Dzień, w którym miała powrócić Aydaya zbliżał się bardzo szybko. Przy tym, co działo się w posiadłości Prewettów Laurent nie chciał mieć z nią styczności. Wolał się z nią rozminąć i nie mieć nawet czasu na "dzień dobry" czy "do widzenia". W zasadzie to chciał wynieść się już wczoraj - nie miał jednak siły. Był wycieńczony - i to skrajnie. Dlatego przyszło mu zebrać się dopiero dzisiejszego wieczoru.
To nie Aydaya była jednak powodem, dla którego chciał uciekać jak najszybciej z tego miejsca. Bo to nie ona tworzyła ciszę tego domu.
Milczenie Edwarda go zabijało. Płakał wieczorami w tych zimnych ścianach tak bardzo łaknąc tego, żeby nie był na niego zły. Żeby to wszystko się po prostu ułożyło, żeby chciał go wysłuchać, żeby mogli porozmawiać normalnie, żeby... było jak kiedyś? A jak było kiedyś? Mniej wyboiście, bo wystarczyło głaskać ojca z włosem? Bo było się skłonnym do większej potulności, a może bardziej go unikało? Bo... kiedyś było łatwiej, bo nie rozsypywał się na miliony kawałków, jak robił to teraz. Chciał pomocy człowieka, który nawet nie chciał mu pomóc. Ile można wylać łez w poszukiwaniu takiej pomocy? Łaknął tego, a przecież wiedział, jakie to było nienormalne, jaki on był nienormalny w tej nieporadności i słabości, jaką okazywał. Już wystarczy. Dość. To nie było coś prostego, ale nie będzie dłużej żebrał o miłość, która się z nim mijała. Chciał tak myśleć, ale wiedział, że to wcale nie będzie takie proste. Miał tą miłość wypaloną na skórze. I było przykro, było słabo, głowa i serce tańczyły w swoim smutku i żałobie walca. To była ponura sceneria po wszystkim, czego doświadczyliśmy wspólnie. W tych zlotach i upadkach. W tym krótkim, uszczypliwym liście i biletach na piękny spektakl. Chciał, żeby ten człowiek był z niego dumny. Chciał, żeby o doceniał. Chciał błyszczeć, lśnić w jego oczach.
Tymczasem szedł przez wielki hol w kierunku drzwi wyjściowych, ciągnąc za sobą walizkę, starając się nie utykać na zdrowiejącą nogę, która została dwa dni temu rozdrapana przez szpony inferiusa. Bo o tym też nie mógł porozmawiać z ojcem, który nie miał dla niego czasu. Nie chciał mieć dla niego czasu. Starał się nie utykać, ale i tak widać było, że oszczędza przenoszenie na nią ciężaru ciała. Nigdy nie był odporny na ból. A ilość tego bólu nagromadzonego w ostatnim czasie go przytłaczała.