- Może powinienem najpierw sprawdzić czy gotowanie was nie zabije zanim o to poproszę w ramach niedzielnego obiadu. - próbował zażartować ale nie wychodziło mu to tak dobrze jak obojgu rodzeństwa.
- Bren, masz przed sobą dwie osoby, które mają rolę "najstarszego brata w rodzinie" i którzy najwyraźniej nie kwapią się do ożenku. Proponuję zatem przejść do badania kuchni zanim zaczną się dywagacje na temat szukania sobie żon i mężów. - zaproponował bardzo nietaktyczną zmianę tematu i skupienie się na tym, po co tu przyszli. Odważnie i lekko poklepał Erika po ramieniu co miało być wyrazem pełnego zrozumienia względem jego posady starego kawalera - też w niej tkwił i nie kwapił się z tego wyrwać. Zagonił ich do kuchni... co było kłamstwem, bo nie zagonił tylko spojrzeniem sugerował sprężenie gestów. Na całe szczęście mogli się na tym skupić. Czasami zamyślał się nad swoim zadaniem i nie zastanawiał się jak to może wyglądać dla osób postronnych. Dociekanie i pytanie go cieszyło, schlebiało mu co dało się zobaczyć na jego profilu. Uśmiechnął się całkiem miło dla oka na pytanie Erika.
- To drobna sonda wykrywająca klątwy. Zbliżyła się do ciebie i zasygnalizowała mi, że znalazła klątwę... - trochę się speszył, musiał odchrząknąć z lekkim zakłopotaniem w oczach - ... likantropii. Mniej więcej taką barwę przyjmuje kiedy zbliża się do kogoś nią zarażonego. Nie tego jednak szukam dlatego zmienię zaklęcie na silniejsze. - gdyby nie wiedział, że Erik na to "choruje" to właśnie teraz, w tej kuchni, o tej pozycji słońca, poznałby tę prawdę. Nabrał trochę powietrza do płuc i przypilnował się w zachowaniu prostej postawy i utrzymaniu rezonu. Nie włączał się w gdybanie dotyczące posiadania drugiej głowy tylko wbił wzrok na wysokość torsu Erika, a dokładniej na barwę która go teraz intensywnie oświecała choć nie dosięgała jego twarzy. Nagle wydarzyły się dwie rzeczy, jedna po drugiej. Drgnął na niespodziewane dźwięki i przelatujący nieopodal nóż ale nawet nie skupiał się na słowach Longbottomów. Poczuł w powietrzu coś jakby rezonującego; nagle jakby zapadła głośna cisza, aż udało się słyszeć własną krew szumiącą w uszach... w ciągu jednej, pojedynczej sekundy światło sondy zmieniło barwę na czarno-ciemnozielono-fioletową i w tym samym momencie kratka piecyka otwarła się z hukiem, a węgiel i drewno znajdujące się wewnątrz zostało "wyplute" przez ogień prosto w kierunku stóp i Erika i Castiela. Odruchowo odskoczył (jednocześnie zrywając czar) choć kilka węgielków się o niego odbiło, przypalając trochę nogawki spodni. Wiedział, że Brenna zjawi się zaraz znikąd więc nie rzucał czarów obronnych. Co więcej, cały czas wydawało mu się, że coś w powietrzu rezonuje. Złapał Erika za łokieć i powiedział do niego wyraźnie i poważnie:
- Wyjdź, szybko. - jakby miało stać się coś jeszcze gorszego niż piecyk plujący rozżarzonym węglem i na wpół zjedzonym przez ogień drewnem. Ruszył zaraz za nim, dając też znać Brennie aby wszyscy troje wynieśli się z kuchni bo widział już dostatecznie dużo. Kiedy znaleźli się poza kuchnią odetchnął nieco głośniej niż powinien. Popatrzył na nich z uniesionymi brwiami.
- Nie mam pojęcia jakim cudem ale masz w sobie coś - nie wiem jeszcze co - ale tak bardzo zepsute, że nie jestem w stanie tego sklasyfikować na podstawie barwy. - otrzepał nogawki z popiołu, a jego oczy błyszczały... z bardzo silnego zainteresowania tym, co w sobie ma Erik. Popatrzył na niego jakby spotkał marzenie - wyzwanie, którego chciał się podjąć. Dosyć sprawnie się otrząsnął, odchrząknął i wyprostował się. Nie chciał wyglądać na obłąkanego bo jeszcze zwątpią w jego poczytalność i pomylą pasję z obłędem.
- Musimy poznać dokładnie co to jest zanim się nasili... - zmarszczył brwi i zerknął na Brennę jakby zastanawiając się czy powinien mówić to, co mogłoby się im nie spodobać. Wystarczyło spojrzenie jednego z nich aby podjął właściwą decyzję. Wrócił spojrzeniem do Erika.
- Masz w sobie likantropię i coś, co może być zepsutą klątwą. Nikt z nas nie chce aby te dwie rzeczy zaczęły ze sobą walczyć. W tobie, Erik. Poznam szczegóły ale muszę przeprowadzić badanie. - od razu na jego twarzy pojawił się pełen wyraz zaangażowania, pewnego rodzaju ekscytacji, pragnienia odkrywania i dowiadywania się.
- Potrzebuję cichego miejsca, najlepiej bez szepczących portretów przodków i skrzatów. Miejsca, gdzie będziesz mógł wygodnie usiąść albo się położyć, Erik. Bren, będziesz mi potrzebna jeśli twój brat się zgodzi żebyś była obok. - wymienił najważniejsze punkty i przywołał do siebie swoją małą walizkę. Był gotów.