• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[Październik 1965] Jęcząca Marta | Effimery & Louvain

[Październik 1965] Jęcząca Marta | Effimery & Louvain
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#1
18.12.2023, 00:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.12.2023, 13:36 przez Louvain Lestrange.)  

Mijał już prawie rok odkąd Anthony dał mu cynk o tej toalecie. No może nie cały, bo z dziesięć miesięcy, ale wciąć nie udało mu się skorzystać z porady kumpla. Gryps mówił, że jest taka łazienka dla dziewcząt na pierwszym piętrze, do której nikt nie chodzi bo nawiedza ją duch jakiejś uczennicy. - Nieźle! Tony... A z kim tam właściwie byłeś? -Aaa z taką jedną, nieważne... Dawaj na bojo! Przekonywująco? Dla Louvaina wystarczyło. Pech jednak chciał, że do końca roku nie udało mu się żadnej koleżaneczki tam zaprosić. Cholera wie czemu, ale z jakiegoś powodu dziewczęta ze Slytherinu z roku na rok coraz mniej odważnie odpowiadały na jego zaloty. A już szczególnie jak gdzieś w pobliżu była Loretta, tak jak wtedy na melanżu w lochach, w dormitorium chłopców. Na triumfalnej imprezie, tuż po zdobyciu pucharu quidditcha, dzięki najlepszemu skrzydłowemu na świecie Atreusowi, miał nieziemską przyjemność poznać uroczą ślizgonke. Tylko jak usiadła mu na kolanach, nie zdążył jej nawet skraść całusa, bidulka skończyła z ciepłym, kremowym piwem wylanym na głowie. Niby zabawne, ale do końca wieczoru żadna już nawet nie chciała napić się z nim ponczu. Co za strata.
Dlatego w tym roku, ostatnim notabene, łapał się już wszystkich okazji jaki się natrafiały. No i kiedy tylko podsłuchał, całkowitym przypadkiem, w pokoju wspólnym Slytherinu jak młoda Macmillanka opowiadała o swojej przyjaciółce, która chciałaby wywołać ducha Marty, ale w sumie trochę się boi, od razu zapaliła mu się lampka. Namierzył gryfonkę i od razu się zaoferował, przechwalając się co to nie on i dawaj maleńka, będzie zabawa.
Do głowy by mu nie przyszło, że naprawdę będzie chciała bawić się w wywoływanie duchów. Jej nazwisko totalnie nic mu nie zasugerowało, po prostu myślał innym schematem. - Huh, świeczki? - wyrzucił nieco zaskoczony, widząc co Effi wystaje z torby. - W sumie też lubię jak jest klimat. - uśmiechnął się zadziornie. Chwycił ją delikatnie za dwa palce u dłoni, nie chcąc być zbyt nachalnym na splątywanie placów, przecież nie znali się tak dobrze. Przyśpieszył nieco kroku i pociągnął ją za sobą, wkraczając do damskiej toalety. Rozejrzał się po wnętrzu łazienki i faktycznie musiała być wyłączona z użytku, bo nie widać było zbyt wielu śladu użytkowania jej. - Niezbyt tu przytulnie, ale jak tajemniczo... - rzucił półszeptem opierając się tyłem o jedną z umywalek. Zupełnie nie uprzedzając wyjął z kieszeni szkolnego mundurka zapalniczkę wraz z papierosem i z posturą totalnego zawadiaki odpalił stając się największym buntownikiem w tym pomieszczeniu. Potem sięgnął po różdżkę i zagrał swój największy leg opener, mianowicie zdjął z siebie czar transmutacji odsłaniając kilka swoich szczeniackich tatuaży na szyi, oraz nadgarstkach. Ściągnął kilka buszków z papierosa, a potem milczącym gestem zaoferował gryfiątku zakosztowanie się w nikotynie.
Wieszczka
Our hearts will share the same shelter, we share a place under the same sun
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Splątana kaskada loków barwy świeżo ściętych łanów zboża okrywa całunem drobne ramiona, umykając końcami nad linią pasa, na ogół wieńczona przez barwne kokardy. Otula miękko dziecięcą, odrobinę pyzatą buzię upstrzoną siateczką piegów, której epicentrum są jasno-błękitne, przenikliwe tęczówki. Usta wykrojone, bladoróżowe, drgają nieustannie w przyjemnym dla oka uśmiechu. Chód ma energiczny i dziarski, głos chrypliwie melodyjny, ubiór klasycznie kobiecy, acz niewyzywający. Złote pantofelki wzbijają w przestrzeń migotliwy kurz, czyniąc ją kobietą wzrostu średniego, jednak o aparycji chuderlawej.

Effimery Trelawney
#2
05.01.2024, 15:08  ✶  

Prawdopodobnie gdyby nie niebo rozmyte miałkim pyłem w odmęty błękitu przeistaczającego się w gęstwinę półmroku; gdyby nie te wszystkie znaki na niebie i na ziemi, kierujące ją ku łazience i gdyby nie każda spośród dziewczęcych komórek nie drgała na myśl o, po pierwsze, wywoływaniu ducha, a po drugie – schadzce niejakiej ze starszym chłopcem. Było to dla niej coś nietypowego; w czternastoletnim duchu, który istniał w okowach kowenu, własnego widzenia aur i wróżenia. Z jakiejś nieznanej podrygom dziewczęcego serca przyczyny, miękła pod jego wzrokiem, tak jak ten nieboskłon miękł pod masywem czerni rozlanej kawy i burzowych chmur, które zapowiadały rychłą ulewę.

Jego palce na jej dłoni.

Coś w niej zadrżało nieprzejednanie, gdy przekraczali próg nawiedzanej łazienki; jakby każdy neuron buntował się przeciwko niej, lgnąc do starszego, nieznanego mężczyzny; a ona, tak labilna emocjonalnie i tak krucha w swoich podbojach miłosnych, choć czytająca ludzi z wprawą, czuła nieznajomą sobie ekscytację. Egzaltowana, zawsze bardziej niż mniej, uśmiechała się przyjemnie i marszczyła brwi zmartwiona niejednokrotnie; speszona, a jednocześnie odważna w swoich kryzach – nie powinna była znaleźć się tutaj, nie z nim, nie w ogóle, nie…

– To do przyzywania duchów, durniu – rzekła kąśliwie, tonem zupełnie niepodobnym do samej siebie; do czternastoletniej siebie, która szybowała gdzieś w podniebnych arkanach, ulotnej i kruchej jak ten wazon, co raz rozbity…

– Przepraszam – odparła prędko, a na jej policzki wstąpił solidny pąs, rozlewając się krwistą barwą po drobnej buzi, czyniąc ją ciepłą i przyjemnie różowawą.

Odchrząknęła, chcąc skierować tory rozmowy w innym kierunku.

– Dlaczego chciałeś tu ze mną przyjść? – spytała badawczo, unosząc wysoko brwi.

Nie wiedziała przecież, czy było w niej coś dojmująco złego. Bardziej miałka i miękka, niż butna i arogancka, zawsze w ryzach społeczeństwa, a jednak przerażająco dziwna z tym swoim obsesyjnym zainteresowaniem duszami, seansami spirytystycznymi, wróżeniem; nie wychylała się często przed szereg, a jednak bywało, iż budziła się w niej zaklęta lwia dusza.

Tak, jakby była tym lwem, nie owieczką.

Nie chciała odstawać, chciała mu zaimponować, chciała być jak te wszystkie panny oscylujące wokół niego jak te sputniki – zagubione i niejasne w zamiarach, ale rozpalone i lgnące do niego niepoprawnie; wzięła więc papierosa, a już po chwili w eterze mógł rozmyć się jej gwałtowny kaszel.

evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#3
05.01.2024, 22:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.01.2024, 02:40 przez Louvain Lestrange.)  

Był święcie przekonany, że hasło duch uczennicy w damskiej toalecie, to tajny slogan na nastoletnie schadzki tylko we dwójkę. No bo kogo tak naprawdę, tylko tak szczerze interesuje rozmawianie z martwą uczennicą sprzed iluś tam lat? No wielkie mi halo, dziewczyna kiedyś żyła, ale już nie. Zresztą co ona takiego mogła im niesamowitego powiedzieć? Pytania do egzaminów, przez które zdążyła przejść, zanim się przekręciła? Co najwyżej, chociaż dla Lou to i tak nie miało większego sensu, no bo on zaraz przecież kończył szkołę. Do tego miał już głęboko w dupie szlifowanie swojej wiedzy z poszczególnych zajęć i tematów, bo dobrze wiedział co będzie robił zaraz po otrzymaniu dyplomu. Nieoficjalne propozycje kontraktów na zawodową grę w quidditch w lidze krajowej spływały już od początku roku. Każdy chciał mieć młodego Lou na wyłączność, od młodych uczennic po selekcjonerów z Wielkiej Brytanii.

Dlatego zmarszczył brwi z lekkim niezrozumieniem i przekręcił głowę kiedy odpowiedziała na co jej te świeczki. Parsknął niekontrolowanym śmiechem kiedy tak wymsknął się jej ten dureń, nie wiedzieć czemu. Bynajmniej czuł się urażony, po prostu taka nie inwazyjna i w brew pozorom bardzo uprzejma obelga, z jej delikatnych jak kremowa, piwna pianka, ust brzmiało bardziej czarująco, niż obraźliwie. I urwał ten śmiech tak szybko, jak się mu on wyrwał, kiedy usłyszał sekundę potem przeprosiny. Słowo tak rzadko goszczące w słowniku Lestrange, że brzmiało ono jakby nieco w innym języku. Jednak wypowiedziane z jej bardziej aksamitnej od jedwabiu twarzyczki, było rozbrajające. Kaszlnął niby to od zaciągniętego dymu, choć tak naprawdę poczuł jakby uścisk gardle wtedy kiedy się zbierało w człowieku przed wzruszeniem. Czy można było powiedzieć przepraszam, bez rozległych obrażeń na dumie? Najwyraźniej tak, skoro Effi potrafiła.

- No ale przecież... to Ty, eee...- zabełkotał wybity z pantałyku. Dopiero teraz dotarło do niego, że ona tak na poważnie z tym wywoływaniem duchów. No fantastycznie, nieźle się wpakował na wieczorny seansik spirytystyczny. Wpatrzony w jej być może odrobinę zagubiony wzrok, który nie był jeszcze gotowy by skrzyżować się z jego spojrzeniem, czerpał satysfakcję wprawiając ją w tak urokliwe i niewinne zmieszanie. Różowawy rumieniec na policzku szybko kontrastował na eterycznej, bladej buzi.

- Ponoć jesteś bardzo silnym medium, tak słyszałem od Twojej koleżanki. Chciałem to zobaczyć. - odrzucił w końcu, stawiając na nienachalne pochlebstwa. To zawsze działało, bo jeśli nie wiedział co powinien właściwego odpowiedzieć kobiecie, bukiet komplementów zawsze się sprawdzał. Niczym uniwersalny język ciała i zmysłów; afirmacja przez adorację. I to nie tak, że wolał zobaczyć jak mięknie od jego półsłówek i czerwieni się zawstydzona. Całkowicie. - Poza tym, widziałem Cię na meczu i... wydajesz się być całkiem urocza. - ciągnął dalej. Kłamstwo wierutne, on to na meczu niewiele widział, poza złotym zniczem, drugim szukającym i agresywnymi tłuczkami. W myślał zaklinał teraz na Matkę, żeby dziewczyna faktycznie chodziło na szkolne rozgrywki, co by nie wyszedł na totalnego ignoranta. Posunięcie typu all in, ale kto nie ryzykuje ten błyszczyka wróżki nie posmakuje, co nie? Ukontentowany swoją zagrywką i tym, że Effi przystała na jego propozycję zaciągnięcia się, uśmiechnął się rozkosznie. I wcale nie był zaskoczony jej reakcją, kiedy zaczęła kaszleć alergicznie. Nie wyglądała na kandydatkę do rebeliantki roku, ale doceniał starania wpasowania się w buntownicze wibracje. Zaśmiał się bezdźwięcznie, poklepując ją lekko po plecach, pomagając odzyskać oddech. Gdyby wiedział, że tak śmiało wejdzie na jego wyzwanie, może i pokusiłby się o zabranie ze sobą odrobinkę wina? Chociaż może to zbyt dużo na taką z pozoru niewinną, puchatą owieczkę. - No to gryfiątku? Od czego zaczniemy ? - dorzucił nagle, nie odpuszczając z frywolnego tonu.


Wieszczka
Our hearts will share the same shelter, we share a place under the same sun
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Splątana kaskada loków barwy świeżo ściętych łanów zboża okrywa całunem drobne ramiona, umykając końcami nad linią pasa, na ogół wieńczona przez barwne kokardy. Otula miękko dziecięcą, odrobinę pyzatą buzię upstrzoną siateczką piegów, której epicentrum są jasno-błękitne, przenikliwe tęczówki. Usta wykrojone, bladoróżowe, drgają nieustannie w przyjemnym dla oka uśmiechu. Chód ma energiczny i dziarski, głos chrypliwie melodyjny, ubiór klasycznie kobiecy, acz niewyzywający. Złote pantofelki wzbijają w przestrzeń migotliwy kurz, czyniąc ją kobietą wzrostu średniego, jednak o aparycji chuderlawej.

Effimery Trelawney
#4
06.01.2024, 15:21  ✶  

Gdzieś pomiędzy jednym wdechem a drugim, na wskroś przechadzając się przez meandry umysłu zaklęte i niewiadome, myśląc wyłącznie o chwili bieżącej – jakby wybieganie w przyszłość miało sparzyć jej opuszki palców; jakby zerkanie w przeszłość czyniło ją wyłącznie owadem. Uśmiechnęła się więc blado, anemicznie nieomal, jakby miała zostać pozbawiona tchu w jego dusznej obecności; więcej, podobał jej się ten stan rzeczy, w którym uniesiona jego spojrzeniem zatracała swoje pierwotne, niezależne zmysły. Może była oczarowana jego prezencją, buntowniczym sznytem zakorzenionym w jego sercu – osobliwie przeciwnie do jej – gotowa była utonąć w jego ramionach; każdym uśmiechem zaklinać jego duszę na nowo, a nietypową niewinnością unisono z krystaliczną czystością serca, nie pasowała do niego.

Pasowała do objętych pąsem policzków; do niewinnych orkiestr wiosennych i do gałęzi magnolii odpiłowanych gdzieś przy skwerze. W opozycji do jego buńczucznej natury, była gadatliwa niekrycie, jednak zachowująca miły fason – zarówno w arkanach charakteru, jak i aparycji chuderlawej nimfy.

Odrzuciła za ramię spętane falą loki, częściowo upięte kokardą z tyłu głowy.

Uśmiech zatańczył ponownie na jej nieprzejednanych wargach, układając się w przyjemny, acz skuty skupieniem grymas. I może gdyby była odrobinę bardziej pewna siebie, butna i charakterna, bardziej jak istota rzeczywista niż splątana marzeniami podniebnymi zjawa, może wówczas zaimponowałaby mu faktycznie.

Bo Louvain, choć starszy, zatrząsnął gwałtownie jej rychłym, małym światem, stał się dominantą pośród dziewczęcych lotnych myśli. Westchnęła więc jedynie, w odpowiedzi na swoje własne niepokojąco śmiałe myśli, z letargu wyciągnąwszy się poprzez jego słowa.

– Nie czaruj mnie. Bujać to my, nie nas – rzekła kąśliwie na jego komplementy.

– Niemniej, tak, jestem medium – odparła łagodnie, ogniskując spojrzenie głębin błękitnej toni w jego osobie. Biegła percepcyjnie, niemniej dobra w czytaniu ludzi i ich wnętrz, aur i niejedynie, potrafiła wyłapać kłamstwo bądź komplement mający swój cel nie tak czysty, jak z pozornych kryz.

Pewnie dlatego podeszła sceptycznie do jego barwnych słów.

– Musimy rozstawić świeczki i… – zaczęła w skupieniu, jej słowa jednak zostały gwałtownie przerwane.

– O proszę, proszę! Czy to nie brat Loretty? Gdybyś ją widział w jego ramionach… ha! – zabrzmiała wysokim, piskliwym głosem zjawa, wznosząc się nad ich głowami.

evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#5
06.01.2024, 21:59  ✶  

- Czyli nie dość, że urocza, to jeszcze bystra. - zasyczał ze śmiechu jak nastroszony kot. Oh nie, został przejrzany. I co teraz? No oczywiście, że obracanie sytuacji w dowcip. Zaciągnął się papierosem, głęboko i na całą objętość płuc. Do tego wypuścił trochę dymu ustami, by w łobuziarskim stylu wciągnąć odrobinę nosem, tworząc złudzenie zamkniętego obiegu dymu. Na koniec otworzył usta i wygiął je w okrąg, by zaraz potem delikatnie stukać się w nasadę szczęki, by z każdym stuknięciem małe, szare i dymiące kółeczka dryfowały w przestrzeni w kierunku Effi. Z jednym przynajmniej nie kłamał, rzeczywiście była tak niewinne i uroczo śliczna, że był nawet w stanie zapomnieć o jej wszystkich wadach fabrycznych, wszystkim tym co przy zdrowym rozsądku przekreślało ją nawet do miana bliższej znajomej. Mieszana krew z zdecydowanie niższego stanu, niepoprawnie spokojna i zbyt łagodna w usposobieniu. Ten Gryffindor był jeszcze do przebaczenia, bo chociaż dom najmniej szanowany przez Lestrange, to przynajmniej zabójczo szczerze oddawał jej wnętrze i aurę którą roztaczała. Nie miał takich zdolności jak ona, ale intuicja mu podpowiadał, że miała uzdrowicielską naturę. Chociaż ledwo się znali, a ona zdążyła go już raz obrazić, chociaż prawie uronił łzę wzruszenia przy tym, wytknęła mu bajeranctwo to czuł się podniesiony na duchu. No i przede wszystkim dobrze się bawił tym drobnym przekomarzaniem.

- Uwielbiam skrajności i nieposkromione żywioły. - odparł szybko na jej krótką wrzutkę potwierdzającą, iż jest medium. Nie do końca może rozumiał jak działają takie zdolności, ale w swoim wyobrażeniu widział jak Effi oddaje kontrolę nad sobą o wiele wyższym i silniejszym mocom. Czy brak kontroli, a dokładniej jej utrata była czymś podniecającym? Tak i to cholernie. Powoli uzależniony od adrenaliny Louvain był ciekaw jak ta fantazja miała się do rzeczywistości, ale obcowanie z duchami wydawało się być prawdziwym żywiołem.

Wzdrygnął się okropnie kiedy blada zjawa pojawiła się jego oczom. - Precz paskudo! - zawołał instynktownie i rzucił w jej kierunku odpalony papieros, a ten jedynie przeleciał przez półprzeźroczystą, unoszącą się w powietrzy sylwetkę dziewczyny. Zsunął się z umywalki o którą się wcześniej opierał, wyszedł do przodu kilka kroków, chowając Effi za swoim ramieniem, jakby cholera wie co miało się zaraz stać. Chyba był po prostu zbyt mało oczytany, by wiedzieć, że gdyby coś im miało zagrażać do duch i tak by już im coś zrobił, oprócz głupich gadek, ale instynkty działały szybciej, niż rozum w jego przypadku. Nie wiedział jaki miał plan, ale jakby trzeba było to biłby się ze zjawą na pięści. - Co?! Skąd ją znasz?! Gadaj brzydalko! - odwarknął, kiedy do jego rozumu w końcu dotarło co powiedziała. Jak to było, że jakaś okularnica rozpoznawała go jako brata Loretty i skąd ona w ogóle wiedziała o niej? Co jest grane?

Wieszczka
Our hearts will share the same shelter, we share a place under the same sun
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Splątana kaskada loków barwy świeżo ściętych łanów zboża okrywa całunem drobne ramiona, umykając końcami nad linią pasa, na ogół wieńczona przez barwne kokardy. Otula miękko dziecięcą, odrobinę pyzatą buzię upstrzoną siateczką piegów, której epicentrum są jasno-błękitne, przenikliwe tęczówki. Usta wykrojone, bladoróżowe, drgają nieustannie w przyjemnym dla oka uśmiechu. Chód ma energiczny i dziarski, głos chrypliwie melodyjny, ubiór klasycznie kobiecy, acz niewyzywający. Złote pantofelki wzbijają w przestrzeń migotliwy kurz, czyniąc ją kobietą wzrostu średniego, jednak o aparycji chuderlawej.

Effimery Trelawney
#6
06.01.2024, 22:48  ✶  

Rozmiękłe czeluści przemknęły przez jej oblicze, pozostawiając po sobie ślad różanego pąsu, spowijającego pokryte pajęczynką piegów policzki i czubek nosa, rozchylając wargi delikatnie, tak jakby musiała zaczerpnąć sowitego haustu powietrza. Zamrugała kilkukrotnie, wprawiając jasne, niewydatne rzęsy w subtelny trzepot, jakby chciała strząsnąć z nich konstelacje płatków śnieżnych; październikowa pogoda zadęła solidnym wiatrem chybocząc delikatnie drewnianymi, starymi oprawami okiennic, buszując w eterze nieprzejednanie. Uśmiech roznegliżował się na jej obliczu, skłaniając zewnętrzne kąciki oczu ku subtelnym zmarszczkom, a w policzkach uwydatniając płytkie dołeczki. Dziewczęce serce szybciej zatrzepotało, a ona sama – niepokorna własnym emocjom – starała się je utrzymać na wodzy; nie było to takie proste – nie, gdy był obok niej, bliski i daleki zarazem.

Śliczna w swej prostocie, jej cały urok zawierał się w splątanych kaskadach loków, opadających miękkością na ramiona, burzliwych, błękitnych tęczówkach, siateczce piegów rysujących się w konstelacje na policzkach i drobnym nosie oraz chuderlawej posturze, jeszcze niedorosłej dziewczyny, a nie dziecka zarazem. Jej serce trzepotało niepokornie, gdy przenosiła na niego wzrok, unosząc brwi w niebanalnym geście dziecięcej ciekawości.

Bo czymże była w tym momencie, jeśli nie dzieckiem zapatrzonym przez szybę cukierni?

Ja za to uwielbiam, gdy na mnie patrzysz – zdawało się wołać jej wnętrze krzykliwie, tak jakby chciała te słowa wyartykułować unisono, a jednocześnie zatrzymać na zawsze w szkatułce sekretów, aberracji i wspomnień. Zamiast tego, przełknęła ciężej ślinę, ogniskując iskry wzroku w jego sylwetce; na jego wargach, spomiędzy których wybijał się dym nikotyny i rozpusty, drażniącego zapachu wzierającego do nozdrzy.

– Och proszę, nie musieliśmy jej nawet przyzywać – rzekła jedynie.

Wszystko było migotliwe jak w kalejdoskopie; jakby chwile te, przetykane gestami i słowami, miały wybrzmieć na licu wszechświata, składając na nim przeklęte pocałunki. Ona z kolei, o pocałunkach myślała coraz więcej, acz w ilości typowej dla dorastającego dziewczęcia.

Niepoprawne emocje i miałkie marzenia.

Gdy wyszedł przed nią, osłaniając ją ramieniem przed zjawą, niewiele myślała. Wbijała przez moment pustawy wzrok w jego sylwetkę, która od tyłu wydawała się być niebywale postawniejsza od jej kruchego niczym babie lato jestestwa. Po chwili jednak, objęła go w pasie i policzkiem przytuliła się do jego pleców.

– Spokojnie – rzekła, dociskając silniej policzek. – Naprawdę, spokojnie – artykułowała ponownie, palce zaciskając na materiale jego koszuli.

Nagły paroksyzm bliskości zakłócił chichot Marty.

– Ha! Gdybyś wiedział, co wyprawiała z tym… – zaczęła, a gdy przez jej na wpół wyraźną, szybującą pod sufitem istotę przeleciał niedopałek papierosa, zajęła się szlochem – Ach tak? Tak mnie traktujecie? Biedną zjawę? – zawyła, chowając się w jednej spośród kabin toaletowych.

evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#7
07.01.2024, 13:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.01.2024, 13:17 przez Louvain Lestrange.)  

Oh jak on nienawidził duchów. Właśnie utwierdził się tym przekonaniu po tysiąckroć. Latała taka bździągwa, niematerialna i nienamacalna, mogła gadać co tylko ślina na język jej przyniosła i nie ponosiła żadnych konsekwencji. Bo jak tu taką ukarać za pieprzenie takich bezeceństw? Co z tego, że już nie żyła, że to co najgorsze w życiu człowieka może spotkać dopadło i ją? To totalnie nie miało teraz znaczenia dla Lou, kiedy tak o, z czystej złośliwości, paplała jakieś głupoty na temat jego kochanej siostrzyczki. W normalnych okolicznościach odpalała mu się reverse zdolność rodowa Longbottom i zmuszony był stoczyć kompletnie niehonorowy pojedynek do odszczekania swoich słów oponenta. Ten jeden błędny rycerzyk w całym Hogwarcie, który był gotów machać szabelką na wszystkie strony, byle nie pozwolić na drwiny z bliźniaczki. A im byli starsi tym bardziej go to wkurwiało. W końcu najmroczniejsza wywłoka w całej szkole, z każdym kolejnym rokiem, tylko dorzucała kolejnych argumentów do tej gorzkiej zupy "największego kurwiska", a Louvain Chichot musiał wypić tę zupę i to bez najdrobniejszego grymasu, by nie dawać wszystkim szczekaczkom nawet cienia szansy do prowokacji go. Biedaczysko, jeszcze minie dekada tej nie równej walki z wiatrakami.

- No! Dokończ wywłoko, to napluje ci w te brudne kłaki! - dorzucił rozsierdzony, aż zaczął się cały trząść. To zdecydowanie był jego najczulszy punkt. Drwiny z niego samego jeszcze mógł dźwignąć, albo chociaż odpowiedzieć pięknym za nadobne odpowiednią wiązanką. Zresztą nikt nie powiedziałby o nim czegoś negatywnego do czego sam by się nie przyznał z uśmiechem na twarzy. Tak był niezłym dupkiem. Oczywiście, że traktował wszystkich poza swoimi kumplami z wyższością i pogardą. Znęcanie się i prześladowanie słabszych, lub młodszych? Stały element w jego raiderze.

Ta złość jednak wyparowała jakby ktoś rzucił na niego zaklęcie. I chociaż żadna różdżka nie została w niego wycelowana, to słowa Effi były niczym inkantacja wieczystego spokoju. Powiedzieć, że się tego nie spodziewał to za mało. Zesztywniał na moment, kompletnie wybity z rytmu. Zwykle kiedy ktoś próbował go uspokoić to podpalał go jeszcze bardziej, ale teraz? Cała jego aura żądna przemocy i krwi dosłownie wyparowała. Poczuł uścisk na swojej talii i spojrzał w dół, by dostrzec jak drobne dłonie oplatają się wokół niego. Nie przypuszczał, że tak drobne gesty są w stanie nim poruszyć do tego stopnia. Stał tak kilka sekund, zaskoczony nagłym obrotem spraw. Skąd w tym rumianym loczku pojawiło się nagle tyle odwagi, by dotknąć go? Żeby tylko dotknąć, ona go przytuliła! I chociaż próbował z całych sił, utrzymać pokerową twarz, to rozpływający się uśmiech rozkoszy wymalował jego lico. Obrócił się wewnątrz jej objęcia, by znaleźć się frontem do niej. - Ja, em... Jestem spokojny... - odparł w końcu. Spoglądając nieco góry na wtuloną w jego koszulę blond główkę gryfiątka, miał przez moment odwzajemnić ten gest, jednak świadomść mu na to nie pozwoliła. On nie z tych którzy tak szybko i tak łatwo się rozczulają.

- To tylko wyuczona agresja. Czasem lepiej zaatakować pierwszym, zanim ktokolwiek o tym pomyśli wcześniej. - wyjaśnił obniżając ton swojego głosu równomiernie. Mówiąc to spokojnym ruchem dłoni, przeniósł jej paluszki z zamkniętego na nim uścisku i położył jej ręce na twojej twarzy. Dobrze zrozumiał, że nareszcie rybka połknęła haczyk, dlatego nie zamierzał teraz w żadnym wypadku oddawać pola. Przesunął się w przód, zmuszając jej postać do lekkiego poddania się mu, by w końcu, po kilku krokach dziewczyna przywarła plecami do ściany łazienki. Jedną z jej rączek przesunął po swojej szyi, przeciągając w dół i przycisnął swoją dłonią jej dłoń do swojego torsu. Być może na krótką chwilę przesunął nosem po jej włosach, by do jego nozdrzy uderzyła woń jej zapachu, jej perfum. Odpuścił w końcu, by spojrzeć gniewnie jeszcze raz w kierunku w którym uciekł duch dziewczyny. - Nienawidzę kiedy tak o niej mówią... Zawsze boli najbardziej. - rzucił niby w eter, ale mówił jednak w kierunku dziewczyny. Zdecydowanie nie było w jego zwyczaju przyznawanie się do takich słabości, ale pod trupio bladą skórą wyczuł, że Effi nie ma złych intencji. W końcu idealnie go wyczuła, więc nic dziwnego że go w krótkiej chwili zaprogramowała do otworzenia się. Zmarszczył brwi i osuwając się plecami po ścianie, niczym prawdziwy emo nastolatek, przyklęknął jakby nieco zrezygnowany. Odpalił kolejnego papierosa, którego teraz potrzebował na ostudzenie nerwów, a nie na pokazówę przed małolatą.


Wieszczka
Our hearts will share the same shelter, we share a place under the same sun
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Splątana kaskada loków barwy świeżo ściętych łanów zboża okrywa całunem drobne ramiona, umykając końcami nad linią pasa, na ogół wieńczona przez barwne kokardy. Otula miękko dziecięcą, odrobinę pyzatą buzię upstrzoną siateczką piegów, której epicentrum są jasno-błękitne, przenikliwe tęczówki. Usta wykrojone, bladoróżowe, drgają nieustannie w przyjemnym dla oka uśmiechu. Chód ma energiczny i dziarski, głos chrypliwie melodyjny, ubiór klasycznie kobiecy, acz niewyzywający. Złote pantofelki wzbijają w przestrzeń migotliwy kurz, czyniąc ją kobietą wzrostu średniego, jednak o aparycji chuderlawej.

Effimery Trelawney
#8
07.01.2024, 13:40  ✶  

Nie było miejsca na ckliwość i wszelakiego rodzaju uniesienia; jej działania, zaprogramowane nieomal w sylwetkę kruchej nimfy, jeszcze niedojrzałej i nastoletniej, stanowiły wieczyście o tym, co igrało w jej duszy i na dnie krystalicznego serca. Uśmiech ustąpił tronu powadze konsternacji, z której prędko wymknął się ekstatyczny grymas – niebywale urokliwy i filuterny w swoim miałkim wyrazie. Nie nawykła do kokieterii; do zamykania mężczyzn w szklanych szkatułkach oraz do stanowienia odwiecznej femme fatale zaklętej w posturze lolity. Zamiast tego, drgnęło w niej coś atawistycznego, a oddech przyspieszył odrobinę swego tempa, gdy wznosiła okraszone welonem jasnych rzęs, błękitne oczy – trzepocząc przez moment z intensywnością, która mogłaby pozbyć się okruchów śniegu z ich woalki.

Uśmiech kwitł jednak na wargach bezpardonowo, jakby miał ocalić cały wszechświat od współczesnego dandyzmu, a jednocześnie jakby mógł kruszyć serca poczerniałe i jednakowo zepsute. Louvain był taką marą, zrodzoną z koncepcji i brudów duszy, rzeczywistą w swej nierzeczywistej okazałości. Nie umiała go rozgryźć i choć jego duszna aura docierała do niej ze zdwojoną siłą – Lestrange nie był łatwy do określenia i zamknięcia w jednej szufladzie. Możliwe, że to to ją tak nęciło w jego osobie – stłamszone tumany bytowania nieoczywistego.

– Teraz już nic nie powiem! – zawodziła Marta, przerywając wartki strumień myśli, który swój akwen otworzył w umyśle Effie.

I dopiero, gdy przyparł ją do ściany, dłonie układając na swoich policzkach, aby zsunąć je po chwili na tors, jej oddech przyspieszył gwałtownie. Sunęła smukłymi palcami po jego sylwetce – zupełnie niepodobna do samej siebie! – aby po chwili wpleść je w odmęty czerni jego włosów.

Na dnie serca coś zatrzepało gwałtownie; może jakiś spętany obietnicą motyl?

Przekrzywiła głowę nieznacznie, mrużąc oczy delikatnie, jakby chciała dojrzeć przez cielesną powłokę jego duszę saute – nieznane meandry umysłu jednak, tak niewinnego i niesplugawionego przez solidny masyw rzeczywistości, wędrowały ku podniebnym arkanom, wyciskając z płuc ostatnie westchnięcie. Puentą był jego nos, sunący nieznacznie po jej szyi – rozmiękła momentalnie.

Zacisnęła dłonie na jego ramionach, zupełnie jakby broniła się przed utratą równowagi.

– Musi… – zaczęła, biorąc głęboki wdech. – Musi mieć szczęście, posiadając takiego brata – dokończyła, słowa podsumowując nieznacznym westchnięciem.

Wspięła się na palce, będąc wciąż odrobinę niższą, jednak zamykając dystans między ich sylwetkami. I pewne nieprzebrnięte przestworza intymności zostały złamane sowicie, gdy uśmiech rozpłynął się na jej wargach, a dłonie oparły się na jego barkach.

Wdech i wydech.

I nagle ta obumarła na licu wszechświata obietnica, którą mógłby zdjąć z jej warg wyłącznie pocałunkiem żarliwym i niebezpiecznym. Nagle poczuła się rozmiękła jak ten biszkopt i choć chciała więcej – naturalna przyzwoitość nie pozwalała jej na podjęcie żadnego kroku.

evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#9
29.01.2024, 16:08  ✶  

To ponad zmysłowa relacja, zdecydowanie wykraczająca poza empiryzm. Ciężko było opisać prostymi słowami co było między nim, a Lorettą. Warto zaznaczyć, że absolutnie nie to co mawiali złośliwi, aż do tego stopnia że chyba nawet oboje byli znudzeni ciągłym rozmywaniu tych obleśnych plotek. Kto miał rozum ten wiedział, a cała reszta mogła pozazdrościć im tego co mieli. Czy nie jest to wspaniałe mieć w życiu taki filar, nie do ukruszenia, nie do zachwiania, wokół którego można było budować bezgraniczne zaufanie? Bo właśnie taka wrażliwość działała pomiędzy nimi. Dlatego pragnął bronić jej imienia z każdą kroplą krwi, zamieniając się w białorycerzyka bez krzty zażenowania swoją ckliwością. Pamiętał jak papa Lestrange powtarzał mu, że jest odpowiedzialny za honor ich obojga w tym samym czasie. Wtedy brzmiało to dumnie i dostojnie, ale z każdym rokiem był coraz bardziej zmęczony tym brzemieniem.

Byli już dojrzałymi nastolatkami z nowymi upodobnieniami, a te stawiały przed Lou nowe wyzwania. To już nie moment w którym trzeba było rozprawić się z małymi kurewkami, bo ktoś rzucił w Lorettę kamieniem, czy przepchnął ją na schodach. Komentarze na temat jej kobiecej godności, przypisywanie rozwiązłości i dużo innych obślizgłych świństw z którymi nie potrafił sobie poradzić inaczej, niż gniewną agresją. Uderzyć pierwszy, zanim w ogóle pomyślą o następnym kroku. I to nie tak, że siostra potrzebowała bodyguarda do rozwiązywania konfliktów. Loretta przecież potrafiła być o wiele bardziej nikczemna i brutalna. To ona z ich dwójki była zdolna do zadawania niewybaczalnych tortur swoją różdżką, kiedy te same inkantacje wybrzmiewały wyłącznie pustym echem. To tylko powierzchowne oceny dla niewtajemniczonych. Może i Louvain mógł uchodzić za bardziej butnego i zadziornego, to on był znany z udręczania szlam, mieszańców, gryfonów i każdego kto nie wpisywał się w rasistowską retorykę. Jednak to ta z pozoru chłodna, ale powściągliwa, okrutna lecz stonowana, do czasu, bliźniaczka Lestrange, kryła w sobie więcej spaczenia, niż świat mógł myśleć.

- Bardziej to ja mam pecha, że muszę sprzątać te brudy po niej... - odrzucił, nie zastanawiając się zbyt mocno nad tym co chciał powiedzieć. Dopiero po chwili złapał się w myślach na tym, że być może po raz pierwszy zwrócił się do kogoś obcego, o niej, w sposób nie jednoznacznie pochlebny. Zasada była jasna, o Lorettcie pozytywnie albo wcale. Najwidoczniej poczuł się przy małym gryfku na tyle bezpiecznie ze swoim bagażem emocjonalnym, że naturalny filtr przestał działać. Ale cóż, tak właśnie się czuł w tym momencie. Jak więzień własnego i jej sumienia.

Odstąpił od tej rozgoryczonej i zrezygnowanej postawy w jednej chwili, kilkanaście sekund z własnymi słabościami to i tak jego personalny rekord. I to jeszcze w obecności tego okruszka. Miał dużo szczęścia, że najwidoczniej nie odnajdywała się zbyt szczególnie w szkolnych perypetiach i nastoletnich niuansach, bo z takimi nowinkami jakie miały tu miejsce, mogła nieźle nadszarpnąć opinią obojga z rodzeństwa. Maleństwo niczego nieświadome, jak parszywy i zepsuty był świat tych popularnych dzieciaków. Może właśnie to sprawiło, że był w stanie wyciągnąć jej drobną osobę z tych wszystkich quasi bigoteryjnych przeszkód, którymi była w jego oczach obciążona. W tym momencie zapomniał jak bardzo powinien nią wzgardzać, a delektował się tą oazą spokoju, którą wokół siebie roztaczała.

Podniósł się na równe nogi i ponownie wycelował w nią swoje zadziorne spojrzenie. Tak jak kilka chwil temu, znów skrócić niebezpiecznie dystans, zaciągając się ostentacyjnie raz po raz papierosem. Odstawił go w końcu gdzieś na bok, pozwalając by sam dopalił się na brzegu umywalki. - Nie możesz nikomu o tym powiedzieć, jasne? - uśmiechnął się prowokacyjnie, przeciągając spojrzeniem po jej drżącej sylwetce. Na myśli miał oczywiście to co powiedział chwilę temu, no i to czym była jego pięta achillesowa. Jeszcze raz swoją postawą zmusił ją do przywarcia do ściany, a jedną z dłoni oparł na tej samej ścianie, tuż obok jej głowy, w pewien sposób blokując jej drogę do wyjścia z łazienki. Być może chciał by czuła się odrobinę osaczona, bo kontrola sytuacji sprawiała mu sporo radości. W końcu bez uprzedzenia, pocałował ją. Nie chciał być zbyt nachalny, domyślając się że prawdopodobnie jako pierwszy chłopiec naruszył granicę jej intymności w tym wymiarze. Była zbyt urocza i niewinna, by pozwolić jej odejść tak bez nawet drobnego całusa. - O tym też nikt nie może się dowiedzieć. - odezwał się, przerywając chwilową ciszę. Zaśmiał się bezdźwięcznie, jakby przedłożył jej na dłonie wielką tajemnicę. Nie przywykł do wymieniania się drobnymi uprzejmościami jak proszę, czy przepraszam, jednak w tym pocałunku było coś z wdzięczności z jego strony. Wdzięczności za to, że swoją aurą pozwoliła mu się na moment otworzyć z uczuć i myśli, do których nie przyznawał się nawet przed lustrem. 


Wieszczka
Our hearts will share the same shelter, we share a place under the same sun
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Splątana kaskada loków barwy świeżo ściętych łanów zboża okrywa całunem drobne ramiona, umykając końcami nad linią pasa, na ogół wieńczona przez barwne kokardy. Otula miękko dziecięcą, odrobinę pyzatą buzię upstrzoną siateczką piegów, której epicentrum są jasno-błękitne, przenikliwe tęczówki. Usta wykrojone, bladoróżowe, drgają nieustannie w przyjemnym dla oka uśmiechu. Chód ma energiczny i dziarski, głos chrypliwie melodyjny, ubiór klasycznie kobiecy, acz niewyzywający. Złote pantofelki wzbijają w przestrzeń migotliwy kurz, czyniąc ją kobietą wzrostu średniego, jednak o aparycji chuderlawej.

Effimery Trelawney
#10
18.02.2024, 12:22  ✶  

Było w niej coś, co stanowiło żywe świadectwo kruchości; jej trzepot jasnych rzęs, powolne osuwanie membrany powiek, wyginanie ust w przyjemny dla oka, acz czysty i dziewczęcy sposób – zupełnie, jakby była jeszcze nieskalana, nie dotknięta do żywego butnością świata. Leśna nimfa, o lokach spętanych, opadających nieskładnie na ramiona, buzi alabastrowej, ustach różanych i wielkich, zionących falami błękitu oczach. Nie była jeszcze splugawiona, nie znała słodkiego smaku grzechu i goryczy jego następstwa – zamiast tego, lawirowała między tymi przeklętymi seansami spirytystycznymi w odmętach łazienek, bo duchów bała się mniej, niż ludzi. Alastor zawsze jej powtarzał, że powinna uważać; że niejedni będą chcieli wykorzystać czystość i prostotę jej duszy.

Była w końcu niebagatelnie sobą; nie znała jeszcze smaku ułudy i fałszu, tych wszystkich zawiłych gier, w które ubierali się bogacze i ci cool kids. Nie potrzebowała tego, nie chciała wiedzieć, jak pachnie kłamstwo i jaki smak nosi na sobie brutalność i bezwzględność. Wciąż krucha i dziewczęca, nie potrafiła stanąć twardo na ziemi, balansując gdzieś ponad arkanami chmur, chodząc po cienkiej lince, która chroniła ją od zatracenia.

Bo jak na czternastolatkę, Effimery miała w sobie sporą dozę autorefleksji. Zbyt chora i znudzona samotnością, szukała towarzystwa tam, gdzie nie powinna. Możliwe, że właśnie jego ramiona były tym, czego dotykać nie powinna; jednocześnie pachniał tak słodko…

Przywarta do ściany, wzięła głęboki wdech.

Nie była gotowa na swój pierwszy pocałunek; nie potrafiła sobie go nawet wyobrazić, nie spodziewała się jednak, że zajdzie tak szybko i z tak specjalną osobą. Wiedziała przecież, że dziewczęta z jej dormitorium wzdychają do Lestrange’a, do jego butności, arogancji i absolutnej pewności siebie. Sam fakt, iż to on miał złożyć na jej ustach wieczystą obietnicę – zapamięta wszak ten moment na rozciągłość tych przebiśniegów wychylających się ponad masyw śniegu w przedwiośniu.

Pachniał papierosami, wodą kolońską i zakazanym.

Zarzuciła mu ramiona na barki, tak jakby wiedziała, co robi. W istocie rzeczy, smak jego ust przerósł ją wielokroć – nogi zadrżały, gdy docisnął wargi do jej. Smakował słodko i niebezpiecznie, a im bliżej do niego przywierała, tym więcej niepoprawnych myśli rozlewało się we wnętrzu.

– Są dziewczyny, które byłyby gotowe zabić za twój pocałunek. Czemu, na boga, czemu – powtórzyła wielokrotnie, nie będąc w stanie wyartykułować sensownego zdania.

Dopiero gdy odsunął się, oparła dłoń na jednej z umywalek, biorąc głęboki wdech. Na poziomie świadomości, wciąż nie docierało do niej, co właśnie zaszło – wiedziała jednak, że w umyśle nieskalanym ta sytuacja odbije się sowitym piętnem.

Coś ją załaskotało w brzuchu.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Effimery Trelawney (1968), Louvain Lestrange (3286)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa