niż Ger. Ale nie tylko polował, bo robił to głównie dla zabawy. Był rozpieszczoną miniaturową jaszczurką, która była karmiona codziennie. Nie musiał się starać.

Zaśmiał się, gdy został oskarżony o doświadczenie. Po części tak, zgadzał się, miał doświadczenie w gaszeniu drobnych pożarów jakie wywoływał jego uskrzydlony towarzysz, ale zgaszenie żaru palcami nie miało wiele z tym wspólnego. Teraz się zbliżył nieco bardziej do lady, więc byli bliżej siebie, ale być musieli, bo Esmé położył na blacie dłonie wewnętrzną stroną do góry, wskazując nie mnogość, a wielkość odcisków. Kiedyś może i było ich dużo, ale teraz łączyły się ze sobą, tworząc jedne wielkie odciski. Kiedyś cztery osobne, a teraz jeden wielki u podstaw palców. Można było wymienić jeszcze ze dwie takie plamy - wskazujące na trzymanie w dłoni jakiegoś podłużnego narzędzia, najpewniej z trzonkiem. Zwyczajne odciski kogoś, kto pracuje dłoniami i narzędziami. Bardziej nietypowe, bo pewnie widywane u... prawie nikogo, były te trzy odciski - po jednym na każdym opuszku palca. Wskazujący, środkowy, kciuk. Te były od trzymania igły lub krótkiego ostrza-skalpela. Ledwo widoczny był też odcisk na boku palców wskazujących - od strony zewnętrznej, od góry. Tych znów dorobił się od trzymania skóry i wciskania ćwieków.
- Doświadczenie, ale w rzemiośle. - wyjaśnił, a przynajmniej według niego wyjaśnił, bo tak prawdę mówiąc było to fatalne wyjaśnienie, w którym Ger musiała się domyślać o co chodzi.
[a]Schował dłonie, a zamiast tego pokazał projekt... czegoś. Czegoś, co raczej zostało szybko rozpoznane przez Geraldine, co akurat nieznacznie zaskoczyło samego Esmé. Nie podejrzewał, że... wiedziała o takich zabawach. A jednak. Tak czy inaczej, roześmiał się lekko, gdy wyraziła oczekiwanie, że to jednak nie dla ludzi, a dla jakiegoś magicznego konia.

- Partnerka tego uprzejmego klienta swymi gabarytami mogłaby rywalizować z testralem czy innym magicznym koniem. - bo chociaż tutaj brakowało wymiarów, to Esmé je znał. Pamiętał je, bo sam musiał je wykonać. No i właśnie o to chodziło, że ukochana zamawiającego dżentelmenta była po stronie tych nieco bardziej puszystych, dlatego właśnie to do niego zostało złożone zamówienie na taką... ekhem, zabawkę. Żeby była stylowa, ale też wytrzymała. A nie albo jedno, albo drugie. Oczywiście zabrzmiał niezwykle ordynarnie porównując puszystą kobietę do tego rodzaju stworzeń, ale nie miał w tym złych intencji. Fakt faktem - była większa. Rozmiarów nie oszukasz, ale okazała się przemiłą kobietą. I nadzwyczaj zawstydzoną całym przedsięwzięciem, co było raczej zrozumiałe i urocze. Tym bardziej urocze, gdy w kontraście ów "zabawki" i jak mało wspólnego ze wstydem miało jej... zastosowanie.

Esmé zabrał drobny projekcik, bo przekazał już swoją myśl - miał naprawdę nietypowe zamówienia od najbardziej nietypowych klientów. Różni byli ludzie, ale Rowle ich nie oceniał. Nie w ten sposób. To dzięki nim miał pracę, dzięki nim miał zajęcie. I nie traktował wcale gorzej zamówień tego rodzaju. Nawet najdziwniejsze przedmioty musiały być na wyżynach jego rzemiosła.

- Widzisz, Ger, moja urocza łowczyni... - zaczął, ale... do czego zmierzał? Zdawał się być dziwnie zadowolony, dziwnie dumny z siebie, gdy rozpoczął te słowa. - ...potrzebuję trzech rzeczy, by się czymś zająć. - w tym momencie uniósł dłoń z wystawionymi trzema palcami. - Materiałów, to oczywiste. - schował kciuk. - Umiejętności, bo nie podejmę się tworzenia czegoś, czego zupełnie nie potrafię. - schował palec środkowy, zostawiając wystawiony tylko wskazujący. - I powodu. - uniósł ten palec nieco wyżej i wydawało się, że kwestia tego czym się zajmuje jest wyjaśniona. W końcu szycie "takich rzeczy" według niego nie było wcale uwłaczające. W tym też tkwiło piękno, to też wymagało umiejętności, to też było rzemiosłem. Opuścił dłoń i oparł się łokciem o ladę, stojąc teraz nieco bokiem do samej Ger. Blisko, wystarczająco blisko, by Beksa zapomniał o swoich drobnych uprzedzeniach wobec Łowczyni i przeskoczył na jej ramię, najpierw wpatrując się w nią, w jej reakcję. Stworzonko trochę bało się, nie było pewne, ale... jeżeli tylko na to pozwoliła, to Smoczoognik zaraz zaczął... łapać w pyszczek jej włosy targając je, niczym krokodyl próbujący wyszarpnąć mięso ze swej ofiary.
- Beksa. - warknął Rowle dziwnie groźnie, dziwnie poważnie, a jaszczurka zastygła na chwilę, powoli spoglądając na swego właściciela. Nie wiadomo było czy zrozumiała co miał na myśli, czy zapomniała o swojej poprzedniej zabawie, ale zaraz puściła kosmyk włosów i zaczęła się przechadzać po ramieniu panny Yaxley, przeskakując jej po obojczyku, może nawet biuście, by zaraz znaleźć się na drugim ramieniu, poznając nowe tereny.
- Zaspokoisz moją ciekawość? - zapytał, ale tak jak często to robił - nie dał jej chwili na odpowiedź. - Czego używasz do polowania? Tylko magii? A może zastawiasz jakieś pułapki, sidła i przynęty? Albo wręcz przeciwnie, ruszasz z bronią w ręku na starcie? - bo polować na magiczne stworzenia można było różnie. Można było zatruwać pokarm lub faszerować specyfikami, które ułatwią dokonanie decydującego ruchu. Można było wabić je do pułapek czy sideł, które wykonywały za nas robotę. Metod mogło być naprawdę wiele i każda z nich mówiła coś na temat samego łowcy. Na temat jego podejścia do całego polowania, siebie, swoich umiejętności, a Esmé nawet arogancko uważał, że będzie w stanie powiedzieć w ten sposób coś więcej o samym usposobieniu i światopoglądzie polującego. W tym pytaniu tkwiła też niewypowiedziana intencja stworzenia czegoś, co pomoże Gerry w przyszłości. Zrobienie jej małego prezentu, który będzie też swoistym świadectwem umiejętności rzemieślnika, ale też samego umysłu. Bo w byciu rzemieślnikiem połowa sukcesu, to posiadanie niezbędnych zdolności, które są na wystarczającym poziomie. A druga połowa sukcesu to projekt i pomysł. Bycie rzemieślnikiem, poniekąd, było jak bycie wynalazcą. Poniekąd.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#15
09.11.2023, 22:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.11.2023, 00:24 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Po prostu lubiła stawiać sprawy jasno. Wolała, żeby współpracujący z nią wiedzieli, jakie ma podejście. To nie tak, że zamierzała go od razu zabrać ze sobą na wielką wyprawę, polować na sfinksa, czy żmijoptaka, które mogły okazać się za bardzo sprytnymi stworzeniami. Nie, żeby uważała, że by sobie z nimi nie poradzili, bo by to zrobili, skoro to ona miała dowodzić, tyle, że nie ryzykowała, kiedy nie miało to większego sensu. Takie zamówienia wolała realizować sama, ewentualnie z ojcem, chociaż z nim ostatnio też nie do końca, bo robił się stary i wolny i pewnie by musiała przywieźć jego trupa do kraju, gdyby coś próbowało go zeżreć. Niepotrzebne zupełnie zamieszanie. Tyle, że nawet te drobniejsze stworki, niby bardziej bezpieczne, również mogły zabić, zupełnie znienacka. Wolała o tym przypominać, ona nie lekceważyła niczego, co żyło w lesie. Nigdy przecież nie wiadomo, czy to jeden łowca zginął od ugryzienia niewielkiej jaszczurki, czy owada? Zdarzało się, nie miała zamiaru skończyć jak oni, a i nie chciała, żeby ktoś z jej otoczenia również zakończył żywot właśnie w ten sposób.

- Trochę wyglądasz na delikatnego, stąd moje obawy. - Nie wiedziała dlaczego mu o tym wspomniała, ale to zrobiła. Miał w sobie coś eterycznego, wiadomo, że po aparycji raczej trudno było stwierdzić, co dana osoba przeżyła, jednak zupełnie niepotrzebnie pokusiła się na takie założenie. Skoro mówił, że nie jest delikatny zamierzała po prostu to przyjąć do wiadomości i nie negować. Tak naprawdę pewnie niedługo zobaczy, ile jest w tym prawdy. Nie, żeby nie wierzyła w jego słowa, ale zawsze mogło być zupełnie inaczej niż mówił.

Yaxley uważała, że każde życie było cenne. Na pewno komuś byłoby przykro, że odszedł. Chociażby jej, mimo, że znali się ledwie chwilę, to polubiła go szczerze. Przynajmniej na pierwszy rzut oka  i krótką wymianę zdań. Nie miała pojęcia, o tym, że może być inaczej. Wydawało jej się, że każdy był dla kogoś ważny. Zawsze znalazłaby się choć jedna osoba, która szczerze by rozpaczała po śmierci. Nie mogło być z nim, aż tak źle. Może po prostu nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest dla kogoś istotny.

Najwyraźniej każde z nich było gotowe bronić swojej profesji niczym prawdziwy lew. Wiedziała, że nie powinna potraktować go z taką pobłażliwością, a raczej nie jego, a tego, co tworzył, jednak chciała mu po prostu wytłumaczyć, że są to jedynie dodatki, które mogły pomóc, ułatwić życie, jednak liczyło się coś więcej. Miała wrażenie, że z czasem docenią swoje podejścia i łatwiej im będzie przychodzić dochodzenie do porozumienia. Wszak były to dopiero początki, poznawali się i uczyli, których słów lepiej nie wypowiadać, aby nie wprowadzać niepotrzebnego napięcia. Ger wiedziała już, że powinna z większym szacunkiem wypowiadać się o tym, co tworzył, zamierzała to zapamiętać, aby po raz kolejny nie popełnić tego błędu, bo wbrew pozorom wyciągała wnioski ze wszystkich sytuacji, jakie jej się przytrafiały.

- Dziękuję za wyrozumiałość. - Dodała jeszcze, aby nieco rozładować atmosferę, chociaż wydawało jej się, że wyjaśnili już sobie wszystko i jest w porządku. Wcześniejsza irytacja z niej zeszła, znowu była spokojna, gdyż miała pewność, że udało im się dojść do porozumienia. Miała nadzieję, że Esmé ma podobne odczucia. W końcu byli sobie równi, zostali partnerami biznesowymi, każde z nich mogło mieć swoje wymagania dotyczące współpracy. To było dla niej jasne, najważniejsze, aby mówić o wszystkim w głos i nie zamiatać niczego pod dywan, bo trupy spod dywanu mogły zaskoczyć w  najmniej oczekiwanym momencie.

Nie byłaby sobą, gdyby powiedziała mu wszystko od razu. Musieli dać sobie czas, zobaczyć, jak będzie im się układała współpraca, zresztą zawsze dobrze mieć pod ręką coś, co może zaskoczyć, żeby nie było nudno. Nie sądziła, że ktokolwiek skłonny był zdradzać swoje sztuczki już na pierwszym spotkaniu.

Zauważyła jego chwilowe zamyślenie, jakby na moment odpłynął gdzieś dalej. Zastanawiała się o czym myśli i dlaczego właściwie był tu przez tą krótką chwilę obecny jedynie ciałem. Nie chciała mu jednak przeszkadzać, każdy czasem potrzebował takiego krótkiego momentu dla siebie. Zresztą nie trwało to wcale długo, ale nie umknęło jej uwadze, bo Geraldine była naprawdę dobrym obserwatorem.

- To właściwie całkiem podobne, chociaż ja nie zapominam, zdarza mi się być tak kurewsko głodną, że słyszę, jak mój żołądek domaga się jedzenia. Myślę, że zwierzyna też to słyszy i ucieka. - Uśmiechnęła się, kiedy o tym wspomniała. - Niestety, to jest chyba najgorsze w pracy jak nasza, te nudne i powtarzalne zamówienia. Wiadomo, że każdy chciałby robić coś niesamowicie interesującego, ciągle szukać nowych wyzwań, ale tak się nie da. Te powtarzalne, zwyczajne zlecenia przynoszą też najbardziej stały zysk. - Sama Gerry wiele by dała, żeby mogła ciągle polować na smoki, nundu, czy inne bardziej niebezpieczne stworzenia, jednak nie był to częsty wybór jej klientów. Niby mogła to robić dla rozrywki, ale większą przyjemność dawała jej świadomość, że nie morduje tych zwierząt bez powodu. Sumienie było czystsze, jeśli była się w stanie jakoś usprawiedliwić. Czy zabijanie dla samego mordu nie zrobiłoby z niej również potwora? Zastanawiała się nad tym czasami, trudno jej by się było pogodzić z taką łatką mordercy, bo czuła, że mimo wszystko jest kimś więcej.

- Jakość twych umiejętności i pewnie stworzonego przez ciebie produktu.To ma sens, widać, że przykładasz się do tego co robisz. - Dobrze było wiedzieć, że nie tworzy na odpierdol. Yaxley ceniła sobie zaangażowanie, takie pełne. Zaimponowało jej nawet to, co powiedział. Ona również starała się dbać o siebie, aby ciągle być w formie, czasem miewała problemy ze zbyt częstym nadużywaniem alkoholu, ale starała się pilnować. W jej przypadku chwilowa niedyspozycja mogła skutkować zakończeniem żywota. Istotne więc było, aby się wysypiała i dbała o swoje ciało, przyzwyczajenia jednak czasem dawały o sobie znać i nie do końca potrafiła z nimi walczyć, a może nawet nie chciała? Przyjemność sprawiało jej topienie swoich smutków w alkoholu, najlepiej, kiedy nikt nie patrzył z dala od ciekawskich twarzy w jej własnej jaskini, chociaż zawsze po tym miała wyrzuty sumienia, że wcale to o niej dobrze nie świadczy, bo picie w samotności kojarzyło jej się raczej ze sporym problemem.

Być może i jej rodzina była kojarzona z polowaniami, jednak z aktualnego pokolenia przynajmniej wśród jej najbliższych tylko ona zajęła się tą profesją, ku niezadowoleniu matki. Jej trzej bracia wybrali zupełnie inne ścieżki. Miała dobrego nauczyciela w postaci swojego ojca, aczkolwiek ona często była lekceważona przez to, że była kobietą. Przyzwyczaiła się do tego, że od zawsze musiała wszystkim udowadniać, że jest wystarczająca. Miała spore wymagania, co do siebie samej, często stawiała sobie cele, które bardzo trudno jej było osiągnąć. Ciężka praca nad sobą jednak przynosiła efekty, tyle, że ona na tym nie zaprzestawała. Ciągle chciała więcej, jakby nie miała zamiaru zaakceptować tego, że to, co potrafi może wystarczyć. Nauczyła się zaspokajać oczekiwania wszystkich wokół, przez co gdzieś zatraciła siebie. Nie miała pojęcia, czego tak naprawdę pragnie i do czego zmierza jej życie. Miewała momenty, w których czuła dziwną pustkę spowodowaną jej wyborami życiowymi. Bała się zasiedzieć, nie chciała czuć ograniczeń, zdecydowanie wolała kiedy adrenalina zaczynała pulsować w jej żyłach, ale co z tego. Co po niej pozostanie, kiedy stąd odejdzie? Nic. To ją najbardziej martwiło i skłaniało ku filozoficznym przemyśleniom.

- Wszystkie. - Powiedziała bardzo poważnym tonem spoglądając na niego uważnie, jakby chciała wyczytać o czym sobie myśli. Niestety nie umiała czytać w myślach, więc mogła jedynie zakładać, co siedziało w jego głowie. Wolała jednak tego nie robić w tym momencie, bo znała go zbyt krótko, a jeszcze by się przejechała na swojej intuicji.

- Możesz próbować coś zyskać, chociaż nie wiem, czy nie byłbyś stratny. - Dłuższe przebywanie w towarzystwie Geraldine mogło być wyniszczające. Miała to do siebie, że potrafiła się do kogoś zbliżyć za bardzo, a później uciec tylko dlatego, że bała się tego, że się za bardzo przywiąże do tej osoby. Chodziło tu niemalże o każde relacje międzyludzkie. Ceniła sobie wolność tak bardzo, że była w stanie dla niej zniknąć, cierpieć, przeżywać to wszystko ogromnie, ale nie wracać.

Gerry ceniła sobie szczerość, jednak czasem miała problem z odczytaniem intencji innych ludzi. Sama była dosyć szorstka i bezpośrednia, miała jednak wrażenie, że wszyscy wokół chcą manipulować rzeczywistością. Stąd wynikały jej zawahania, czy początkowa nieufność połączona z zawstydzeniem. Potrafiła budować wokół siebie mur schowany pod bardzo grubą warstwą pozornej pewności siebie. Czuła jednak, że w tym przypadku może sobie pozwolić na nieco więcej, mogła ściągnąć jedną z wielu masek i pokazać to, co siedziało głębiej. Cóż, jeśli źle założyła, to zapewne więcej tak nie zrobi, póki co jednak wydawało jej się wręcz przeciwnie. Miała wrażenie, że może ich połączyć naprawdę ciekawa znajomość, a stwierdzała to po tej kilkunastominutowej rozmowie - dosyć odważne, ale kto jej zabroni? Była już dużą dziewczynką, która potrafiła ocenić sytuację w której się znalazła, a przynajmniej powinna potrafić. Jeśli coś pójdzie nie tak, to pretensje będzie mogła mieć tylko i wyłącznie do siebie.

- Tak, jak tylko masz ochotę, no może poza ta wielka baba, bo mogłabym się o to obrazić. - Wolała go uprzedzić. Ludzie zwracali się do niej naprawdę w różny sposób, jednak nie znosiła jedynie tych odzywek związanych z wzrostem. Był to kompleks, który siedział w niej od dziecka, nadal czasem myślała o tym, że nie do końca pasuje do społeczeństwa, że jest inna. Wiedziała, że nie ma na to wpływu i nigdy nie miała, to może było w tym wszystkim najgorsze, że nie mogła tego zmienić, chociażby naprawdę się starała. Dużo łatwiej było pracować nad cechami, które w jakikolwiek sposób mogły zostać zmienione. - Wybitną, dobre sobie, przestań mi tak łechtać ego, bo osiądę na laurach i nic nie upolujemy. - Nadal nie mogła przywyknąć, że ktoś kogo dopiero co poznała mówił o niej w samych superlatywach. Na pewno było to miłe, jednak dosyć nietypowe, przez co nie do końca wiedziała, co się właściwie działo.

Zaśmiała się słysząc komentarz o bransoletce, przeniosła wzrok na smoczoognika i dałaby sobie rękę uciąć, że przez chwilę widziała atak paniki w jego oczach, a może to było tylko urojenie? Nie sądziła, żeby mężczyzna był w stanie skrzywdzić swojego towarzysza, jednak groźba zabrzmiała śmiertelnie poważnie. - Nie zrobiłbyś tego, nie ma szans. - Powiedziała bardzo pewnym tonem głosu. Rozumiała Beksę wbrew pozorom. Pojawiła się tu jakaś obca baba, która nagle wymagała całego zainteresowania jego pana. Stworzenie miało prawo się nieco zirytować, szczególnie, że przestali zwracać na nie uwagę. Na pewno było mu smutno i nudno z tego powodu, a że znał jeden sposób, który zawsze działał? Nie zdziwiło jej nawet to, że postanowił to wykorzystać. Szkoda tylko, że ta metoda nie należała do szczególnie bezpiecznych, Beksa mógł bowiem podpalić niewłaściwy materiał i zupełnie przypadkowo puścić z dymem cały warsztat, co byłoby mocno problematyczne.

- Czy to jest jakaś sugestia, że i ja w końcu ci się znudzę? - Skoro tak łatwo przyszło mu odrzucenie w kąt swego towarzysza, to i z nią mogło wydarzyć się to samo. - Miej świadomość, że jak się złoszczę to potrafię narobić więcej szkód niż podpalenie kilku materiałów. Tak tylko ostrzegam. - Uśmiechnęła się przy tym promiennie, musiała jakoś odbić piłeczkę, a nie chciała pokazać, jak bardzo ją jego słowa zawstydzały. Usłyszała tego dnia chyba najwięcej komplementów w swoim życiu. To naprawdę nie było łatwe doświadczenie, na pewno mocno to przeżyje i będzie musiała odreagować. Nie przywykła do takich sytuacji i nie do końca wiedziała, jak powinna zareagować.

Nie miała pojęcia dlaczego Rowle zachowuje się w ten sposób, może miał już taką naturę? Znała go zbyt krótko, żeby potrafić znaleźć źródło, ale na pewno z czasem to zrozumie, przynajmniej tak odważnie zakładała.

- Wiesz, że to jest kolejna dziedzina, w której możemy konkurować. - Powiedziała tym razem do Beksy. Jej również zdarzało się polować na owady, chociaż nie przepadała za tym jakoś specjalne, ale niektóre eliksiry wymagały takich składników. Klient nasz pan, więc musiała je również dostarczyć. - Myślę jednak, że tym razem to ty byś zwyciężył. - Niech smoczoognik również ma coś z życia, należało mu się.

Kiedy Esmé podszedł bliżej i położył dłonie wewnętrzną stroną do góry przeniosła wzrok z Beksy właśnie na nie. Dopiero teraz zauważyła te odciski. Musiały boleć. Miała ochotę dotknąć jego dłoni swoją, jednak tego nie zrobiła, a zdążyła już nawet poruszyć swoją ręką, zatrzymała ją jednak w powietrzu, jakby czuła, że to nie było na miejscu. Nie chciała zrobić mu krzywdy, jeszcze większej. Widać jego praca również nie należała do łatwych, była dosyć wymagająca fizycznie. Ciało w tym wypadku było jedynie narzędziem, również nieidealnym, bo czasem nie można było przeskoczyć jego ograniczeń. Ona sama również miała pozostałości po swoich nieudanych dniach w pracy, ale pojawiały się tylko, kiedy coś się nie powiodło, w jego przypadku to musiało zdarzać się ciągle. - Pewnie początki były najgorsze. - Uniosła wzrok ponownie na jego twarz. Przez myśl jej przeszło, że na samym początku pewnie musiało wyglądać to dużo gorzej, bo ciało było w stanie się przyzwyczaić do pewnych czynności, tyle, że jednak z czasem nie dało się już przeskoczyć jego niedoskonałości. Trzeba się było pogodzić z tym, że po prostu tak jest.

Geraldine potrafiła zaskakiwać. Nie sądziła, że zdziwi mężczyznę swoją wiedzą, jak widać jednak jej się to udało. Kolejny raz jej usta się uśmiechnęły, a w policzkach pojawił dołeczki. - Czyli jednak, czego to ludzie nie wymyślą. Musiałeś sporo w swoim życiu widzieć, takich zachcianek. - Miała świadomość, że niektórzy bogacze byli bardzo specyficzni, mogli roztrwonić całe swoje majątki na przyziemne przyjemności, nie do końca potrafiła to zrozumieć, jednak dzięki takim osobom Rowle mógł zarabiać. Może więc wcale nie było to takie złe, jak się jej wydawało.

Wolała sobie nie wyobrażać tej kobiety, o której wspominał Rowle, bo to było chyba zbyt wiele dla jej wyobraźni. Niestety w jej głowie zaczął już malować się ten widok, zapewne będzie o tym myślała zdecydowanie dłużej, niż by chciała. Pewnie jej się to przypomni przed snem, wtedy kiedy wracały tej najbardziej niepotrzebne myśli.

- Aż trzech, to brzmi poważnie. - Słuchała za ogromnym zainteresowaniem tego, co miał jej do powiedzenia. Była ciekawa, czym się kieruje wybierając projekty, które chciał stworzyć, przecież na pewno nie akceptował wszystkiego, musiał mieć jakieś swoje wymagania. - To ma sens, nawet spory. - Chyba zrozumiała o co mu chodzi, wszystko spinało się w spójną całość. Może wreszcie dotarło do niej, że ten zawód był naprawdę fascynujący. Mógł się dowiedzieć wiele o ludziach, to co tworzył na pewno pomagało mu stwierdzić z czym ma do czynienia. Ciekawa była, jak wiele takich nietypowych przedmiotów przyszło mu stworzyć, stwierdziła jednak, że jeszcze będzie miała szansę się tego dowiedzieć, dobrze było pozostawić jakieś pytania na kolejne spotkanie.

Z rozmyślań wyrwało ją coś, co usiadło jej na ramię. Nie coś, ale ktoś. Drgnęła nieznacznie, gdy poczuła ciało jaszczurki ze skrzydłami na swoim ramieniu. Nie chciała go wystraszyć, nie do końca też wiedziała, jak powinna zareagować. Najprostszym rozwiązaniem wydawało jej się po prostu nie poruszanie. Zamarła więc na moment i czekała na to, co zrobi zwierzak. Liczyła na to, że będzie łaskawy i nie postanowi spalić jej włosów. Tego by mu nie wybaczyła. Faktycznie zainteresował się włosami, tyle, że wybrał korzystniejszą dla niej opcję. Trafiły do jego paszczy. Wydawać się mogło, że wcale jej to nie ruszyło, bo zupełnie to zignorowała, w przeciwieństwie do Esmé, który bardzo szybko postanowił zwrócić swojemu kompanowi uwagę.

Geraldine spoglądała na mężczyznę, ciekawa właściwie, czy stworzenie go posłucha. Nie miała pojęcia na ile dało się je sobie wychować. Ku jej zaskoczeniu, Beksa przestał rzuć jej włosy i postanowił wybrać się na spacer po jej ciele. Nie miała nic przeciwko temu, niech on również ma coś z życia. Czuła się zobowiązana zważając na to, że skradła dzisiaj uwagę jego pana.

- To zależy. - Nie zdążyła powiedzieć, że nie zaspokoi jego ciekawości, tak naprawdę nie dał jej na to szansy, ale i tak opowiedziałaby na to pytanie. Rozumiała, że może go to interesować. W końcu polować można było naprawdę w różny sposób. Sama często sięgała po różne metody. Miała jednak swoje ulubione, jak każdy. - Zależy ile mam czasu, na co poluję i innych czynników. - Każde z polowań było różne. - Bardzo lubię broń białą, ale nie tylko, od zawsze dużą przyjemność sprawiało mi korzystanie z kuszy, czy łuku, chociaż chyba wolę kuszę. Wiadomo, że magia się przydaje, pułapki, cała reszta, ale nic nie zastąpi tego uczucia, kiedy dobiegasz do jeszcze ciepłej zwierzyny, która ma w sobie bełt którym w nią trafiłeś. - Kiedy zaczęła odpowiadać w jej oczach pojawił się błysk. Wyczuć mógł, że odbieranie życia sprawia jej przyjemność, co sobie o tym pomyślał, to już jego sprawa. Miała nadzieję, że nie będzie jej zbyt ostro oceniał, ale naprawdę lubiła to, czym się zajmowała i nie dało się tego nie zauważyć.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#16
24.11.2023, 06:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2023, 06:57 przez Esmé Rowle.)  

Zaskakujące, że tak drobne, trywialne rzeczy potrafiły czasem zadziałać tak... skutecznie. Wstyd. Uczucie, którego Esmé nie zaznawał często. Właściwie jedna z rzadszych emocji u tego osobnika, niczym smok pośród innych magicznych zwierząt. Rowle wierzył w tropicielskie umiejętności swojej łowczyni, bo i teraz podeszła smoka. Zupełnie nieświadomie. Świadomy tego Czarodziej był w lekkim szoku. Nie jej słowami, a tym jak na niego zadziałały. Zamarł na moment w bezruchu, by zaraz uśmiechnąć się dosyć... niezręcznie. Jakby uśmiechał się sam do siebie, bo dopiero po chwili wydawał się znów obecny. Co się wydarzyło? Naprawdę niewiele i wiele zarazem. Męska duma Esmé zadrżała. Nigdy w życiu nie przeszkadzał mu fakt, że jest nieszczególnie wysportowany i jak na mężczyznę, to prezentuje się mocno przeciętnie, eufemistycznie rzecz ujmując. Nie przeszkadzało to w uczęszczaniu do Hogwartu, nie przeszkadzało w rzemiośle, nie przeszkadzało w codziennym życiu. Ale teraz, w tym jednym momencie, zaczynało przeszkadzać. Bo oczywiście, że Esmé uznał, iż Ger mówiła o jego sylwetce. Że jest delikatnej postury. Że ma delikatną twarz. Nawet do głowy mu nie przyszło, że mogła uznać go za mentalnie delikatnego, bo to było według niego absurdalne - w końcu znał siebie. I zatem, tak po prostu, poczuł się nieco zawstydzony faktem, że tak, rzeczywiście - jest delikatny. I to utrudniało sprawę polowania, bo łowczyni musiała bardziej ostrożnie dobrać cel i tym bardziej pilnować samego rzemieślnika.

- Doceniam szczerość. - odparł niewzruszony, jakby cała ta sytuacja się wcale nie wydarzyła. Jednak i on był szczery. Lubił kiedy ludzie mówili mu prawdę prosto w oczy. Kiedy nie bali się wyrażać tego, co myśleli. Bo ktoś mógłby pomyśleć, że Ger przecież wbiła mu szpilę. Że przecież ukłuła go, zwracając uwagę na swoistą wadę Rowle. Ale nie Esmé. On rozumiał, że zwracała uwagę na istotną prawdę, która może nie była najprzyjemniejsza do usłyszenia, co było też zaskakujące swoją drogą, ale była niezbędna. - Właściwie, ciągle brakowało mi mentalnego kopa, by wziąć się za siebie. Chyba udało ci się mnie zmotywować. - zmotywować albo skrępować, naciskając na swoisty punkt dumy wielu mężczyzn - jego sprawność fizyczną. Od dawna zamierzał ją poprawić, ale na zamierzaniu się kończyło. Wszak Esmé, tak poza rzemiosłem, przejawiał niewiele ambicji, toteż brakowało mu motywacji. Teraz brakowało mu tego ostatniego ruchu, pojedynczej myśli, która sprawiłaby, że klamka zapadła. I teraz, oj, teraz zdecydowanie zapadła. Po co mu to było? Nie był najlepszym czarodziejem, chociaż ukończył Hogwart z sukcesem. Transmutacja przydawała mu się głównie przy rzemiośle, a inne dziedziny magii pozostawiały wiele do życzenia. Czuł się, na swój sposób, bezbronny. Wiele potrafił zdziałać swoim sprytem i gadżetami, ale czuł, że sam w sobie... nic nie potrafi, gdyby już doszło do walki. Nie wyobrażał sobie siebie w bitewnych scenariuszach, lecz posiadając pracownie od strony Nokturnu widywało się różne rzeczy. I to prowokowało do myśli.
- W punkt. - zgodził się z Geraldine. Niestety, te nudne i powtarzalne zlecenia sprawiały, że Esmé mógł przeżyć z dnia na dzień. Naturalnie, czasami zdarzały się projekty nietuzinkowe, które nie dość, że fascynowały, zupełnie pochłaniały całego Czarodzieja, wyrywając mu niekiedy tygodnie lub całe miesiące z kalendarza, to jeszcze opłacały na długi czas. A wtedy Esmé, wbrew pozorom, przestawał pracować. Jakkolwiek kochał rzemiosło, tak nie lubił pracować na darmo. Jego pracownia wypełniona była przedmiotami, które były na sprzedaż, a drugie tyle miał pochowane. Wszystkie zamówienia robił na bieżąco. Nie było miejsca na tworzenie... o tak, bez sensu. A dlaczego miałby zajmować się nudnymi zleceniami? Nienawidził nudy. Nienawidził też, gdy robił coś na wyrost. Skoro nie potrzebował pieniędzy, to po cholerę miałby tworzyć to samo, co zwykle? Nawet nie mógł testować swoich umiejętności i wynosić ich na nowe wyżyny. - I tak, naturalnie moje umiejętności przekładają się w stopniu jeden do jednego na jakość przedmiotu. Nigdy nie tworzę... na pół gwizdka. - ale jak to? A co z pospolitymi i powtarzalnymi produktami? Esmé wyrażał się jasno - wszystko tworzył z największym staraniem. Nawet najbardziej banalny przedmiot tworzył z wykorzystaniem najlepszych technik i metod. Korzystał z najlepszych narzędzi i wykorzystywał całą zgromadzoną latami wiedzę. Nie musiało to krzyczeć, rzucać się w oczy, niczym zdobienia. Były to w większości takie rzeczy, których klient nigdy nie widział. Ale czuł. Czuł po latach użytkowania, gdy przedmiot dalej był we wspaniałej kondycji. Czuł czasami bardziej dosłownie - na sobie lub siedząc. Czuł w ręce, odpowiednio wyważony, odpowiednio oprawiony.

Zaśmiał się lekko i krótko. Przechylił głowę na bok, przyglądając się Ger. Dlaczego miałby stracić? Mógł być to po prostu żart, nawiązujący do jej charakterności, a mogło być to coś więcej. Drobne, żartobliwe ostrzeżenie. Esmé nie bał się stracić. Stracił już wiele różnych rzeczy, ale nie tracił nadziei, że kiedyś będzie szczęśliwy. Na razie jednak musiało wystarczać mu to, że mógł coś poczuć. Ból straty? Dobre i tyle. Przynajmniej wiedział, że wciąż był człowiekiem, a nie wampirem napędzanym nie krwią, a rzemiosłem. Rzemiosłem, używkami, kobietami, zabawą. Hedonizmem, chociaż światopoglądowo bliżej mu było do epikureizmu.

- Lubię ryzyko. - tylko tyle mógł jej odpowiedzieć. Dlaczego miałby nie lubić? Tak szczeniackie powiedzenie jak "jest ryzyko, jest zabawa" było wobec niego jak najbardziej prawdziwe. To sprawiało, że coś czuł, że nie było nudno. Nie mogło być nudno, bo coś było na szali. I to coś musiało przejawiać jakąś wartość wobec Esmé, by mogło nazwać się ryzykiem.

Nie był tego świadomy, ale często śmiał się w tej rozmowie. Nie były to jakieś wybuchy śmiechu, rżenie do utraty tchu czy cokolwiek w tym stylu, chociaż zdarzyło mu się gromko roześmiać. Tutaj chodziło o proste rozbawienie, bo cały czas bawił się dobrze. I tym razem zaśmiał się, a może raczej prychnął rozbawiony, gdy usłyszał o "wielkiej babie". Było to tak... prymitywne określenie, że brzmiało na swój sposób zabawnie. Ger zdecydowanie nie byłaby zadowolona wiedząc, że Rowle śmieje się z tego, jak ją nazywano, a nie z tego, że zdarzało się, iż ktoś ją tak nazywał. Niemniej... była kobietą, i była rosłej postury. I teraz Esmé nazwał ją wielką babą, w myślach, ale nieco ładniej. Nie zamierzał jednak tego mówić, bo właśnie Geraldine wytłumaczyła, by jej tak nie nazywać. Zresztą Rowle nie miał zamiaru - dlaczego miałby tak mówić, skoro znał jej imię? I brzmiało to nieuprzejmie, a przecież nieco flirtował.

Znów prychnął. Tym razem od razu pokiwał głową w górę i w dół, robiąc minę w stylu "taaa, jasne". Z pobłażaniem patrzył jeszcze przez chwilę, jakby zastanawiając się kogo próbowała oszukać.

- Ger, nie dałabyś rady nie oddać się polowaniu. - wizja spoczęcia na laurach nie pasowała do niej. Nie po tym, jak wymienili się swoim podejściem do pełnionego zawodu. Esmé mógł zrobić sobie przerwę od rzemiosła, ale zawsze wracał. Z tęsknotą. Z pasją płonącą bardziej, niż kiedykolwiek. Bo potrafił więcej niż kiedykolwiek i wracał z nowymi pomysłami, świeżą głową oraz zapasem energii. I potrzebą, co istotne. - Ja to wiem, a znamy się... - spojrzał na lewy nadgarstek, lecz nie dostrzegł na nim zegarka. No tak, zostawił go pod poduszką. - Krótko. - wrócił do niej wzrokiem i uśmiechnął się delikatnie, acz cwaniacko.

Wzruszył ramionami, grając niby obojętnego, ale oboje wiedzieli, że tak - nie skrzywdziłby Beksy. Jasne, na jego zlecenia mordowane były różne magiczne zwierzęta, ale co innego, gdy było się z tym zwierzątkiem zżytym. Jakby tylko miał szansę zaprzyjaźnić się, dajmy na to... z buchorożcem, to jasne, bardzo chętnie. I nie skrzywdziłby go nigdy. I nie dlatego, że pewnie nie byłby w stanie tak po prostu, fizycznie i magicznie.

Huh? Zamrugał zaskoczony i poczuł się, jakby ktoś zamienił jego słowa w sztylet i przystawił mu do gardła. Jego czujność nieco spadła, ale Ger była czujna cały czas. Prawdziwa łowczyni. Nawet nie pomyślał, że sugerował, że o Beksie wiedział już wszystko, toteż przenosił oczy gdzie indziej. I że gra według tych samych zasad wobec niej i pewnie też przeniesie oczy gdzieś indziej, gdy już nacieszy się tym, jak intrygująca była. Kolejny raz... poczuł. Poczuł, że trochę zjebał. Ale poczuł też, że było to swoiste ostrzeżenie, bo zaraz sztylet został schowany. Zaśmiał się nagle głośno, przecierając dłoniami twarz i masując opuszkami palców zamknięte oczy.

- Nigdy nikt mi się nie znudził. - odparł, odsłaniając twarz, wciąż będąc trochę rozbawionym. - Ludzie dzielą się na nudnych i ciekawych. Nudni nigdy mnie nie zaintrygują, a ciekawi nigdy nie znudzą. Jeżeli tak się stanie, to źle ich oceniłem. - bo tak było. Beksa to Beksa, ale ludzie mieli więcej sposobów na wyrażanie siebie, niż latanie, dokuczanie i podpalanie przypadkowych rzeczy. Nudni ludzie potrafili najciekawsze wydarzenia obrzydzić, ale ciekawi potrafili nawet nudne osłodzić. Nie można było jednak tylko brać - ciekawych ludzi trzeba było karmić okazjami, by mogli zabłysnąć, naprawdę rozwinąć skrzydła i pokazać się od tej fascynującej strony. Zatem, wedle poglądów rzemieślnika, Ger była niespożycie intrygująca. Wystarczyło postawić ją w odpowiednim świetle. - Ale nie musisz się obawiać. - powiedział nabierając poważniejszej miny na moment. Jego ton był jednak poważny, jakby wcale nie żartował, chociaż znów wypływał na jego twarz ledwo zauważalny uśmieszek aroganta. - Znam się na ludziach. - i puścił jej oczko, bo było to takowe podpisanie się pod tymi wszystkimi komplementami, które jej prawił. Szczerze uważał, że z Geraldine trudno było się nudzić. Oczywiście - było to możliwe, ale dlaczego miałoby być, skoro Esmé nienawidził nudy?

Spojrzał na nią wzrokiem pełnym pytań. Ale jak to mogłaby konkurować z Beksą w pożeraniu much? Nie wszystkie łapał sam w końcu... ale za to wszystkie zjadał. Rowle, chociaż zaciekawiony, wolał nie pytać. Wolał nie usłyszeć, że czasem polowania mogą się przedłużać, a prowiantu brakuje i Ger posila się wtedy owadami. Oczywiście był to zmyślony scenariusz, ale właśnie coś takiego przyszło mu do głowy. Wiedział, że jest twarda i gdyby tego wymagała sytuacja, to pewnie nie zawahałaby się zjeść robaki. Sam Esmé... nie było go łatwo obrzydzić, lecz naprawdę musiałby odchodzić od zmysłów, żeby zmusić się do zjedzenia muchy czy innego latającego obrzydlistwa. Przemilczał sprawę.

Pokiwał twierdząco głową na oba stwierdzenia. Tak, początki były najcięższe, bo już w połowie dnia nie miał siły w dłoniach, by nawet przebić skórę igłą. A następnego dnia palce bolały tak okropnie, że trzymanie igły wydawało się nierealne. Nie chciał nawet przypominać sobie czasów, jak skóra na dłoniach mu pękała. Bardzo częste zjawisko, gdy pracowało się właśnie ze skórą - ta nasza wtedy przegrywała. Wysuszała się i boleśnie pękała. Potwierdził też, że miał sporo dziwnych zamówień, chociaż może niekoniecznie... w takim sensie. Nie wszystkie były związane z erotycznymi zabawami. Niektóre po prostu były absurdalne - tak jak ta kobieta, która zamówiła skórzany płaszcz, ale nie dla człowieka, a dla swojego konia. Albo ten dziwak, który co jakiś czas wracał z nową książką, którą chciał oprawić w skórę. I każda książka była wypełniona po brzegi rysunkami oczu. Albo ten fanatyk w sile wieku, który sam projektował bicze, których później używał na sobie. Chociaż... chociaż może to było erotyczne, a nie religijne - gdy tak teraz o tym Rowle myślał.

Uśmiechnął się nieznacznie, gdy dostrzegł jak Ger zamarła. Beksa czuł się jak u siebie, nie przejmował się, że właśnie przemierza nowe tereny i może żuć nowe włosy. Ale za to jasnowłosa nie wiedziała co zrobić, co było nie dość że zabawne, to na swój sposób urocze. Esmé nie zamierzał jej pomóc, zamierzał pozwolić sobie napatrzeć na to małe show.

Z zaciekawieniem przysłuchiwał się, gdy opowiadała o tym, co wykorzystywała podczas polowań. Kiwał głową powoli, ale rytmicznie, nie przestając. Wydawał się coś sobie wizualizować w głowie lub jakby coś już planował. Zdecydowanie jej słuchał, lecz jednocześnie już coś działał wewnątrz swojego pałacu myśli. Nieszczególnie przyglądał się jej, gdy opowiadała, miał nieco opuszczony wzrok, lecz podniósł go, gdy wybrzmiały ostatnie słowa. Te, które go nieco... zaintrygowały. Nie, nie pomyślał w żaden sposób, że Geraldine lubi zabijać. Nawet jeżeli ona sama tak uważała. Rowle stawiał wyraźną granicę między słowem zabijać a polować. W polowaniu była rywalizacja, rzemiosło i satysfakcja z osiągnięcia swego upragnionego rezultatu. W zabijaniu był mrok, zaspokajanie żądz, odpowiadanie na głos z pustki. Wiedział, że to co widział, to czysta pasja. I czysta duma. Tak jak on czuł się wniebowzięty, gdy projekt, nad którym tak się starał, który był tak fascynujący wyszedł właśnie tak, jak sobie go wymarzył. Gdy spełnił swoje oczekiwania.

- Precyzja, ale też zabójcza siła. - bo trafić ruchomy cel, prawdopodobnie na swój sposób opancerzony - czy to w skórę, czy w łuski, czy w coś innego nie było łatwo. Wymagało to prawdziwej precyzji. Trafić w punkt, który zabije. I kusza była celna, ale była też znacznie silniejsza niż łuk. Siła i precyzja - to nie często chodziło w parze. Rozumiał jej wybór. Chyba. - Ja zawsze byłem zafascynowany bronią białą. Niegdyś nawet chciałem zostać florecistą. - jeszcze jak był dzieckiem i mieszkał we Francji. Widywał jak w jednym z parków dwóch młodych chłopaków ćwiczyło z floretem w ręku fechtunek. Była w tym taka gracja, sama broń wyglądała tak niewinnie, lecz wystarczyło wymienić ją na znacznie poważniejszą szpadę i... ten taniec, te sprężyste, płynne ruchy stawały się mordercze. Mało osób wiedziało, że Esmé miał takie marzenie. Nie, tak naprawdę, to może... wykluczając zmarłą matkę, to może jeszcze z dwie. Bardzo mało.

A Beksa przez ten czas usiadł spokojnie na ramieniu Gerry - niczym piesek, ale teraz wyglądał bardziej jak gargulec zasiadający na gzymsie. Spokojnie przyglądał się to rzemieślnikowi, to kobiecie, to ladzie, to otoczeniu. Rowle miał na niego oko, by nic głupiego nie przyszło do jego małego, jaszczurzego łebka. I patrzył czy ten nie wywija swoim ogonkiem za bardzo - żeby nie podpalił włosów Ger. Byłoby bardzo szkoda jego ulubionego blondu.

- Bełt jest ciężki, ale jeżeli wprawia go w ruch ciężka, duża kusza, to posiada dewastującą siłę. - Esmé znów wyglądał, jakby mówił sam do siebie. Patrzył na smoczoognika, lecz przeniósł zaraz wzrok na łowczynię. - Grot stalowy wystarcza? Kły lub kolce niektórych zwierząt są twardsze niż stal i potrafią być ostre niczym diament. - tutaj już pojawiała się pewna sugestia. Krótka myśl, banalny pomysł. A co, gdyby grot był wykonany z takiego kła czy kolca? Jak bardzo by to pomogło Ger? O ile oczywiście stal nie wystarczała. Kusza niestety go przerastała, bo był to wytwór drewniano-stalowy z określonym mechanizmem i podejrzewał, że cokolwiek by stworzył, to nie byłoby to lepsze niż cokolwiek, co Geraldine jest w stanie nabyć. Nic wyjątkowego. Nic odkrywczego.

Rzemieślnik jednak ponownie odsunął się nieco od lady i zaczął czegoś szukać. Rozejrzał się, podszedł bliżej ściany i zaczął wyciągać mniejsze i większe rulony papieru, rozwijając je, rzucając moment na nie okiem i zaraz zwijając. Tak przejrzał może z dziesięć zwitków, aż w końcu z jednym, całkiem sporym, wrócił do Ger, wciąż przeglądając go. Przeszedł nawet na drugą stronę, stając zaraz obok niej, na tyle blisko, że nawet Beksa spokojnie przeszedł sobie z jej ramienia, na jego. No... prawie, gdyby nie musiał zeskakiwać, bo jasnowłosa była oczywiście wyższa. Rozłożył rulon na ladzie przed nimi, przytrzymując go rękoma, by ten się nie złożył. Na tyle, by było widać tylko to, co najważniejsze. A widać było projekt, pewien koncept, który posiadał wiele mniejszych rysunków, mających ułatwić wizualizację.

- Dla przykładu, to moje następne zamówienie. Drobny sztylecik ze szpona gryfa. - i rzeczywiście na papierze narysowany był szpon gryfa, zaś na nim rozrysowany wzór ostrza sztyletu - zakrzywionego, idealnego do rozpruwania, ale jednocześnie małego, doskonałego, by go ukryć. Na tym rysunki się nie kończyły - zaraz obok był bardziej szczegółowy wzór samego sztyletu bez nanoszenia go na szpon, teraz wraz z rękojeścią. Obok zaś była drobna, skórzana pochwa na ten niewielki oręż, lecz z dziwnymi paskami na bokach. Zaraz było to tłumaczone w większości zasłoniętym rysunkiem płaszcza, lecz widoczny był rękaw - lewy rękaw, na którym narysowana była ta pochwa w taki sposób, jakby miała zostać tam ukryta. Bo właśnie tak było - klient, który zamówił niegdyś płaszcz teraz chciał, aby w rękawie kryła się broń. Bardzo groźna, ale na tyle mała, by pozostała niezauważona. I schowana w takim miejscu, by dostęp do niej był wręcz błyskawiczny i pozbawiony podejrzeń. Perfekcyjne narzędzie, gdyby chciało się komuś, dla przykładu, poderżnąć gardło z zaskoczenia. - Wątpię, by był trwalszy niż stal, bez odpowiednich magicznych wzmocnień, ma się rozumieć. Ale gwarantuje, że będzie piekielnie ostry. - uśmiechnął się pełen dumy, a Beksa zeskoczył na projekt, dreptając po nim, przyglądając się mu, jakby sam próbował rozczytać. I teraz Czarodziej nie dbał jak zostanie odebrany, bo właśnie prezentował nie tylko narzędzie, ale cały system, który najpewniej zostanie wykorzystany do zamordowania kogoś. On jednak nikogo nie zabijał. On jedynie tworzył. A teraz, raptem, chwalił się swoim pomysłem. Wciąż na niego patrzył, jakby samemu poznawał go na nowo. Tak naprawdę patrzył czy czegoś nie mógł poprawić. Były to właściwie ostatnie chwile, bo lada dzień miał zjawić się klient z niezbędnymi materiałami - ich załatwienie dotychczas leżało po stronie klienteli. Oczywiście wyłącznie w przypadku tych niezwykle rzadkich materiałów.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#17
06.12.2023, 17:26  ✶  

Czy spodziewała się, że jej słowa mogą go zawstydzić? Wcale, jej komentarz nie miał tego na celu, ale wyszło, cóż - jak zawsze. Mówiła to, co jej ślina na język przyniesie, czasem nie spodziewała się tego, że może być to odebrane w nie do końca taki sposób, o jaki jej chodziło. Taki to już był charakter, nie zastanawiała się nad konsekwencjami, słów, czynów, i całej reszty. Nie grzeszyła myśleniem, spontaniczność towarzyszyła jej przez całe życie, do tego pewien chaos, który było dosłownie od niej czuć, jakby rozmówca mógł się spodziewać, że zaraz coś wybuchnie. Tykająca bomba, przypominała ją w całej okazałości. Przez te prawie trzydzieści lat życia nie nauczyła się jeszcze do końca nad sobą panować, właściwie to przywykła do tego, że jest nieokiełznana i chyba nawet jej się to podobało. Fakt, czasem pakowała się przez to w kłopoty, ale ona lubiła kłopoty. Nie umiałaby się dostosować, normy nie do końca jej pasowały, uważała je za sztuczne, miała wrażenie, że większość osób udaje kogoś, kim tak naprawdę nie jest po to, żeby sprawiać pozory. Jaka w tym była przyjemność? Ciągłe ograniczanie siebie, pilnowanie się na każdym kroku, uważanie, żeby kogoś nie urazić. Nie do końca to rozumiała, wolność nawet ta słowa była dla niej bardzo istotna.

Nie ma co ukrywać, że panna Yaxley zwracała uwagę na to, jak wygląda dana osoba. Sprawność fizyczna była bardzo ważnym czynnikiem podczas polowań, ona sama aż do przesady dbała o to, żeby utrzymać formę. Nie dało się tego nie zauważyć, widać po niej było, że sporo czasu spędza uprawiając sport, bo to przede wszystkim utrzymywało ją w takim stanie. Oczywiście, jak dokładała do tego wędrówki po lesie, latanie na miotle i całą resztę podobnych aktywności, to wyglądało to naprawdę obiecująco.

- Cieszę się, bo nie miałam zamiaru cię urazić. - Kamień spadł jej z serca, kiedy o tym wspomniał. Wolałaby uniknąć jakichś niedopowiedzeń już na samym początku znajomości, zależało jej na tym, żeby między nimi wszystko układało się poprawnie. Nie szydziła z niego w żaden sposób, tylko po prostu, uch, jak zawsze nie do końca przewidziała, jak może to zabrzmieć. - Polecam się, zdarza mi się kopać zupełnie nieświadomie. - Gdyby potrzebował fizycznego kopniaka, to też byłaby mu w stanie to dać. Co za wszechstronnie uzdolnione dziewczę, nikt się chyba nie spodziewał, że wyrośnie na taką utalentowaną. Szkoda, że tak mało osób te talenty doceniało.

- To ważne, cieszy mnie to. Klienci na pewno do ciebie wracają. - Istotne było dopracowywanie każdego wytworzonego przedmiotu. Nigdy nie wiadomo, kim była osoba, która kupowała nawet taką, pierwszą, lepszą pierdołę. Jeśli wszystko było zrobione idealnie, to mógł mieć pewność, że kiedyś do niego wrócą. Może z jakimś większym zamówieniem. Wydawało jej się, że to bardzo słuszne podejście, najlepsze, jakie tylko mógł mieć. Jeśli przyjdzie im faktycznie nawiązać dłuższą współpracę, to może być strzał w dziesiątkę. Miała wrażenie, że razem będą mogli osiągnąć naprawdę wiele, w zasadzie większość odpowiedzialności spoczywała na nim, to on miał sklep, on wyszukiwał klientów, ona jedynie miała znajdować materiały. Wyglądało to dla niej naprawdę dobrze. Niewielu znała fachowców, którzy potrafili stworzyć przedmioty piękne i wytrzymałe, to co udało jej się zauważyć tutaj, wydawało jej się być naprawdę dopracowane. To było istotne, ludzie stawiali się coraz bardziej świadomi i nie podobała im się bylejakość. Czego by nie zamierzali kupić. Sama miała podobne podejście. Wolała kupić przedmiot, który był droższy, ale ze świadomością, że będzie jej służył przez wiele lat. Nie znosiła zakupów, były dla niej męczarniom, dlatego też starała się to robić, jak najrzadziej mogła.

Zaśmiał się, najwyraźniej nie przestraszył się jej ostrzeżenia. Yaxley bała się okropnie zbliżyć do kogokolwiek, miała wrażenie, że niszczy wszystko wokół siebie, że gdy zaczyna jej na kimś choć odrobinę zależeć, to wszystko traci sens. Nie umiała przy sobie nikogo zatrzymać na dłużej. Nawet ćpun, który miał niedługo umrzeć postanowił ją zostawić. Może ostrzegała go przez to, że sama nie chciała tym razem być stratna. Liczyła na to, że będzie się trzymał na dystans. Zdecydowanie wolałaby, żeby tak było, chociaż zaczynało jej brakować towarzystwa. W pracy, w życiu. Czuła się tak kurewsko samotna, a mimo wszystko bała się zbliżyć do kogokolwiek. Nie sądziła, że w ten sposób potoczy się jej życie. Zniknął z niego Theseus, zniknął Thomas, zniknął Mellvyn, nie miała już nikogo. Została całkiem sama. Może przyszło jej pozostać samotnikiem, bo ileż razy można się rozczarowywać, próbować, walczyć? Nie miało to większego sensu. Pozostanie samotna nie dlatego, że lubi, ale dlatego, że próbowała stać się częścią czyjegoś świata, ale nie mogła, bo nikt nie chciał mieć jej u swojego boku na stałe.

- Zapamiętam to sobie i wykorzystam, w najmniej odpowiednim momencie. - Na pewno wróci do tej krótkiej informacji. Ryzyko mogło być różne, sama je kochała, tyle, że właśnie, czy zawsze było warto tańczyć na krawędzi? Nie potrafiła aktualnie odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiedziała jeszcze kiedy do tego wróci, może kiedyś będzie im dane faktycznie wybrać się na polowanie, wtedy sprawdzi, czy Rowle jest takim ryzykantem, chociaż w tej chwili nie chodziło jej o taką brawurę. Próbowała go ostrzec przed sobą przecież.

Zauważyła, że znowu się zaśmiał. Ta cała pogmatwana rozmowa szła im całkiem lekko, pomimo kilkukrotnej różnicy zdań. To dobrze zwiastowało, najwyraźniej Esmé nie żywił do niej urazy o to wszystko co powiedziała. Nie kryła się również ze swoimi kompleksami związanymi ze swoim ponadprzeciętnym wzrostem. Wiele razy słyszała różne, niezbyt przyjemne określenia związane z tym, jak wygląda. Po prostu wolała mu powiedzieć, że nie lubi, jak się tak do niej mówi. To nie tak, że sądziła, żeby mógł sięgnąć po takie epitety, tyle, że wolała po prostu wspomnieć o tej drobnostce, nie chciałaby wracać do lat młodości, kiedy okropnie ją to bolało. Mimo, że niby dawno już to przetrawiła, to jednak nadal kuło ją gdzieś w środku, gdy do tego wracała.

Uśmiechnęła się pod nosem, gdy usłyszała jego prychnięcie. Tego potrzebowała. Podobało jej się to, że tak pewnie mówił o tym, co nią kierowało. Faktycznie, nie byłaby w stanie żyć bez polowania. Nie umiałaby się odnaleźć w świecie, bez tej czynności. Nigdy jej się to nie znudzi, zawsze będzie się tym zajmować i angażować w stu procentach. Bo potwory nie odejdą, a kto pomoże tym biednym ludziom, jeśli nie ona? - Masz rację. To tylko takie głupie gadanie, tak naprawdę schlebiają mi twoje słowa, może trochę za bardzo. - Przeniosła spojrzenie na jego twarz. Znowu mógł dostrzec w niej nieco zawstydzenia, naprawdę nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś zupełnie obcy spoglądał na nią tak przychylnie. Nie spodziewała się tego, że tak będzie przebiegała ta rozmowa, gdy przekroczyła próg tego miejsca.

Musiała być czujna, zawsze. Stała czujność, jak to powtarzał jeden z najbardziej wprawionych aurorów (Alastor Moody). Czy chodziło o zwykłe przekomarzanie się, czy o rozmowy. Uważnie słuchała, wyłapywała najistotniejsze dla siebie słowa i nie bała się z nich skorzystać. Była trochę zaczepna, taki już miała charakter. Lubiła się przekomarzać i udowadniać innym, że faktycznie ich słucha i że wyciąga z tego, co mówią jakieś wnioski. Nie ma co, okropnie bystry umysł. - Ciekawe wnioski. Od razu umiesz stwierdzić, czy ktoś jest nudny? - Zastanawiało ją, jakie kryteria wybiera. W końcu czasem i najzwyklejsza kura domowa mogła okazać się osobą wartą poznania. Czy nie było to nieco powierzchowne myślenie. Ona sama raczej nie podchodziła w ten sposób do ludzi, dlatego ją to tak mocno zaintrygowało. - Może powinnam się od ciebie czegoś nauczyć, bo ja chyba nie znam się wcale. - Ona również spoważniała, tyle, że w przeciwieństwie do mężczyzny nie uśmiechnęła się tym razem. Zdecydowanie coś w niej siedziało i to nawet niezbyt głęboko. Rana była stosunkowo świeża i nadal mocno krwawiła. Wolała jednak zmienić temat, bo nie chciała dzielić się z kimkolwiek swoimi problemami. Szczególnie nie z osobą, którą znała chwilę, chociaż mogło się to okazać uleczające, nie znał jej praktycznie wcale, pewnie by nie oceniał, jednak jeśli mieli nawiązać dłuższą współpracę to nie miało większego sensu. - I nie obawiam się, wcale. - Dodała jeszcze, żeby mu to wyjaśnić. Była przyzwyczajona do rozczarowań, z czasem przestawały boleć tak bardzo, jak na samym początku.

Rowle chyba nie do końca zrozumiał o co jej chodziło z tymi muchami. Zaśmiała by się w głos, gdyby mogła czytać w myślach. Ger po prostu łapała muchy siatkoskrzydłe, które były potrzebne do niektórych eliksirów. Nie zjadała ich, chociaż pewnie nie miałaby przed tym oporu, gdyby głód ją przycisnął.

Yaxley pamiętała swoje początki. Problem z utrzymaniem sztyletu w dłoni, gdy była jeszcze całkiem młoda. Palce bolały ją od cięciwy łuku. Jednak ludzkie ciało było naprawdę świetnym narzędziem. Było w stanie przyzwyczaić się do wszelkich niedogodności, aby później zupełnie mu nie przeszkadzały. Nie wiedziała, czy coś jest w stanie mu dorównać, zapewne nie, bo co innego było w stanie się, aż tak dostosować.

Gerry pewnie nie byłaby w stanie sobie wyobrazić, jak dziwne pomysły mogą mieć niektórzy klienci. Wierzyła jednak, że wyobraźnia innych może być naprawdę niesamowita, przekraczająca najróżniejsze granice. Wiele podróżowała i naprawdę sporo widziała, także mało co było ją w stanie zdziwić. Nie oceniała, uważała, że każdy ma prawo do swoich dewiacji i zachcianek. Szczególnie, jeśli było go na to stać. Dzięki temu też, Rowle miał co robić.

Nawet przez myśl jej nie przeszło, aby poprosić mężczyznę o pomoc ze swoim zwierzakiem. W końcu to ona była specjalistką od bestii, zabawne było to, że miała problem, żeby sobie poradzić z tym maleństwem, które najwyraźniej bardzo dobrze się czuło wędrując po jej ciele. Nie, żeby jej to przeszkadzało, chociaż przeszło jej przez myśl, że jeden nieodpowiedni ruch, a jej włosy mogłyby zapłonąć. Najwyżej je obetnie, czy coś.

Nieco odpłynęła, gdy zaczęła opowiadać o tym, w jaki sposób polowała. Dla niej mała była różnica w polowaniu, a w zabijaniu. Złapała się kilka razy na tym, że podobało jej się to, że to ona decyduje. Które zwierze wybierze, które pozostanie przy życiu. Sprawiało jej to przyjemność. Lubiła patrzeć jak w stworzeniach gaśnie życie, czuć zapach krwi. Sama nie do końca wiedziała, kiedy zaczęło się tak dziać. Zajmowała się tym tak długo, że gubiła się w faktach. Odreagowywała w ten sposób to, co nie wychodziło jej w życiu. Polowanie było jedyną rzeczą, którą potrafiła robić tak naprawdę. Nic jej nie ograniczało.

- Tak, rzadko kiedy to się łączy, zazwyczaj dostaję coś albo bardzo precyzyjnego, albo silnego. Mam wrażenie, że mało kto jest w stanie połączyć obie te cechy. - Coś za coś, nie można mieć wszystkiego, bla, bla, bla zawsze jej to tak tłumaczono. Zdaniem Ger nie było rzeczy niemożliwych, tylko nie do końca kompetentni twórcy. Może wreszcie się to odmieniło i trafiła na odpowiednią osobę? Przyglądała się mu, kiedy tak nad czymś myślał. Miała wrażenie, że jego umysł teraz bardzo szybko pracuje, tyle, że nie miała jeszcze pojęcia nad czym.

- Jakbyś nadal miał takie marzenia, to mogłabym je spełnić. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo. Yaxley ćwiczyła fechtunek od najmłodszych lat. Jej ojciec dbał o to, aby była świetna w tej dziedzinie, bowiem była to jedna z tradycji, do których przywiązywał ogromną wagę. Wiedziała, że czarodziejskie rodziny od niej odchodzą, jednak nie ta jej. Zresztą, kto jak nie oni, myśliwi lepiej nadawali się do tańca z bronią? Wiele czasu poświęciła, aby dorównać Gerardowi, a później stać się lepszą od niego, nie było to też takie problematyczne, bo robił się on coraz starszy, wolniejszy. Przestały jej wystarczać treningi z nim, bo czuła, że mogłaby być w tym jeszcze lepsza. Znalazła więc odpowiednich kompanów. Jeśli było to marzenie Esmé, to mogła spróbować je spełnić, bo lubiła spełniać marzenia. Zupełnie bezinteresownie, szczególnie, że akurat to wcale nie było takie trudne do realizacji.

Zauważyła, że smoczoognik się uspokoił. Musiało mu się spodobać na jej ramionach, cieszyło ją to, bo oznaczało, że jest szansa, że wyjdzie stąd z całymi włosami.

- Stal nie do końca, mam wrażenie, że nie jest w stanie sobie poradzić ze wszystkimi stworzeniami. - Niektóe miały naprawdę grube pancerze, przez które ciężko było się przebić, potrzebowała zdecydowanie czegoś ostrzejszego, a zarazem bardziej trwałego. - To prawda, i w sumie nie taki głupi pomysł. - Spodobał się jej jego tok rozumowania. Była ciekawa jego pomysłu, chociaż chyba po części już wiedziała do czego zmierza. Do tego nie marnowaliby żadnych części zwierząt, które udałoby się jej złapać. Brzmiało, jak całkiem niezły plan.

Yaxley obserwowała go, kiedy odsunął się od lady. Miała wrażenie, że wpadł w jakiś twórczy trans, może go oświeciło? Najwyraźniej czegoś szukał, bo przeglądał różne papiery, tylko póki co jeszcze nie znalazł tego, czego szukał. Ona nadal stała w miejscu, nie mogła mu przecież pomóc, chociaż chętnie by to zrobiła.

Wreszcie udało mu się znaleźć to, czego szukał. Chwilę później stał już u jej boku dzieląc się z nią swoim znaleziskiem. Geraldine nachyliła się nad papierem, co zapewne ułatwiło Beksie wędrówkę. - Ładnie wygląda. - Nie, żeby to było dla niej najważniejsze, jednak jak prawdziwa kobieta naprawdę zwracała też uwagę na takie drobne szczegóły. Rysunki były bardzo dokładne, przesunęła lewą rękę, żeby zbliżyć do siebie papier, chciała jeszcze bardziej się temu przyjrzeć. Faktycznie wyglądało na to, że sztylet idealnie by się komponował w ubraniu. Był to świetny pomysł. Sama nosiła broń zazwyczaj przy biodrze, jednak dobrze było mieć do tego jakieś alternatywy, być przygotowanym na każdą, możliwą sytuację.

Beksa skutecznie jej jednak trudnił dłuższe wpatrywanie się w projekt, zeskoczył bowiem na kartkę.  Najwyraźniej mu się zaczęło nudzić, co było zrozumiałe. - Chcę takie. - Powiedziała wprost. Spodobał jej się ten projekt, bardzo chętnie przygarnęłaby coś podobnego dla siebie. - Oczywiście mogę zapłacić, nie oczekuję, że będziesz mi tutaj dziergał takie cuda za darmo, chętnie też przetestuję inne projekty. - Jeśli byłyby to prototypy, to warto by było sprawdzić, jak działają w lesie, podczas starcia z przeciwnikiem, nie bała się być osobą, która to przetestuje. Nie chciała też, żeby tworzył dla niej za darmo, wiedziała, że praca nad takim jednym sztyletem była dosyć mocno czasochłonna, a on też musiał za coś żyć. Na pewno będzie z nim na ten temat dyskutować, jeśli pojawią się jakieś obiekcje.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#18
10.02.2024, 01:50  ✶  

Odznaczanie się niską motywacją w prawie wszystkich dziedzinach życia było swoistym forte Esmé. W tych kilku wyjątkach starał się niekiedy aż nazbyt gorliwie, jednak koniec końców - wiele w swoim życiu mógłby poprawić lub osiągnąć. Gdyby co? Gdyby tylko się do tego zabrał i ostatecznie w tym pozostał. Geraldine nawet nie wiedziała, że cecha, która dla innych mogłaby być swoistą wadą, w przypadku rzemieślnika byłaby znaczą zaletą. On potrzebował takich kopniaków - świadomych czy nie. Nawet jeżeli sam nie był tego świadomym, tak obiektywnie rzecz ujmując - byłby większym człowiekiem, gdyby więcej chociaż spróbował. Gdyby więcej się postarał. Gdyby nie patrzył tak tunelowo na swoje życie.

Pokiwał głową, potwierdzając. Tak, klienci do niego wracali. Rowle osiągnął, swoim zdaniem, idealny balans w swoim fachu. Zazwyczaj pasja, której poświęcało się większość czasu źle wpływała na życie prywatne, lecz nie w tym przypadku. Rzemiosło było tym, co trzymało Czarodzieja przy życiu, tak naprawdę. Coś, co wypełniało jego życie jakąś wartością. Pracownia, klienci, zamówienia, to była swoista przykrywka, by móc tworzyć. By jego dzieła zostały docenione, a tym samym sam czuł się doceniony. Zyskiwał tak wiele na samym procesie wytwarzania, a niekiedy nawet jedynie przerabiania, naprawiania czy zupełnego restaurowania. Nawet jakby miał zostać niewolnikiem i pracować za darmo, to i tak dawałby z siebie wszystko. Bo tylko to, tak naprawdę, miał. Tworzył na sto procent swoich możliwości i zawsze starał osiągnąć się ten jeden procent więcej, a jego ceny? Niskie. Zaskakująco niskie, nawet jak na warsztat po stronie Nokturnu. Wysoka jakość i niska cena - klienci nie mieli powodów by nie wracać. Dyskrecja była dorzucana w gratisie. Paradoksalnie - więcej na tym wszystkim zyskiwał wciąż Esmé.

Przemilczał kwestię zapamiętywania jego słów o ryzyku. Nie dlatego, że obawiał się, a dlatego, że postawił tutaj kropkę. Lubił ryzyko i jeżeli Ger postanowiła go przetestować... tym lepiej. Ona mogła się zastanawiać nad słusznością fascynacji niebezpieczeństwem, lecz dla Czarodzieja nie było miejsca na rozważania. Ryzyko, tak jak i rzemiosło, dostarczało do jego życia bodźców, których mu brakowało. Gdyby nie ryzyko, to byłby zdecydowanie bardziej pusty. Gdyby nie ryzyko, to w jego życiu byłoby znacznie więcej marazmu, nudy, obojętności. Stopniowo popadałby w większą otchłań, z której tylko coraz mocniejsze doznania byłyby w stanie go wyrwać. A nie był święty, wręcz przeciwnie - był skory do grzechów małych i dużych. Jego walka z emocjonalną ciszą była równie beznamiętnie desperacka. Aktualnie znajdował się w dobrej kondycji psychicznej, nie wyobrażał sobie siebie w naprawdę mrocznych scenariuszach. Ale wiedział, że gdyby ta spirala wciągnęła go za głęboko, to nie zawahałby się popełnić rzeczy, o które nie chciał nigdy siebie posądzać. Kolejną sprawą był prosty fakt wynikający z logiki - jeżeli istniało ryzyko, to nie istniała obojętność. Coś musiało mieć znaczenie.

Naprawdę uroczym kontrastem było zawstydzenie tej wybitnej łowczyni zaraz po słowach o tym, jak to nie potrafiłaby się powstrzymać od polowań. Esmé, pełen zadowolenia, przyglądał się jej, chłonąc ten widok i swoje dzieło. Tak, czerpał satysfakcję z zawstydzania jej. Wciąż. Od samego początku, od pierwszych sygnałów, że jest w stanie. Było coś fascynującego w tym uroku - delikatność, niezwykła kobiecość stojąca tuż obok cech, jakie były zazwyczaj przypisywane mężczyznom - odwaga, waleczność, zamiłowanie do rywalizacji.

- Nie będę ukrywał, że niezwykle przyjemnym zajęciem jest zawstydzanie ciebie, chociaż częściej wychodzi to jako efekt uboczny mojej szczerości. - zaczął lekko, odchylając się nieco do tyłu, dodając jego spojrzeniu pewnej... arogancji. - Sama wiesz najlepiej jak trudny masz zawód. Sama też jesteś świadoma jak wielu wyrzeczeń wymaga i jak wiele niezrozumienia potrafi budzić. Mimo wszystko wkładasz w niego całe serce i dążysz do perfekcji. To widać. Powinnaś pokładać w tym więcej dumy. Powinnaś częściej przypominać sobie, jak niesamowita jesteś. - niby brzmiało, jakby po prostu ją komplementował, ale jednak arogancja nie przeminęła, co mogło tworzyć wrażenie, jakby rzemieślnik mówił coś, co myślał o sobie, ale tym razem dopasował do tego Ger. I tak, tak właśnie było. Nie mówił, że był wspaniały, ale w odniesieniu do swojego zawodu? Był wybitny. Wiedział to, że był. Nie musiało mieć to pokładów w czystej ambicji - to nie miało znaczenia. W jego przypadku, jak już zostało to wspomniane, wynikało to wszystko z potrzeby. Tak czy inaczej, po tych słowach jeszcze chwilkę w milczeniu przyglądał się Yaxley, aż w końcu przymknął oczy i opuścił głowę, przestając ją zadzierać.

Tak, zdecydowanie była czujna. Pokazywała to raz za razem. Metaforyczny sztylet zręcznie pojawiał się przy gardle Esmé, by zaraz się od niego odsunąć, a nawet zniknąć z pola widzenia, by nim zdołał się spostrzec - znaleźć się tuż przy innym witalnym punkcie. Ale każdy kiedyś chybiał. Nawet najcelniejszy strzelec wśród magów i mugoli.

- Tak. - odparł krótko na jej pytanie, mając beznamiętne spojrzenie i równie nijaką minę. Jakby wszystkie te prychnięcia, śmiechy, uśmiechy i zerkania pełne dumy, arogancji czy cwaniactwa były tylko snem, rozmywającym się gdzieś w pamięci. Rowle rozłożył ręce, stanął w miejscu, czekał na sztylet, bo wiedział, że nawet najgłębsze pchnięcie w ten punkt nie jest w stanie go zranić. Ani trochę. - Tak samo jak jestem w stanie natychmiast określić czy coś mi smakuje. Albo czy coś ładnie pachnie. Albo czy lubię ten utwór. - w tych słowach brakowało równego traktowania wszystkich. Esmé właśnie jasno podkreślał, że właściwie od pierwszego spotkania wiedział wystarczająco dużo na temat drugiej osoby, by móc subiektywnie uznać ją za nudną lub ciekawą. I nie uważał, że to co mówił jest bezczelne, złe czy po prostu niewłaściwe. Każdy był subiektywny. Każdy wybierał ludzi, którymi się otaczał na podstawie własnego gustu. On zwyczajnie potrzebował mniej informacji. Wystarczy że dostrzegł jedną lub dwie cechy, których odpowiednia "stymulacja" okazywałaby się owocna, by ktoś był ciekawy. Należało dawać takim osobom odpowiednie okazje, mieć w ogóle chęć rzucania na nich światła, by ci mogli błyszczeć, a by Rowle mógł samolubnie cieszyć się ich blaskiem. Wierzył, że Ger zrozumiała metaforę, ale też nie był z tego typu ludzi, którzy nadmiernie tłumaczyli swoje myśli i słowa. Właściwie... prawie zawsze wyrzucał je z siebie i miał gdzieś czy ktoś je odpowiednio zrozumiał. Interpretacje często pozostawiał drugiej osobie, bo czasami im bardziej niewłaściwa była, tym ciekawiej się na to patrzyło. Zatem nie dodał, że niektóre smaki się nabywało z czasem, należało do nich przyzwyczaić. A niektóre zapachy nudziły się z wiekiem. Nic na świecie nie było stałe i chcąc tłumaczyć to w każdej myśli... człowiek spędziłby wieczność.

Pustka emocjonalna wyrażana twarzą rzemieślnika nie przemijała. Przechylił lekko głowę na bok, przymykając na moment oczy, jakby na chwilę wracał do jakiegoś wspomnienia. Wspomnienia, które sprawiło, że mimowolnie drgnęła mu brew niczym w grymasie niezadowolenia czy nagłego ukłucia bólu.

- Nie znam Twojej sytuacji, ale odnoszę wrażenie, że lekcje masz już za sobą. Teraz musisz wyciągnąć z niej naukę. - odparł półgłosem, otwierając oczy nieśpiesznie, jakby zmęczony. Ponownie nie tłumaczył swoich słów, chociaż te brzmiały pewnie jeszcze bardziej enigmatycznie. Nie dało się przekazać wiedzy na temat ludzi. Tej ekspertyzy, którą nabywało się... no właśnie, wraz z czasem, doświadczeniem, ale przede wszystkim - cierpieniem. Bólem, który zadawali, bólem który otwierał nam oczy na cechy, wobec których dotychczas byliśmy ślepi. Wtedy pewne rzeczy wydawały się oczywiste, a nasze decyzje wręcz absurdalne. Każdy poznawał się na ludziach, prędzej czy później. I każdy musiał najpierw wycierpieć swoje. Takie były tego koszta. Tak samo, jak trening rozrywał mięśnie, by zregenerować je silniejszymi i grubszymi. Nie było drogi na skróty, jeżeli efekty miały zostać z nami na dłużej.

I beznamiętność nagle prysła, niczym mydlana bańka. Nawet gdyby chciał, to raczej nie potrafiłby ukryć drobnego uśmiechu, jaki wypłynął na jego twarz w momencie zapewnienia Ger, że Ona się nie obawia. Było to tak... pewne, tak zdecydowane, tak bezpośrednie, bez najmniejszego zawahania. Nawet jeżeli Esmé skorzystał ze słowa "obawy" w związku frazeologicznym, a nie mając "obawy" jako strachu na myśli. Gerry natychmiast zareagowała, niczym prawdziwy łowca, który wyczekuje moment do ostatniej chwili i uderza z szybkością błyskawicy.

Wyprostował się, otwierając oczy nieco szerzej. Na moment też otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, lecz zaraz je zamknął, cicho prychając. No tak, kopnięcia. Rzucił te słowa na temat marzenia nawet nie myśląc, że ktoś tak... nonszalancko odpowie, że przecież jest w stanie je osiągnąć i ma ku temu teraz doskonałą okazję. Nawet zastanawiał się czy Yaxley jest świadoma jak wiele jej drobnych zachowań wyrażało, że jest wybitną łowczynią. Rowle poczuł się dosłownie jak zwierzę, które na moment rozkojarzyło się, a teraz... już było zaszczute w potrzask. Miał doskonałą okazję, by móc nauczyć się władać floretem albo innego rodzaju bronią białą. I wystarczyło... zdecydować się, pchnąć motywację. W tym wszystkim pomagał fakt, że Gerry nieświadomie postawiła go w szachu. Motywacja motywacją, ale zawiedzenie się samym sobą to kolejna, osobna sprawa. Blondynka doprowadziła do momentu, w którym niezwykle bolesnym byłoby odmówić tej propozycji, ale niezwykle trudnym było też podjęcie decyzji, że włoży w to wysiłek. Że zmotywuje się.

- Jesteś... - zaczął tym razem on nieco wybity z rytmu. Tak, jakby na moment role się odwróciły, chociaż u niego zamiast zawstydzenia był brak tej równowagi, którą dotychczas zdawało się, że ma perfekcyjną i nie do naruszenia. - ...naprawdę wyjątkowa. - dokończył tę myśl i nabrał głęboko powietrza do płuc, przytrzymując je tam na dłużej. W końcu je wypuścił, niczym by wzdychał. - Pomyślę nad tym. - technika techniką, ale w walce bronią białą kondycja fizyczna miała na pewno ogromne znaczenie. Niezwykle żenującym było wyobrażenie, że Rowle nie dość, że wymachuje mieczem jak kijem, to jeszcze jego ataki mają tyle siły, że równie dobrze mógłby atakować rozgotowanym makaronem. Jeżeli miał z nią ćwiczyć, jeżeli miała naprawdę kiedyś nauczyć go walczyć orężem, to musiał zacząć ćwiczyć. A do tego... już go zmotywowała. Nawet zaczął podejrzewać powoli, że to wszystko jest jej misternym planem - najpierw sprowokować go do pracy nad sobą, nad swoją sylwetką, a później postawić wręcz ultimatum na temat nauki walki, a jeszcze wcześniej wciągnąć w pułapkę, w której to sam proponuje wspólne polowanie. Świadomie czy nie, uginał się w jej stronę tak łatwo, że aż czuł swoiste zażenowanie sobą.

Nie taki głupi pomysł. To wystarczało rzemieślnikowi, żeby zaczął nad nim pracować. Właściwie... nawet głupi pomysł wystarczał, bo często te głupie pomysły może nie owocowały sukcesem, ale owocowały kolejnym pomysłem. Tym razem mniej głupim. I tak raz za razem, aż docierało się do tego, który był całkiem, kurwa, sprytny. Rowle uśmiechnął się zadowolony, nie potrzebując ani jednego więcej słowa. Już wiedział, że Gerry pewnie dostarczy mu dodatkowe materiały, te które ma na "zbyciu", które normalnie niezbyt idą, bo prezentują mieszane walory estetyczne - a to jednak estetyka często grała pierwsze skrzypce w rzemiośle tego kalibru. Wiedział też, że zacznie pracować nad pierwszymi próbkami, które wolałby, aby jego wybitna łowczyni nie testowała podczas walki. Wierzył w jej umiejętności, ale wiedział też, że każdy rzemieślnik musi ufać swoim narzędziom. Przy takim testowym sprzęcie... ryzyko było zbyt wielkie, by mógł jej na to pozwolić.

Inaczej sprawa się miała wobec testów, których nie dało się spreparować. Takich jak ten ze sztyletem ze szponu gryfa. Beksa jeszcze chwilę dreptał po projekcie, by zaraz zacząć kręcić się w kółko, aż w końcu zwinął się w kłębek, kładąc swój iskrzący ogonek na własnym karku, żeby nie przeszkadzał w odpoczynku. Bo o odpoczynek chodziło - wszak jaszczurka zamknęła oczka i zaczęła oddychać miarowo coraz wolniej. Za to szybciej zaczął mrugać Esmé.

- Chcesz? - zapytał, chociaż przecież przed sekundą otrzymał odpowiedź, że Geraldine jak najbardziej była zainteresowana podobnym projektem. Jasne, to był ciekawy pomysł, który wypełniał specyficzną niszę - brutalnej obrony w niespodziewanym ataku z bliska albo jak lustrzane odbicie tej akcji - brutalnego ataku z zaskoczenia, gdy ofiara była zaraz obok. Niezależnie o który scenariusz chodziło Gerry, to Esmé podjął już decyzję. - Mam dla ciebie pewną ofertę, Ger. - zaczął, unosząc jedną stronę rulonu z projektem tak, by zsunął się z niego łuskowaty przyjaciel, któremu został przerwany jego kilkusekundowy relaks. Rowle nie czuł się winny, całymi dniami obserwował Beksę jak ten wyleguje się na krawędziach szafek niczym leniwy kot, chłonąc ciepło promieni słonecznych, które nieśmiale zaglądały do Nokturnu. Drobna bestia nie była wcale zmęczona, właściwie robiła zawsze to, na co miała ochotę. Niczym jej pan-towarzysz. - Ty nauczysz mnie fechtunku, a ja stworzę Ci sztylet. - uśmiechnął się szerzej, znów zadowolony z siebie. - Co Ty na to? - puścił rulon, a ten sam zwinął się, podskakując na blacie i turlając się na bok - całe szczęście w kierunek przeciwny do iskier ze Smoczoognika. Rzemieślnik właściwie... znał odpowiedź. Chociaż znał Gerry bardzo krótko, to wiedział, że taki układ sprawia, iż oboje tylko zyskują. Nic nie tracą. Czarodziej nie dość, że miał szansę stworzyć coś ciekawego, miał szansę na... swoistą niespodziankę dodatkowo, to jeszcze w cenie tego wszystkiego była nauka walki. A jego urocza łowczyni? Miała cel do zabicia, materiały do zdobycia i dostarczenia, sztylet do otrzymania i szansę, by móc podzielić się swoimi umiejętnościami. I po prostu zaprezentowanie ich komuś, kto zdecydowanie doceniał sztukę walki tak, jak rzemiosło. - Oczywiście materiały musisz załatwić sama. - dodał na koniec i zaśmiał się lekko, bo... koniec końców nie był szczególnie zamożny i jeszcze chwilę temu nie miał wybitnych kontaktów, by zdobyć tak unikatowy materiał, jak szpon gryfa.

Nie czekał właściwie na jej odpowiedź, żwawym krokiem przeszedł za ladę, wziął notes, ołówek i miarkę, którą przerzucił sobie zaraz przez ramię. Wrócił do niej, opierając się tyłkiem i plecami o ladę, by zaraz zacząć coś notować, a może nawet rysować, chociaż widać było, że stawia na razie jedynie proste linie. Z perspektywy Ger widać było oczywiście więcej - górowała w końcu nad nim, zatem dostrzegała kawałek... tabelki, w którą Rowle coś wpisywał powoli.

- Co zakładasz na siebie, gdy wyruszasz na polowanie? - zapytał początkowo nie odrywając wzroku od notesu, ale jak tylko słowa wybrzmiały, to uniósł wzrok, nie unosząc jednak samej głowy wyżej. Spojrzał na blondynkę i uśmiechnął się w ten sam złowróżący sposób. - Możesz pominąć bieliznę, chyba że chcesz się podzielić i tym. - pozwolił sobie na bezczelny żarcik równie bezczelnie się uśmiechając pod nosem, by zaraz jednak wrócić dalej do pisania czegoś. Zaraz jednak zakończył, wsunął ołówek za ucho, a notesik do tylnej kieszeni spodni. Beksa przez ten czas... był zaskakująco grzeczny. Właściwie nic sobie nie zrobił z tego, że został zsunięty z projektu i dalej tkwił zawinięty w kłębek teraz już śpiąc chyba na prawdę. Rowle, jak z przyzwyczajenia, rzucił na niego okiem by upewnić się, że nic nie płonie, po czym zręcznie chwycił za wstążkę z miarką, która wisiała mu na lewym ramieniu. - Wystaw najpierw swoją dominującą rękę, a później drugą. - wierzył, że nie będzie mu utrudniać pracy skoro chciała taki sam sztylet, jak jej zaprezentował. Jeżeli zrobiła co powiedział, to bez skrępowania... chwycił jej dłoń, na razie nie używając w ogóle miarki. Kciuk ułożył na wewnętrznej części jej dłoni, naciskając na nią lekko i przesuwając, przy okazji uważnie przyglądając się nie tylko dłoni, ale też nadgarstkowi i przedramieniu. Po co to wszystko? Mogła zapytać, a mogła pozwolić mu na te specyficzne "testy". A może jednak testy bez cudzysłowu, bo skupienie jakie od niego emanowało wskazywało, że tym razem nie miał nic głupiego na myśli. Zaraz miarką zmierzył jej dłoń, szepcząc sobie wymiary pod nosem, zmierzył też odległości niby to od krańców palców do śródręcza, ale wszystkie te rzeczy robił na tyle szybko, z na tyle wielką wprawą, że ciężko było niewprawnemu oku nadążyć za jego poczynaniami. Zaraz mierzył obwód nadgarstka, długość przedramienia, obwód przy łokciu, obwód za łokciem, obwód w bicepsie, długość ramienia, szerokość barku i tak dalej. Czemu tak wiele wymiarów? Kolejna zagadka dla Ger, którą mogła próbować rozgryźć sama, mogła w ogóle nie być zainteresowana, a mogła po prostu zapytać. Sam Esmé milczał. Teraz nie było na jego twarzy beznamiętności, a... skupienie i czujność, a jego zaskakująco teraz żywe oczy przeskakiwały z miejsca na miejsce, chłonąc jakieś informacje, które tylko on mógł znać. Co jakiś czas wyciągał z kieszeni notesik, zapisywał trzy lub cztery wymiary w tabelce i znów go chował, aż w końcu jak miał wszystko co chciał, to obrócił kartkę i zaczął coś rysować. Wciąż milcząc. Oczywiście to wszystko wydarzyło się tylko i wyłącznie, jeżeli Gerry na to pozwoliła. Jeżeli nie chciała by ten jej mierzył... no to sprawa się komplikowała.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#19
10.02.2024, 23:59  ✶  

Tutaj się różnili. Kiedy Gerry coś sobie zakładała - realizowała to od razu. Nie zwlekała z realizacją wszystkich pomysłów, które tylko pojawiały jej się w głowie. To również nie zawsze bywało korzystne. Często w ogóle się nie zastanawiała, reagowała bardzo szybko, bez żadnego pomysłu. Bywało, że nie kończyło się to sukcesem, ale nie brakowało jej cierpliwości, dążyła do celu po trupach, była uparta niczym osioł, co prędzej, czy później przynosiło zamierzone efekty. Po drodze oczywiście czasem musiała się zatrzymać, aby wylizać rany, jednak tak, czy siak udawało jej się jakoś dochodzić do celu, mniej lub bardziej humanitarnie. Nie patrzyła na konsekwencje, jakby miała klapki na oczach.

Dosyć ważnym, przynajmniej w oczach Yaxley było znalezienie sobie zajęcia, które sprawiało przyjemność. Praca musiała być czymś, co lubisz robić, przecież zajmowała większą część życia. Nie umiała sobie wyobrazić, jak można było żyć, nie mając żadnej przyjemności z tego, czym się zajmowało. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, niektórzy cały swój żywot spędzali robiąc rzeczy, które uważali za nieprzyjemne. Na całe szczęście nie dotyczyło to ani jej, ani Esmé. Od razu sprawił wrażenie osoby, która była zadowolona z tego, czym się zajmuje. Można to było wyczuć w tym, jak opowiadał o swoim rzemiośle, opowiadał o tym, jakby to miało większy cel, co nawet jej imponowało. Od zawsze doceniała ludzi, którzy mieli prawdziwą pasję.

Cóż, na pewno mu po tym nie odpuści. Wzbudził jej ciekawość, będzie chciała zobaczyć, jak działa w otoczeniu, które jest dla niego nie do końca standardowe. Aktualnie trudno jej go było sobie wyobrazić poza tą pracownią, jednak nie skreślała go wcale. Wiedziała, że w każdym drzemią pewne ukryte możliwości. Chciała zobaczyć te jego, szczególnie w sytuacji, w której nie był w stanie przewidzieć tego, co się wydarzy. Interesowało ją to, jak zachowuje się podczas nietypowych momentów, czy potrafi utrzymać emocje na wodzy, czy wręcz przeciwnie. Mogło jej to powiedzieć o nim jeszcze więcej, a aktualnie była naprawdę ciekawa tego, jakim tak naprawdę jest człowiekiem.

Samej zdarzyło jej się być w naprawdę nietypowych sytuacjach, wydawało jej się, że poznała siebie z każdej, możliwej strony. Wiedziała jak reaguje, gdy robi się naprawdę niebezpiecznie, kiedy dzieje się chaos, większy problem sprawiało jej zastanawianie się nad swoim życiem doczesnym. Nie potrafiła nic planować, nie znosiła spokoju, ciągle gdzieś goniła, jakby życie uciekało jej przez palce, chciała doświadczyć jak najwięcej, jak najmocniej, a najlepiej spalić się przy tym wszystkim, żeby broń Merlinie nie dać się usidlić choć na moment.

- Cenię sobie szczerość, jak widać jednak, nie jestem do niej przyzwyczajona. - Przyłapał ją po raz kolejny na zawstydzeniu, a co najgorsze wspomniał o tym głośno. Nie była do tego przyzwyczajona, bo raczej to ona miała tendencje do tego, aby zawstydzać innych, w tej chwili sytuacja się odwróciła i może nawet trochę jej się to podobało, bo było to dla niej coś zupełnie nowego, a Gerry lubiła takie momenty, w których nie do końca wiedziała, jak się zachować. Ceniła osoby, które potrafiły ją w jakiś sposób zadziwić. Rowle więc jak na razie ciągle u niej plusował, czuła, że może wyniknąć z tego, coś interesującego. Nie znosiła przewidywalności, więc idealnie się składało.

Uśmiechnęła się, kiedy dalej ją komplementował, bo faktycznie nie przywykła do słuchania takich miłych słów na swój temat, podbudował mocno jej ego. Może czas najwyższy zacząć myśleć o sobie, jako o kimś wyjątkowym. Wszak mało kto mógł jej dorównać, to był fakt, większość osób nigdy w życiu nie spróbowałaby życia, które dla niej było normalnością. Kochała niebezpieczeństwo, nie potrafiła bez niego żyć, zawsze tłumaczyła sobie, że miała łatwiej, bo w ten sposób została wychowana, jednak musiała mieć też inne predyspozycje, które pielęgnowała przez cały swój żywot.

- Tak właściwie, jak dłużej o tym myślę, to może ma to jakiś większy sens, kiedy o tym mówisz. - Nie widziała nic w złego w tym, że próbowała zrozumieć jego sposób myślenia, chciała się dowiedzieć, czym się kieruje, chciała go poznać, chociaż, czy właściwie można było poznać człowieka po krótkiej rozmowie? Z tego, co mówił, dokładnie tak było. Może faktycznie była to prawda. Nie stała by tu tyle, gdyby od razu nie spodobało jej się to, w jaki sposób toczy się ta rozmowa, nie poświęciłaby mu tyle czasu, nie dyskutowałaby o tym wszystkim. Miał rację, doszła do tego właśnie w tej chwili. Uśmiechnęła się nawet do siebie, kiedy zrozumiała o co mu chodzi.

Nie było sensu poświęcać czasu osobom, czy rzeczom, które nie były tego warte. Życie było zbyt krótkie, aby skupiać się na tym, co było niedoskonałe, niewystarczająco interesujące, nie było sensu na siłę próbować się uszczęśliwić, kiedy obok można było znaleźć kogoś, lub coś, co mogło dać to od razu. Najwyraźniej czas przewartościować swoje życie, czyny. Dało jej to do myślenia, na pewno wróci do tego tematu w samotności, bo trochę otworzył jej oczy.

- Nauka jest najgorsza, chociaż lekcje, dlaczego często są one takie bolesne? - Rzuciła to pytanie bardziej do siebie. Życie jej nie rozpieszczało, przynajmniej ostatnio. Dawno nie była takim wrakiem człowieka, chociaż z pozoru wcale nie było tego widać. Rzadko kiedy dzieliła się z kimś tym, co  w niej siedziało, nie wiedzieć czemu podzieliła się z nim tym, czym nie dzieliła się praktycznie z nikim. Wzbudził w niej zaufanie, może mylnie, najwyżej kiedyś tego pożałuje.

Dostrzegła jego dyskretny uśmiech. Wbrew swojemu pochodzeniu, Geraldine była naprawdę prostym człowiekiem, używała mało skomplikowanych słów, mówiła to co myśli, nie ubierała tego w metafory, bo nie potrafiła owijać w bawełnę. Wyciągała z rozmów, to co uważała za istotne. Reagowała szybko, czasem zbyt szybko, może nie do końca trafiając z komentarzami, ale to wszystko było szczere i naturalne, choć czasem mogło się wydawać, że niezbyt specjalnie kalała się myśleniem.

Mogła mu dać to, o czym marzył. Nie zamierzała się z tym kryć, wystarczyło słowo, a zaangażowałaby się w to. Tak już miała, kiedy tylko pojawiała się okazja, uważała, że warto ją wykorzystać. Nawet jeśli nie chodziło w tym momencie o jej spełnienie marzeń, tylko tego, stojącego przed nią mężczyzny, który był dla niej przecież zupełnie obcy. Nic się nie nauczyła, nie pierwszy raz bowiem była skłonna wiele dać, aby uszczęśliwić innych. Niby taka szorstka, a nie wahała się, ani chwili, by się tym z nim podzielić. Na pewno zyskiwała przy poznaniu, choćby krótkim. Nie wiedziała też w tym zachowaniu nic nietypowego, bo sama, gdyby tylko nadarzyła się okazja, propozycja, aby ktoś spełnił jej marzenie to by z tego skorzystała, nie raz zdarzyło się, że dokładnie to robiła. Nie widziała w tym nic złego, chciała też dawać to innym, szczególnie, kiedy coś było dla niej bardzo prostą rzeczą do zrealizowania. Miała świadomość, że los sprzyjał jej od samego początku, a niektórzy nie mieli tyle szczęścia, dlaczego więc nie przekazać tego dalej, w końcu karma do niej wróci, kiedyś na pewno, prędzej, czy później.

Wydawało jej się, że wreszcie role się odwróciły, że tym razem to ona zaskoczyła jego, chociaż zupełnie nie to miała na celu, ale może i dobrze się stało. Pewnie byłoby jej głupio, gdyby tylko ona podczas tej rozmowy reagowała zawstydzeniem, lub chwilowym wybiciem z rytmu. - Nie myśl zbyt długo, bo to nie ma większego sensu, najlepiej reagować od razu, korzystać z szans, które się pojawiają. - Nie zamierzała go też jakoś specjalnie do tego namawiać, może tylko odrobinę pomóc podjąć decyzję, wystarczyło tylko słowo, a była gotowa to dla niego zrobić. Nie oczekiwała też, że będzie do tego nie wiadomo, jak przygotowany, miała świadomość, że przyjdzie im wypracować pewne rzeczy od podstaw, co również w pewien sposób było wyzwaniem i dla niej. Zdawała sobie sprawę, że mało kto, jest w stanie jej dorównać, nie oczekiwała cudów od laika, uważała wręcz, że to jej zadaniem będzie go do tego przygotować, co tylko jeszcze bardziej zachęcało ją do działania. Wtedy będzie mogła uznać, że wszystko to jej zasługa, a lubiła się szczycić takimi sukcesami. Może też w pewien sposób jeszcze bardziej chciała go zainteresować swoją osobą, ale okazywało się to być całkiem łatwe, bo miała ku temu predyspozycje, dlaczego więc by nie wykorzystać sposobności, która się nadarzyła?

Nie miała problemu z tym, aby dzielić się z nim tym, co zdobyła. Dobili targu, on mógł skorzystać z materiałów, których nikt inny nie chciał, a ona mogła mieć spokój ducha i pewność, że żadna część jej ofiar się nie zmarnuje, dobrze było mieć świadomość, że wszystko ma znaczenie, że nic nie jest marnowane, a po tym co tutaj zobaczyła, wiedziała, że mężczyzna będzie w stanie stworzyć coś z niczego, znaczy tego, co dla innych mogło być niczym. Doceniała to, potrzebowała kogoś takiego w swoim życiu.

Obserwowała smoczoognika, który zawinął się w kłębek i zasnął, zupełnie znienacka. Bardzo urocze to było stworzenie i pasowało do jego właściciela. - Co to w ogóle za pytanie, oczywiście, że chcę. - Nie zamierzała nawet udawać, że jest inaczej. Chętnie sprawdzi te wszystkie jego nowinki podczas swoich polowań, świadoma również była tego, że może to być dosyć mocno ryzykowne, ale to tylko bardziej skłaniało ją ku temu. Tak jak Rowle uwielbiała ryzyko. Kolejna oferta, kiedy przekraczała próg tego miejsca nie zakładała, że wszystko zacznie układać się w ten sposób, mógł zauważyć zadowolenie na jej twarzy, cieszyło ją to, że działo się to tak szybko, że udało im się od razu złapać wspólny język. - Mów, jestem ciekawa, mam wrażenie, że przyjmę każdą ofertę, którą mi zaproponujesz. - Może i nie powinna mówić o tym głośno, nie świadczyło to o niej chyba najlepiej, ale nie miała w tej chwili żadnych oporów, owinął ją sobie wokół palca dosyć szybko, nie umiała tego ukryć, może też wcale nie chciała.

Przyglądała mu się uważnie, z zaciekawieniem, czekała, aż podzieli się z nią tym, o czym myślał. - Brzmi nieźle, każdy wygrywa w tej sytuacji. - Jego propozycja miała ręce i nogi i wydawała jej się naprawdę sprawiedliwa, chociaż chwilę temu nie oczekiwała od niego żadnej zapłaty za te lekcje fechtunku. Przytulenie takiego sztyletu jednak było naprawdę wyśmienitym pomysłem. Nie mogłaby nim wzgardzić, chętnie uzupełniłaby swoją kolekcję o takie dzieło sztuki. Lubiła błyskotki, może nieco inne niż cała reszta kobiet, bo broń nie należała raczej do typowych, damskich zainteresowań. On jednak wiedział już w jaki sposób kupić jej zainteresowanie, teraz to na pewno nie będzie w stanie mu odmówić. Jego założenia okazały się słuszne, bardzo łatwo rozgryzł w jaki sposób ją podejść, chociaż właściwie nie było w tym układzie nic, co mogłoby powodować niepokój. - Nie jest to dla mnie zaskoczeniem. - Sprawiało nawet większą frajdę, że stworzy coś dla niej z tego, co upoluje. Razem będą mieli wpływ na to, co stworzy, w końcu materiały również był istotne w procesie tworzenia, to od nich zależała też jakość produktu, a ona zdecydowanie chciała mieć pewność, że będą najlepsze, nikt inny zapewne nie będzie w stanie ich zdobyć. Nie umniejszając ich umiejętnością oczywiście.

Nie wysłuchał jej nawet do końca, bo w pewnej chwili zniknął za ladą. Nie spuszczała z niego wzroku, ciekawa, co zamierza w tej chwili zrobić. Działał, bardzo szybko wziął się do pracy, może faktycznie marzenie o nauce fechtunku było dla niego ważne? Kolejne pytanie. Nie zastanawiała się zbyt długo nad odpowiedzią. - Zazwyczaj wybieram skórzane spodnie i płaszcze, upodobałam sobie te materiały już jako dziecko, zresztą widać to na pierwszy rzut oka, nie rezygnuje z tego na co dzień. To samo buty, muszą być ciężkie, nie mogę pozwolić sobie na to, aby zawiodły mnie w lesie. Mam też kilka kamizelek z całą masą kieszeni, w których mogę ukryć dodatkową broń. Bieliznę pomijam, w sensie pomijam na co dzień, nie znoszę, jak mnie coś uciska i przeszkadza w wykonywaniu najprostszych ruchów. -  Jakby zupełnie nie skrępowało jej to pytanie, zabawne, że zawstydzały ją jego komplementy, a tutaj nie miała najmniejszego problemu z rozmową o swojej bieliźnie, a raczej jej braku.

Po chwili pojawił się obok niej, najwyraźniej miał zamiar już zacząć pracę nad swoim projektem. Gdy poprosił, aby wystawiła swoją dominującą rękę, wyciągnęła w jego stronę tę lewą. Nie wspominała o tym wcześniej, ale była leworęczna, co często było dosyć kłopotliwe. Mało kto myślał o mańkutach, gdy tworzył broń, zazwyczaj wszystkie standardowe, dostępne egzemplarze były dla praworęcznych.

Kiedy przyglądał się jej ręce, mógł zauważyć na niej kilka blizn, które znajdowały się w różnych miejscach, były to pamiątki po starciu z różnymi potworami, gdyby chciała mogłaby się ich pozbyć, tyle, że dla niej te pamiątki to swojego rodzaju trofeum. Przypominały jej o tych najtrudniejszych przeciwnikach, którzy stanęli na jej drodze, z którymi sobie poradziła mimo tych draśnięć. Skórę miała bardzo jasną, ale to nie było w tej chwili istotne. Ręce wyglądały zdecydowanie na silne i pewne.

Nie odzywała się nawet słowem, kiedy mierzył jej ręce z każdej możliwej strony. Wydawał się być w transie, zdecydowanie nie robił tego pierwszy raz, wręcz przeciwnie widać było, że posiada ogromne doświadczenie, pomagała mu przy tym jak mogła i wykonywała wszystkie jego polecenia nie zadając pytań, przynajmniej dopóki nie skończył.

Odezwała się dopiero w momencie, w którym od niej odszedł i zaczął rysować, nim jednak to zrobiła stanęła za nim, aby rzucić okiem na szkic. - Po co to wszystko? - Chciała zaspokoić ciekawość, a zdecydowanie nie wiedziała, co właściwie się działo.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#20
21.03.2024, 01:08  ✶  

Nie pierwszy raz słyszał te słowa. Nie ona pierwsza mówiła, że ceni szczerość. Właściwie - to on pierwszy je wypowiedział, ale egocentrycznie swoich słów nie poddawał wątpliwościom. Wiedział, że nie jest to na wyrost. Wiedział, że pragnie prawdy. Jej też ufał, może naiwnie, ale... dlaczego by się nie zranić, hm? Jeżeli się mylił, to najwyżej na tym ucierpi. On albo Ona. Albo oboje. Coś się wydarzy i coś poczuje. Taki efekt go satysfakcjonował. Niemniej, przekonany był, że do żadnego cierpienia nie dojdzie. Nie potrafił ubrać tego w słowa tak, aby nie zabrzmiało obraźliwie, lecz uważał, że Ger jest zbyt prosta, aby kłamać. I nie było w tym nawet cienia umniejszania jej, a wręcz przeciwnie - ogrom podziwu. Fascynującym była dla niego wizja, że jej umysł zwyczajnie nie zbacza z drogi prawdy, że zawsze kroczy tylko tą ścieżką, którą sam sobie wydeptał. Tą, którą doskonale znał od lat. Wierzył, że naprawdę docenia szczerość, wierzył że będzie nadal tego samego zdania, gdy z ust Esmé wydobędą się słowa, których nijak nie dało się określić jako komplementy. No, ale na to musiała poczekać, bo na razie nie dawała mu najmniejszego powodu, by klimat tej interakcji się zmienił. Rowle też nie uważał, że takie rzeczy mogłyby się wydarzyć między nimi na ich pierwszym spotkaniu.

Zabawnie zabrzmiały jej słowa. Pełne niepewności co do racji kaletnika odnośnie oceniania innych w mgnieniu oka. Tak, jakby było to zaskakujące, że powiedział coś z sensem. I ten sens dopiero wypływał na wierzch, gdy dobrze się zastanowiła. Nie skomentował tego, bo doskonale rozumiał co Ger miała na myśli i wolał pozostawić to tak, jak było. W ciszy. By resztę uzupełniła sobie sama. W końcu była szczera i te słowa, niepewne ale przyznające racje, musiały płynąc z serca. Esmé unikał kształtowania ludzi do swojej wizji, ale nieustannie wyrzucał z siebie swoje własne wartości, które ktoś mógł podnieść, przemyśleć i dopasować do siebie. Teraz, najpewniej, właśnie był świadkiem takiego zabiegu co egoistycznie napawało go zadowoleniem. Arogancko uważał, że ten sposób życia był wygodny i zdrowy. W końcu rolą człowieka nie było bycie poprawnym wobec społeczeństwa, byciem lekiem na wszelkie zło tego świata, bycie altruistą i filantropem. Rolą człowieka było żyć tak długo, aż umrze. Dlaczego sobie to utrudniać?

- Znasz odpowiedź na to pytanie, Ger. - mruknął najpierw, rzucając jej spojrzenie, którego nie dało się inaczej określić, niż "podejrzane". - Jak wiele razy popełniłaś błąd na polowaniu, którego cena była wyznaczona krwią i bólem? Jak wiele razy ten sam błąd powtórzyłaś? - wiedział, że rozumie do czego zmierzał. - Mówi się, że dziecko musi się sparzyć, by nauczyć się, że nie należy bawić się ogniem. Mówi się też, że człowiek uczy się całe życie. - westchnął lekko. - Mam gdzieś powiedzenia, ale należy pamiętać, że wywodzą się one z prostej prawdy. Nic tak nie uczy jak własne doświadczenie i nic tak nie odciska się nam w pamięci, jak ból. - i nie znał osoby, która potrafiłaby zapomnieć cierpienie, jakie przeszła. Ale sam regularnie zapominał o szczęściu, jakiego doświadczył. Człowiek był produktem ewolucji, mechanizmem zaprojektowanym tak, by dostosowywał się do otoczenia. Wewnątrz ludzi tkwiły instynkty, których nie byli w stanie nawet usłyszeć, a i tak każda komenda była posłusznie wykonywana. Czy tego chciałeś, czy nie. Natura kształtowała człowieka, zmuszając go do zmian, do dostosowania się. Opieranie się instynktom było możliwe, gdy mniej lub bardziej świadomie stworzyliśmy osobowość, która im zaprzeczała. Ale to miało swoje konsekwencje. Zupełne tłumienie instynktów wypaczało człowieka, niszczyło go od środka. Byliśmy na nie skazani tak, jak skazane były zwierzęta. Nie było w tym niczego złego. Ból pozwalał zapamiętać i działało to tak tysiące lat temu, jak i teraz. Trujący owoc zjedzony przez pierwszych ludzi, jeżeli nie spowodował śmierci, która na swój sposób była bólem dla innych, to spowodował cierpienie. Uczucie, którego powinno się unikać. Cenna informacja dla naszego mózgu, który miał tylko jedno zadanie - umożliwić przetrwanie. Tak, jak u każdego gatunku.

Na ten moment nie istniały słowa, których Ger mogłaby użyć, żeby wpłynąć na decyzje Esmé. Cenił jej zdanie, ale... na tym się to kończyło. Niemniej, przez chwilę wpatrywał się w nią, jakby rzeczywiście rozważał zgodę tu i teraz. Nic takiego nie nastąpiło. Przynajmniej jeszcze. W tym wszystkim tkwił dodatkowy problem - hipokryzja rzemieślnika w odniesieniu do własnego dzieciństwa. Jednocześnie chciał o nim zapomnieć, co chciał je trzymać na uświęconym piedestale w swym umyśle, jako okres, w którym... był cały. Niezniszczony. A może chodziło o coś zupełnie innego? Może w nim tkwił ten chłopiec, który tęsknił za dzieciństwem, zaś on próbował go w sobie zabić, by nie czuć jak pustą wiedzie egzystencję? Może. To by tłumaczyło kilka rzeczy.

Oh, jak mógł nie próbować jej zawstydzać i nieco igrać z nią, gdy sama się o to prosiła? Postanowił jednak oszczędzić sobie bycie... prostolinijnym i chwycenie za najniżej wiszący owoc. To byłoby zbyt rozczarowujące, nawet dla niego.

- Bardzo nieostrożnie, jak na łowczynię. - odezwał się, zwężając spojrzenie. - Oznaczałoby to, że trochę charyzmy, dobry układ i... mam Cię. - uśmiechnął się delikatnie i zamilkł. Oczywiście sugerował potrzask niczym taki, w jaki mogłaby prowadzić łowcę rzekoma ofiara, by role się odwróciły. Chociaż można było to też zinterpretować nieco inaczej. Tak czy inaczej, ciekaw był jej reakcji, bo był to pierwszy raz, gdy dosłownie... testował jej nerwy. Może i on właśnie dostanie lekcję, której długo nie zapomni. O ile w ogóle.

Z zadowoleniem przyjął do wiadomości, że Geraldine nie miała żadnych obiekcji, ani "ale". Zgodnie z przewidywaniami - zgodziła się, chociaż naprawdę nielogicznym byłoby w tym momencie odmówić. W końcu tak jak powiedziała - wszyscy wygrywają. Rowle był jednak świadom, że to są różnej wielkości wygrane. Zacznijmy od tego, że rzemieślnik uwielbiał oddawać się swej pracy, zatem zapłata była dla niego niczym efekt uboczny całego procederu. Efekt jak najbardziej potrzebny, by mógł wieść spokojne życie. Pieniądze nie miały dla niego tak wielkiego znaczenia i może właśnie dlatego wciąż tkwił "od strony Nokturnu". Teraz jednak otrzymywał coś lepszego niż pieniądze - swoje dawne marzenie i okazję, by w ciekawy sposób spędzić czas. Ten drugi plus brzmiał banalnie na tle pierwszego, lecz paradoksalnie - był znacznie ważniejszy. Trzecim plusem był prosty fakt, że dobrze mu się spędzało czas z Ger. A czwartym, że będzie mógł naprawdę poczuć jej umiejętności. Łatwo byłoby je nie docenić, obserwując je z odległości w starciu z istotą, której siła również pozostawała nieznana. Miał nadzieję, że uda mu się go przekonać, by zaczęli od prostego sparingu, w którym nie będzie miała dla niego litości. Brzmiało może masochistycznie, ale chciał zaznać jej "rzemiosła" w pełnej okazałości. Chciał żeby pokazała jak gigantyczna jest przepaść między nią, a laikiem.

Po swojej pracowni poruszał się niczym cień lub jakaś zjawa. W mgnieniu oka znajdował się za ladą, by zaraz już być obok i coś notować. Słuchał jak odpowiadała na pytanie odnośnie stroju na polowanie, zapisując ubrania w kolejności takiej, jakby znajdowały się na jej ciele - zatem buty na samym dole, a czapka byłaby na samej górze. Jak nakręcony kiwał miarowo głową, wydając się być zupełnie nieobecnym myślami, ale... to było tylko wrażenie. Pisał, pisał, aż nagle... zamarł. Powoli, powolutku podniósł wzrok, spoglądając na nią, szukając w tym żartu, którego zupełnie się od niej nie spodziewał. I słusznie. Ger nie wyglądała, jakby żartowała. Jego usta lekko się rozchyliły, tak samo palce, które dotychczas trzymały ołówek. A teraz już nic, bo ten spadł na ziemię. Drobny odgłos, ale na tyle zaskakujący, że przerwał bardzo niesmaczny odruch ze strony Esmé - omiecenie Geraldine wzrokiem, mając w pamięci, że teraz właśnie nie ma na sobie bielizny. Podążył jednak spojrzeniem za ołówkiem, który podniósł, przymykając przy tym oczy na chwilę i "trzepiąc" głową raz, jakby próbował odsunąć od siebie pewne myśli. Czemu się wzbraniał? Szanował ją i z każdą kolejną chwilą imponowała mu coraz bardziej, zatem czułby się obrzydliwie, mając wobec niej tak... obleśne myśli. Niemniej, zastanawiające było, że wspomniała o nie noszeniu bielizny "na co dzień", gdy jasno zaznaczył, że chodzi mu o strój na polowanie. Zupełnie... jakby chciała, aby to wiedział. Prychnął do siebie lekko, bo nawet jeżeli znali się krótko, to już wiedział, że zdecydowanie nie miała żadnego ukrytego zamiaru. Po prostu powiedziała prawdę taką, jaką jest.

- Odważnie. - mruknął ni to do niej, ni to do siebie. Całe szczęście tematy związane z pracą przeważały nad jego prostackimi instynktami, toteż zaraz zajął się pomiarami i ich zapisywaniem. W trakcie zapytał czy może wziąć "wszystkie" wymiary, czyli te, które niezbędne byłyby przy tworzeniu również innych rzeczy - takich jak elementy garderoby, może z wyjątkiem butów, bo wątpił, że na ten moment pobije przedmiot stworzony ze smoczej skóry. Jak się zgodziła - doskonale, a jeżeli nie - to trudno. Jej strata. Tak czy inaczej, po wszystkim zaczął coś rysować w notatniku, nie robiąc sobie nic z łowczyni, która zaraz za nim stanęła i patrzyła mu przez ramię. A co pojawiało się stopniowo na kartce? Jej dłoń. W mgnieniu oka rozrysował dłoń od strony wewnętrznej, zaznaczając na niej pewne miejsca w kółkach, zaś inne nieco zamalowywał lub pokrywał kreskami, jakby oznaczał pewien "obszar". Wszystko to, żeby stworzyć idealną rękojeść, która leżała w dłoni perfekcyjnie. W końcu każdy rzemieślnik miał swoje ulubione narzędzia i nierzadko były to właśnie te, które miał ze sobą najdłużej, którymi pracował najwięcej. Sporadycznie były lepsze, ale cały sekret tkwił w wygodzie. W tym że w równym tempie kształtowała się dłoń do narzędzia, co narzędzie do dłoni. Każdy miał też swój sposób trzymania, w jednych miejscach mocniej, w drugich nieco słabiej. Niektórzy mocno dociskali kciuk, zaś inni wbijali wręcz mały palec w rękojeść czy trzonek. Odciski były łatwym sposobem, by poznać czyjeś maniery władania czy to bronią, czy narzędziem.
- Na przyszłość. - odparł wymijająco, bo nie chciał na razie niczego zdradzać. Zastanawiał się nad ubieraniem płaszcza na polowanie, chociaż w głowie karcił się za próby bycia mądrzejszym niż najwyższej klasy łowczyni. Całe szczęście był wystarczająco arogancki, by jednak rozważać czy nie lepszym byłaby skórzana kurtka, a nie płaszcz. I czy szerokie rękawy tradycyjnego płaszcza nie są zbyt niewygodne przy wymachiwaniu rękoma. Rękaw kurtki wyglądał znacznie lepiej, gdy na końcu wszywano pasek i klamrę, by zwężać go w razie potrzeby. Kurtka też lepiej przylegała do ciała, była lżejsza i nie ograniczała ruchów w takim stopniu, jak dłuższy od niej płaszcz. To był jednak temat na przemyślenie innym razem.

Zakończył rysować, przejrzał jeszcze wymiary upewniając się, że o niczym nie zapomniał i schował notes znów do tylnej kieszeni spodni, zaś ołówek wsunął za ucho.

- Jaki jest twój ulubiony kolor? - zapytał, obracając się do niej twarzą i odsuwając o krok... by nie musieć zadzierać głowy tak bardzo. Rzucił też spojrzeniem w kierunku lady, upewniając się, że Beksa nie wykorzystał kilku chwil jego nieuwagi. Całe szczęście stworzonko smacznie spało lub doskonale udawało, że śpi. Ciężko było czasem zrozumieć co ta uskrzydlona jaszczurka miała w głowie. Momentami wydawała się niezwykle sprytna, momentami zupełnie niezrozumiała, a przez większość czasu... jakby w jej głowie była pusta przestrzeń, w której lata taka sama mucha, jak te, na które polowała. I odbija się od ścianek raz po raz. - To ostatnia rzecz, którą potrzebuje od Ciebie. - dodał, po czym skrzywił się lekko. - Pomijając oczywiście materiały. Im szybciej je zdobędziesz, tym szybciej wezmę się do roboty. - zakończył i wyciągnął zza ucha ołówek, by po prostu zacząć obracać nim w dłoni, bawiąc się nim. Esmé w dziwny sposób wydawał się nagle mieć lepszy nastrój, jakby sama myśl o pracy sprawiała mu już nie lada przyjemność i poprawiała humor.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (18019), Geraldine Greengrass-Yaxley (16514)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa