• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 12 13 14 15 16 Dalej »
[20.11.1970, Ulica Pokątna] Pierwsze ataki Śmierciożerców

[20.11.1970, Ulica Pokątna] Pierwsze ataki Śmierciożerców
Herald of Darkness
It seems that all that was good has died
And is decaying in me
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Chester to mierzący 178 cm wzrostu, postawny mężczyzna, ważący 76 kg. Ma brązowe, poprzetykane pierwszymi siwymi pasmami włosy i niebieskie oczy. Brąz noszonej przez niego krótkiej brody został przerzedzony przez lekką siwiznę. Przez większość czasu nosi mundur Aurora, natomiast poza pracą ubiera się elegancko, w garnitury. Często widywany jest z papierosem. Pierwsze wrażenie... jest służbistą, twardym gnojem, za którym nie przepada niemałe grono osób z dep. przestrzegania prawa. Nie można mu jednak odmówić doświadczenia zawodowego.

Chester Rookwood
#1
01.11.2022, 23:02  ✶  

20.11.1970
Sklep miotlarski na Ulicy Pokątnej, magiczny Londyn
Chester, Theon, Deborah + Heather i Octavia



Rookwood wyczekiwał nadejścia tego dnia od bardzo dawna. Zgodnie z wolą Czarnego Pana zmienią oblicze świata, otwarcie sprzeciwiając się dotychczasowej formie koegzystowania z podludźmi – mugolami i szlamami, błędnie postrzeganych jak kogoś równego czystokrwistym czarodziejom. Wszystkim Śmierciożercom przyświecała idea stworzenia czystego świata. Jako wierny sługa Tego, Którego Imienia Zaczną Bać Się Wymawiać, jego Prawa Ręka pozostawał odpowiedzialny za realizację zamierzeń Lorda Voldemorta oraz planowanie kolejnych działań organizacji, która z czasem miała urosnąć w siłę. Przygotowanie odpowiednich planów wymagało czasu. Którego nie miał wystarczająco dużo, aby skrupulatnie zaplanować wielki plan. Dołożył jednak wszelkich starań, aby przedstawione przez niego plany na realizację tego przedsięwzięcia spotkały się aprobatą ze strony Czarnego Pana. Świadom tego, że wszelkie niepowodzenie spotkają się z gniewem tego czarnoksiężnika, który z kolei skoncentruje się na jego osobie. Zdałby się na jego łaskę. Nie ze strachu przed Jego gniewem. Gdyby zawiódł to wymierzona mu kara byłaby słuszna i przyjąłby ją z pokorą.
Pełnienie zaszczytnej funkcji Prawicy Lorda Voldemorta pozwoliło mu na wyłonienie z jego oddanych popleczników tych kilku, których obowiązkiem było odpowiedzenie na wezwanie w postaci górującego ponad ulicami magicznego Londynu Mrocznego Znaku. Mieli za zadanie zgromadzić się na Ulicy Pokątnej, przemaszerować przez nią po to, by podczas tego pochodu dokonać serii ataków na budynki, w których mieściły się lokale prowadzone przez mugolaków, te obsługujące szlamy i każdego, na kogo padnie choć cień podejrzeń o sympatyzowanie z tymi pierwszymi.
Chester stał w cieniu jednego z budynków stojącego na jednej zwykle z najbardziej zatłoczonych arterii magicznego Londynu. Przynajmniej w dzień. Pod wieczór Ulica Pokątna zaczynała się nieśpiesznie wyludniać, choć niektóre sklepy nadal pozostawały otwarte. Dostrzegał w polu widzenia nielicznych przechodniów. Swoją prawdziwą tożsamość, twarz doświadczonego i szanowanego Aurora ukrywał pod kunsztownie wykonaną, bogato zdobioną maską oraz pod narzuconym na głowę kapturem czarnej szaty. W prawej dłoni dzierżył swoją różdżkę, którą niebawem dokona wielu chwalebnych czynów. Takich, które naprawdę zmienią oblicze świata czarodziejów i zagwarantują im wszystkim lepszą przyszłość. Spełnienie wizji ich przywódcy, w której to czystokrwiści panują nad mugolami i mugolakami.
— Morsmordre! — Zawołał wnosząc ku górze prawą dłoń, w której dzierżył swoją różdżkę tuż po tym jak wynurzył się ze swojej kryjówki. Wiązka rzuconego przez niego zaklęcia sięgnęła nieboskłonu, na którym zaczęła tworzyć się z gęstych, nocnych chmur wielka czaszka. To ona miała przywołać ku niemu wszystkich tych, których przybycia oczekiwał. Początkowo mieli kroczyć zjednoczeni w zwartym korowodzie, dopiero z czasem się rozdzielić. Podzielił ich szeregi na mniejsze grupy, wskazując im odrębne cele ataku. Do niego miało dołączyć dwóch lojalistów, o ile w ogóle przybędą. Za cel obrał sklep z miotłami należący do rodziny Wood. Uderzenie w ten lokal będzie czymś więcej, niż zwyczajnym aktem wandalizmu. Wiadomością dla szlam i ich sympatyków oraz manifestem woli ich przywódcy. Niewątpliwie przyjdzie im zmierzyć się z wezwanymi na miejsce zdarzenia Brygadzistami.

Słowa: 456
The Law
If I ever let my head down,
it will be just to
admire my shoes.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Deborah Burke
#2
02.11.2022, 20:43  ✶  

Swoje kroki od zawsze stawiała ostrożnie.

Chociaż niekoniecznie w sensie dosłownym — ponieważ Deborah lubiła echo stukotu szpilek uderzających o posadzkę i obwieszczających o jej nadejściu, poza tym nigdy nie należała do osób nieśmiałych, próbujących zatuszować swoje pojawienie się w miejscach publicznych — ale raczej w sensie metaforycznym. Była osobą mniej lub bardziej rozpoznawalną na przestrzeni ostatnich lat, od kiedy objęła stanowisko młodszego sędziego w Ministerstwie Magii. Ciążyła na niej odpowiedzialność, a każde potknięcie mogło zaważyć na dobrym imieniu jej i całej ich rodziny. W tym jej nowego członka, którego Deborah wciąż nie potrafiła jasno sklasyfikować w swojej dotychczas perfekcyjnie ułożonej hierarchii wartości.

Deborah była na tyle inteligentna żeby wiedzieć, że coś takiego jak neutralność to mrzonka dla utopistów, która pryśnie w tej samej sekundzie, w której dojdzie do ataków, ludzie zaczną ginąć w swoich domach, a rebelia dotychczas będąca tylko szeptem przekazywanym z ust do ust wybuchnie prawdziwym płomieniem. Nie miała wątpliwości, że właśnie do tego zmierzają ludzie na samym szczycie. I choć decyzja o wspieraniu jedynej słusznej strony w nadchodzącym konflikcie była dla niej oczywista od samego początku, czy z racji urodzenia i wartości, w otoczeniu których Deborah się wychowywała, czy ze względu na męża, to jednak ona nie mogła rzucić się w sprawę na ślepo. Nie mogła i nie chciała podporządkować jej swojego życia, w którym ambicja nie pozwalała się zatrzymać przy sięganiu dalej, po więcej. Musiała więc działać ostrożnie, ciągle oglądając się przez ramię, hamując zapędy i naturalne odruchy. Nie miała tego przywileju, który posiadał Elijah. Z wielu powodów, które burzyły w niej irytację.

Teraz jednak miał wreszcie nadejść jej dzień. I Deborah była na niego przygotowana.

Ściśle upięte w kok włosy o odcieniu czekoladowego brązu zmienione za sprawą prostego zaklęcia transmutacyjnego schowała pod obszernym kapturem ciemnej szaty, twarz zaś miała ukryć pod prostą maską. Ubrała wygodne buty, dłonie skryła w skórzanych, czarnych rękawiczkach, a różdżkę schowała w wewnętrznej kieszeni szaty, do której mogła sięgnąć w ułamku sekundy. Rozsiadła się na balkonie posiadłości rodowej i spokojnie czekała na znak. Miała pewność, że go nie przegapi, a kiedy nocne niebo rozdarła trupia czaszka z wężem wypełzającym wprost z jej ust, uśmiechnęła się do siebie. Naciągnęła maskę na twarz i wyszrapnąwszy różdżkę z kieszeni, deportowała się na wyznaczone wcześniej miejsce. Wylądowała zgrabnie na bruku pokrywającym ulicę Pokątną i z satysfakcją odkryła, że zrobiła to jako jedna z piewrszych.

Była tylko pionkiem w grze, której jeszcze nie rozumiała. Stanięcie przed kimś, kto był zdolny do wyczarowania Mrocznego Znaku było naraz onieśmielające i cholernie ekscytujące. Kim był? Nie miała pojęcia, nie znała nikogo z pojawiających się tutaj ludzi. Ale była też druga strona medalu; świadomość, że tutaj nikt nie może rozpoznać jej — poza tą jedną osobą, której teraz otwarcie się przyglądała — i okazała się elektryzująca. Była czymś nowym.

Zacisnęła mocniej palce na rękojeści różdżki w dłoni zwisającej pozornie luźno wzdłuż ciała i skinęła głową zamaskowanej postaci, nieznacznie, tylko żeby dać znać, że jest gotowa. I że zrobi wszystko, co będzie trzeba, żeby wykonać polecenia.

Nie odwróciła się od niego; coś jej mówiło, że to może być osoba, z której lepiej nie spuszczać wzroku.

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#3
03.11.2022, 07:45  ✶  

Na wszystkie czekoladowe żaby świata, po jaką cholerę się tutaj wybrała. Owszem, miała nieco nadmiarowych monet w sakiewce, ale żeby od razu przechodzić obok sklepu miotlarskiego i z zainteresowaniem przyglądać się witrynie. Przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że latać nie umie i nagle na starość się to nie zmieni - nawet jeśli obiektywnie wciąż była młokosem, który miał cale życie przed sobą. Teraz jednak przyglądała się z zainteresowaniem pięknej pracy, żłobieniom wykonanym z najwyższą starannością, zaimpregnowanym drewnie, które swym kształtem chętnie rzuci wyzwanie przestworzom jak i innym zawodnikom quidditcha. Ileżby dała, by mieć taki talent, by sięgać przestworzy i szczytów sławy.

Wiedziona jakimś wewnętrznym głosem, weszła do środa nim ulice na dobre przerzedziły się. Może i jako półgoblin, członek dwóch społeczności, córka tych, którzy znali ziemię i jej skarby jak własną kieszeń, nie garnęła się do latania na miotle, to jednak chętnie przyglądała się z bliska temu co oferował ten sklep. Grzecznie przywitała się z właścicielami skinieniem głowy, by chwilę później muskać palcami tak zadbane drewno. Nie interesowały ją miotły dla biednych, chociaż sama wciąż nie dorobiła się fortuny, by mogła lekką ręką kupować najdroższe modele. Nie była również znawczynią obróbki drewna, o której choć słyszała, to nigdy ją głęboko nie pociągała. Chciała jednak podpatrzeć technikę, poszukać inspiracji, która poprawiłaby jej umiejętności rzemieślnicze. Teraz w głowie analizowała różnice wynikające z różnic materiału, że drewno to żywa materia, a kruszce są zimne i pozbawione tego pierwiastka. Niby były zupełnie inne pod względem przetwarzania, a jednak końcowe efekty mogły być bardzo zbliżone, dzięki drobnej pomocy magii.

Rozejrzała się jeszcze raz po sklepie, nie przeczuwając tego, co wkrótce się wydarzy. Za bardzo oddana swoim przemyśleniom, nawet nie spostrzegła zmian na niebie, które skutecznie pomogłyby jej ocenić sytuację, albo przynajmniej spróbować uciec do bezpiecznego miejsca. Zanurzyła się tak głęboko, że trudno byłoby jej samodzielnie wrócić do rzeczywistości. Dalej rozpracowywała na części pierwsze drewno z pięknych mioteł, dumając czy kiedyś stworzy coś równie pięknego z metalu.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Brązowowłosy i niebieskooki mężczyzna, wyróżniający się z tłumu przede wszystkim za sprawą swojego wzrostu. Niewielka domieszka krwi olbrzymów sprawiła, że osiągnął nieco ponad 2 metry wzrostu. Łatwo z niego czytać, w przypadku Theona emocje praktycznie zawsze są wypisane na twarzy. Nie stara się z nimi kryć. Często można go spotkać z papierosem w ręku bądź wyczuć specyficzny zapach, niekiedy lekko dominujący nad pozostałymi.

Theon Travers
#4
03.11.2022, 07:49  ✶  

Świadom tego, co miało nadejść, cierpliwie oczekiwałem na sygnał.

Nie było tutaj miejsca na ostrożność. Na zastanawianie się nad tym czy gra jest warta świeczki. Czekałem na ten moment odkąd po raz pierwszy przecięły się ścieżki moja i tych, którzy popierali jego ideę. Wiedziałem, że ten moment kiedyś nadejdzie. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jest to tylko kwestia czasu. Jedyne czego nie byłem świadomy to to, jak dużą rolę przyjdzie mi w tym wszystkim odegrać. Tych kilka lat temu nie byłem jeszcze na to gotowy. Popierałem sprawę, ale zarazem unikałem nadmiernego angażowania się. Byłem zaledwie uważnym obserwatorem. Takim, który przyglądał się wszystkiemu temu, w co wierzył. W co wierzyli jego bliscy. W co wierzyły osoby, wśród których się obracał.

Do wszystkiego przygotowałem się najlepiej, jak tylko byłem w stanie. O wyznaczonym czasie, znalazłem się w odpowiednim miejscu. Ubrałem czarną szatę, głowę nakryłem kapturem, a twarz skryłem pod maską. Wszystko to, identycznie jak w przypadku pozostałych uczestników planowanego wydarzenia, miało kryć moją tożsamość, ale też zarazem zdradzać przynależność do grupy. Grupy niemałej, choć zarazem jeszcze nie tak licznej, jaką będzie w przyszłości. Szczerze wierzyłem, że z biegiem czasu nasze szeregi zostaną wzmocnione za sprawą kolejnych zwolenników Czarnego Pana. Tych, którzy podobnie do mnie, potrzebowali więcej czasu na to, żeby przejść do działania; zaufać temu, że to wszystko może się udać. 

Będą to wszyscy Ci, którzy uwierzą, że nowe jutro czeka na nas za rogiem.

Jest już bardzo blisko. Na tyle, że wystarczy tylko wyciągnąć po nie rękę.

Kiedy na nieboskłonie pojawił się mroczny znak, wraz z wieloma innymi zwolennikami sprawy zjawiłem się w miejscu, w którym na nasze przybycie oczekiwał on. Jego prawa ręka. Nie wiedziałem kim był, ale pewny byłem tego, że w jego imieniu poprowadzi nas do wielu sukcesów. Do prawdziwej chwały. Został do tego wyznaczony. Wybrany. Ten, Którego Imienia Zaczną Bać Się Wymawiać, nie mógł się w tym przypadku pomylić. Musiał dostrzec w nim to coś, co sprawiło, że wybór padł właśnie na niego. Jestem pewien, że mi również będzie dane z czasem to zrozumieć.

Z różdżką nadal skrytą w kieszeni mojej szaty, ale zarazem mocno trzymaną w prawej dłoni, zająłem miejsce w szeregu. Wyprostowany, górujący wzrostem co najmniej nad większością zgromadzonych tu osób, spoglądałem na niego, czekając na instrukcje, których wcześniej nam poskąpiono.  Byłem gotowy na to, żeby przejść do działania. Czułem ekscytacje, ale też... nie brakowało w tym pewnej nerwowości. Co będzie dalej? Co ma się wydarzyć tego wieczora, tej nocy? Brakowało mi na ten temat wiedzy. Konkretnych informacji. Wszystko miało się dopiero wyjaśnić; zadania miały zostać przydzielone.

Tylko czy aby na pewno byłem w stanie tak długo na to czekać? Cierpliwość nigdy nie była moją najmocniejszą stronę. Z tego faktu zdawał sobie sprawę każdy, kto miał okazje do tego, aby poznać mnie nieco bliżej.

Herald of Darkness
It seems that all that was good has died
And is decaying in me
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Chester to mierzący 178 cm wzrostu, postawny mężczyzna, ważący 76 kg. Ma brązowe, poprzetykane pierwszymi siwymi pasmami włosy i niebieskie oczy. Brąz noszonej przez niego krótkiej brody został przerzedzony przez lekką siwiznę. Przez większość czasu nosi mundur Aurora, natomiast poza pracą ubiera się elegancko, w garnitury. Często widywany jest z papierosem. Pierwsze wrażenie... jest służbistą, twardym gnojem, za którym nie przepada niemałe grono osób z dep. przestrzegania prawa. Nie można mu jednak odmówić doświadczenia zawodowego.

Chester Rookwood
#5
04.11.2022, 21:27  ✶  
Wyczarowanie Mrocznego Znaku na wieczornym niebie to zaledwie początek. Zamierzał tych, którzy zostali zobowiązani odpowiedzieć na jego wezwanie, poprowadzić główną arterią magicznego Londynu. Rookwood oczekiwał od czarodziejów i czarownic wyniesionych do rangi Śmierciożerców bezwarunkowego posłuszeństwa. Tutaj nie było miejsca na jakikolwiek przejaw samowoli, stanowiącej odstępstwo od ustalonego przez niego planu. Każdego z nich postrzegał jako żołnierzy w armii Czarnego Pana. Jedynym obowiązkiem żołnierza było wykonywanie rozkazów swojego dowódcy, zgodnie z obowiązującą hierarchią. On odpowiadał jedynie przed Lordem Voldemortem, któremu poprzysiągł wierność i który wyniósł go do miana swojej prawicy.
Na aportację pierwszej zakapturzonej i zamaskowanej postaci zareagował odwróceniem skrytej za maską twarzy w stronę kobiety. Nie została rażona rzuconym przez niego czarnomagicznym zaklęciem. Okazała się nie być wrogiem, tylko wiernym sługą Tego, Którego Imię Zaczną Się Bać Wymawiać. Gdy czarownica nieznacznie skinęła ku niemu głową, ostatecznie odpowiedział takim samym gestem. Niezwłocznie powrócił do bacznego lustrowania części ulicy, wypatrując nadchodzących wieczornych maruderów czy aportujących się jak na zawołanie uzbrojonych w różdżki Brygadzistów, do których obowiązków należało reagowanie na jakiekolwiek incydenty. Ukształtowana z chmur ogromna czaszka rzucała się w oczy. Doskonale wiedział, jak funkcjonowała ministerialna Brygada Uderzeniowa. Lata spędzone w tej formacji nie poszły na marne w jego przypadku. Przybycie drugiego czarodzieja, którego wyznaczył do udziału w tym przedsięwzięciu wielkiej wagi, przykuło uwagę Chestera. Skinął mu nie nieznacznie głową.
— Cel naszego ataku to mieszczący się na Pokątnej sklep miotlarski Woodów. Jedno z was rzuci na ten lokal zaklęcie Confringo, wysadzając go. Jeśli ktoś przeżyje eksplozję, zabijecie go. Miejcie na uwadze to, że możemy być zmuszeni do odbycia walki Brygadzistami, jeśli zostaną wezwani na to miejsce. Na pewno tak będzie — Przedstawił zamaskowanym postaciom część skróconej wersji planu mającego na celu wypełnienie woli Czarnego Pana. Druga grupa Śmierciożerców miała skoncentrować swoje działania na kolejnym istotnym dla czarodziejskiej społeczności lokalu. To było coś znacznie większego, niż zwyczajny akt wandalizmu. To miał być skoordynowany atak. Magiczny świat zapamięta to, co miało się stać jako szybki i brutalny akt terroryzmu ze strony zamaskowanych czarodziejów. Dopuszczą się wielu chwalebnych czynów. Chester żywił silną nienawiść do osób niemagicznego pochodzenia, samymi mugolami i odczuwania pogardy wobec wszystkich zdrajców starej krwi. Przelewanie krwi czystokrwistych czarodziejów postrzegał jako niepowetowaną stratę, zwłaszcza w obliczu szerzącej się mugolskiej zarazy. Była to konieczna ofiara, poniesiona w słusznym celu. Ich oczom ukazał się charakterystyczny szyld sklepu oraz właśnie zamykające się drzwi za kolejną wchodzącą do środka lokalu osobą.
— Stać. Unieście różdżki — Polecił zatrzymać się idącym za nim Śmierciożercami. Nie zrobił tego bez powodu, tylko dlatego aby ograniczyć straty we własnych ludziach. Sam uniósł w pogotowiu dzierżoną w prawej dłoni różdżkę. Wybrane przez niego zaklęcie powodowało silną eksplozję, raniącą każdego w miejscu wybuchu. Odgłos wybuchu rozniesie się wzdłuż ulicy, zasypując ją drobinami szkła, odłamkami kamienia i fragmentami drewnianej konstrukcji. Osoby stojące najbliżej miejsca wybuchu zostaną niewątpliwie ranne albo nawet zabite w następstwie wybuchu. — Na mój znak... teraz! — Wypowiadając te słowa, posłał Yaxleyowi znaczące spojrzenie. Niech nie zadrży temu czarodziejowi ręka albo niech nie zapomni języka w gębie. Nic nie mogło zrujnować tego ważnego momentu.

Słowa: 497
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Brązowowłosy i niebieskooki mężczyzna, wyróżniający się z tłumu przede wszystkim za sprawą swojego wzrostu. Niewielka domieszka krwi olbrzymów sprawiła, że osiągnął nieco ponad 2 metry wzrostu. Łatwo z niego czytać, w przypadku Theona emocje praktycznie zawsze są wypisane na twarzy. Nie stara się z nimi kryć. Często można go spotkać z papierosem w ręku bądź wyczuć specyficzny zapach, niekiedy lekko dominujący nad pozostałymi.

Theon Travers
#6
05.11.2022, 21:29  ✶  

Uważnie słucham instrukcji.

Chłonę każde słowo, nie mogąc doczekać się tego momentu, w którym przejdziemy wreszcie do kolejnego etapu zadania. Zajmiemy się jego realizacją. Wiem jak duże znaczenie będzie miało dla nas wszystkich to co wydarzy się tego wieczora, tej nocy. Pokątna stanie w ogniu. Nie cała, oczywiście, a jedynie te budynki, które odpowiednio wcześniej zostały wybrane przez osoby odpowiedzialne za zaplanowanie tego ataku. Budynki powiązane z osobami, które nie powinny stanowić części naszego społeczeństwa.

Kiedy wszystkie informacje zostają przekazane, wraz z pozostałymi członkami mojej grupy, ruszam w kierunku miotlarskiego sklepu należącego do rodziny Wood. Nie jest to miejsce dla mnie obce. Teraz bym się do tego nie przyznał, ale dawniej zdarzało mi się oglądać tutejsze miotły. Cieszyły się całkiem niezłą opinią. Sam miałem okazje sprawdzić, na ile miała się ona do rzeczywistości. I cóż, skłamałby mówiąc, że nie byłem zadowolony z zakupu.

Tylko jakie to miało znaczenie? Na ten moment mniej niż zerowe.

Zatrzymuje się, kiedy pada takie polecenie. Wyjmuję różdżkę i unoszę nieznacznie ku górze. Nie spodziewam się, że to właśnie mi przypadnie w udziale rzucenie pierwszego zaklęcia, ale mimo wszystko... staram się być na to przygotowany. Na to i na wiele więcej. Nigdy nie byłem kimś, kto chował się za innymi i tym razem również nie zamierzałem postępować w ten sposób. To zresztą wcale do mnie nie pasowało.

Potrzebuje chwili, żeby dotarło do mnie, co oznacza spojrzenie, które mi posyła. Niezbyt długiej. Unoszę różdżkę jeszcze wyżej, następnie stosunkowo szybko wykonuje nią wyuczone przez lata ruchy. Wybrane zaklęcie nie jest dla mnie jednym z tych, którymi posługuje się regularnie, ale zarazem nie mogę go nazwać tym obcym.

- Confringo. - Nie podnoszę zanadto głosu, nie pozwalam też ponieść się emocjom, które kotłują się w moim wnętrzu. Czy dam radę tak dotrwać do samego końca? Nie wiem. Nawet o tym nie myślę. Po prostu działam. Robię to, co do mnie należy. I obserwuje tego efekty. Chcąc uniknąć ewentualnych obrażeń, zabezpieczam siebie i najbliżej znajdujące się osoby. Obijam lecące w naszym kierunku kawałki szkła, kamieni, drewna. Jest to konieczne. Rzucone w kierunku budynku zaklęcie, wywołuje silną eksplozje. Jeśli dotąd, przy pomocy mrocznego znaku, nie zdołaliśmy wywołać prawdziwego zamieszania na ulicy Pokątnej, tak teraz nie da się już tego uniknąć. Rozlegają się krzyki. Przerażenie jest wręcz wyczuwalne. Ludzie jeszcze nie do końca rozumieją, co się dzieje. Nie są tego świadomi. Jedyne czego mogą być pewni to to, że nie jest to nic dobrego.

Spokojnie przyglądam się efektom swoich działań. Efektom rzuconego zaklęcia. Zniszczone zostają drewniane drzwi, wybite jedno z okien, w ścianie powstaje dziura. Czy to wystarczy? Mam taką nadzieje. Dla mnie na pewno wydaje się to przynajmniej zadowalające.

The Law
If I ever let my head down,
it will be just to
admire my shoes.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Deborah Burke
#7
06.11.2022, 16:29  ✶  

Nie myliła się w swojej ocenie. To był ktoś postawiony na tyle wysoko, żeby nie tylko wydawać polecenia tonem, który zdawał się nie znosić sprzeciwu — przecież tą sztukę Deborah sama opanowała do perfekcji — ale przede wszystkim: żeby znać plan działania. Przemawiający mężczyzna wiedział po co tutaj przyszli, a sam ten fakt stawiał go ponad wszystkimi zebranymi dookoła, zamaskowanymi postaciami.

Dotychczas nie miała pojęcia nie tylko o celu w sensie fizycznego miejsca na mapie, ale też nie rozumiała sensu zebrania ich na głównej magicznej arterii Londynu. A teraz wszystko zaczęło układać się w logiczną i spójną całość. Oczywiście, Woodowie byli żałosną namiastką czarodziei o brudnej, zmieszanej ze szlamem od pokoleń krwi, a w ostatnich dniach przyszło im wszystkim — obdarzonych zaszczytem magii — wybierać stronę. Oni najwyraźniej wybrali źle.

Słuchała uważnie dalej, wpatrzona w postać. Zabiją zdrajców krwi, a następnie staną oko w oko ze sprawiedliwością przebraną w śmieszne ubranka Brygadzistów. Sprawiedliwością, w której istnienie ktoś taki jak Deborah, ktoś pracujący w jej wymiarze w samym Ministerstwie Magii, przestał wierzyć już lata temu.

Wszystko wreszcie nabrało rzeczywistych kształtów i choć ta wizja powinna przerażać normalnego, zdrowego człowieka — ją ona ekscytowała. Ruszyła na polecenie, nie wychylając się przed szereg, ale bynajmniej się nie ociągając w marszu. Palce kurczowo zaciśnięte na różdżce dawały poczucie rzeczywistości w tej surrealistycznej sytuacji.

Jeszcze zanim się zatrzymali przed sklepem miotlarskim, Deborah dostrzegła dziewczynę — właściwie może nawet jeszcze dziecko, z tej odległości ciężko jej było ocenić, ale wzrost sugerował swoje — wchodzącą do środka. Ona też będzie konieczną ofiarą, być może właśnie tą, która da ich sprawie odpowiedni rozgłos w świecie magii, która skoncentruje oczy całego magicznego Londynu na akcie, jakiego udziałem i prowodyrem mieli stać się za moment. Właśnie z tą myślą Deborah wykonała polecenie i uniosła swoją różdżkę; wciąż jednak nie rzuciła żadnego zaklęcia, czekając w napięciu na rozkaz. A kiedy wreszcie padł, wybrzmiał echem w jej głowie, zwielokrotniony i dobitny.

Teraz!

Najwyższa z zakapturzonych postaci rzuciła pierwsze zaklęcie i w tej samej sekundzie Deborah szepnęła:

— Protego.

Wyczarowana tarcza była minimalnie opóźniona, ale na tyle stabilna, żeby fala uderzeniowa wybuchającej witryny nie zrobiła jej poważniejszej krzywdy. Szkło ominęło ją łukiem po obu stronach i wylądowało gdzieś za plecami. Huk wypełnił uszy i piskiem wdarł się do wnętrza czaszki. Ale nawet to nie mogło wyprzeć z pamięci słów dowodzącego nimi mężczyzny; dlatego kobieta zakończyła zaklęcie ochronne i z różdżką w pogotowiu weszła do środka. Miała nadzieję, że reszta zrobi to zaraz po niej; ale teraz logiczne myślenie utrudniała adrenalina. Wiedziała tylko, że jako atakujący mieli przewagę zaskoczenia, być może ogłuszenia klientów oraz właścicieli — i Deborah nie zamierzała z tej przewagi rezygnować. Wnętrze sklepu było częściowo zrujnowane, głównie na przedzie, gdzie zaklęcie zrobiło najwięcej szkód.

“Jeśli ktoś przeżyje eksplozję, zabijecie go.” Słowa przywódcy były w niej żywe, kiedy w mocno ograniczającym pole widzenia, wiszącym w powietrzu pyle powstałym z rozwalonej ściany budynku dostrzegła jakiś ruch. Wiedziała, że nie da rady z a b i ć , nie w ten sposób. Mimo to podniosła różdżkę i wycelowała.

— Diffindo — pewność w głosie wzmocniła zaklęcie, które dosięgnęło czarodzieja stojącego na własnych nogach, co godne podziwu. Krew z otwartej rany torsu, brzucha i przedramion, którymi mężczyzna osłonił się odruchowo, zachlapała posadzkę u jego stóp. — Expulso! — uniosła głos i odepchnęła od siebie nieuzbrojonego, rannego czarodzieja. Wykonywała polecenia. Tylko tyle. Aż tyle.

Nigdzie nie widziała dziewczyny, która przekroczyła próg sklepu tuż przed eksplozją.



She wasn't fragile like a flower.
She was fragile like a bomb.
Herald of Darkness
It seems that all that was good has died
And is decaying in me
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Chester to mierzący 178 cm wzrostu, postawny mężczyzna, ważący 76 kg. Ma brązowe, poprzetykane pierwszymi siwymi pasmami włosy i niebieskie oczy. Brąz noszonej przez niego krótkiej brody został przerzedzony przez lekką siwiznę. Przez większość czasu nosi mundur Aurora, natomiast poza pracą ubiera się elegancko, w garnitury. Często widywany jest z papierosem. Pierwsze wrażenie... jest służbistą, twardym gnojem, za którym nie przepada niemałe grono osób z dep. przestrzegania prawa. Nie można mu jednak odmówić doświadczenia zawodowego.

Chester Rookwood
#8
12.11.2022, 20:43  ✶  
Zamaskowany czarodziej, któremu wydał to polecenie nie zawahał się ani przez chwilę i uniósł różdżkę w stronę witryny sklepowej, intonując właściwe zaklęcie. A gdy wiązka tego zaklęcia sięgnęła swojego celu, stało się to, co miało się stać. Sam sklep został zdemolowany. Przebywający w jego wnętrzu ludzie zostali poważnie ranni albo nawet pozbawieni życia. Dzięki wyczarowanej przez Yaxleya i Deborah tarczy, zdołali uniknąć bezpośrednich następstw wywołanej przez nich eksplozji w postaci obrażeń od deszczu szklanych odłamków, drewnianych szczap czy kamiennych ścian. Jednakże wszechobecny pył w dużej mierze osiadał na ich czarnych szatach, niczym śnieg w zimowy dzień. Nie zwracał na to uwagi. Oczyszczeniem jego szat zajmie się służący w rodowej posiadłości skrzat domowy.
Zdemolowanie frontu oraz wnętrza lokalu, jak i krzyki ofiar nie pozwoliły mu osiąść na laurach. Nie był to koniec ich zadania, które stanowiło część czegoś większego. O ile wszystko pójdzie zgodnie z planem. Jego powodzenie zależało od działań innych grup popleczników Czarnego Pana i tego, czy uda się jego ludziom wykonać powierzone im zadania. Zakładał margines błędu, jednak to nie oznaczało, że grupę która nie sprostała swoim obowiązkom powita z otwartymi ramionami i ciepłym słowem, jakby tylko otrzymali Trolla z pracy domowej w szkole magii. Po wszystkim oczekiwał ustnego sprawozdania ze strony każdej z grup, które pozwoli mu określić kto powinien zostać nagrodzony stosowną pochwałą, kto zostanie wzorem do naśladowania, a kto zasłuży na karę i jak po tej misji wypadną morale. Odniesiony triumf dodaje zawsze skrzydeł, porażka je podcina. Wysokie morale zawsze popychały ludzi do walki. Nawet jeśli przyjdzie czynić im rzeczy wielkie i w świetle prawa niegodziwe.
W chwili, w której Deborah przekroczyła próg zdewastowanego sklepu miotlarskiego, on sam zwrócił się w stronę ulicy. Na której pośród opadającego pyłu dostrzegł pierwsze sylwetki pięciu Brygadzistów oraz pierwsze wiązki zaklęć z ich różdżek, posłanych w ich stronę.
— Protego! — Unosząc różdżkę wzniósł potężną tarczę, po której rozproszeniu przystąpił do ataku. — Drętwota! — Rzucone przez niego zaklęcie błysnęło na czerwono, przebijając się przez osłonę stojącego w pierwszym szeregu funkcjonariusza. Padł on jak długi na ziemię, bez przytomności oraz zostając z miejsca otoczonym przez swojej kolegów po fachu. Nie stanowili dla niego żadnego wyzwania. Cechowała ich także słabość oraz ograniczała ich konieczność działania zgodnie z prawem. Jego sojusznicy będą mogli wesprzeć go w tym starciu, gdy już wykończą tych, którzy zdołali przetrwać ten wybuch. W tym czasie znów musiał wyczarować tarczę, gdyż już wymiana zaklęć rozgorzała na dobre. Następnie rzucił niewerbalnie zaklęcie Levicorpus, mające zawiesić przeciwnika za kostkę u nogi, głową ku dołowi. Drugi Brygadzista zdołał uchronić się przed działaniem tego zaklęcia.

Słowa: 420
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Brązowowłosy i niebieskooki mężczyzna, wyróżniający się z tłumu przede wszystkim za sprawą swojego wzrostu. Niewielka domieszka krwi olbrzymów sprawiła, że osiągnął nieco ponad 2 metry wzrostu. Łatwo z niego czytać, w przypadku Theona emocje praktycznie zawsze są wypisane na twarzy. Nie stara się z nimi kryć. Często można go spotkać z papierosem w ręku bądź wyczuć specyficzny zapach, niekiedy lekko dominujący nad pozostałymi.

Theon Travers
#9
16.11.2022, 11:49  ✶  

Nie śpieszyłem się. Przez kilka chwil przyglądałem się zniszczeniom, które stanowiły efekt rzuconego przeze mnie zaklęcia. Podczas, gdy pozostali ruszyli do działania, ja napawałem się tym, co przed chwilą uczyniłem. Sam. Moją własną różdżką. Na skrytej pod maską twarzy, pojawiło się coś na kształt uśmiech. Widniało zadowolenie. Podobało mi się to, co znajdywało się właśnie przed moimi oczyma. Nie miałem jednak na to wszystko większej ilości czasu. Okoliczności nie sprzyjały temu, żeby tak po prostu stać i patrzeć.

Pierwsi brygadziści na ulicy Pokątnej pojawili się zdecydowanie zbyt szybko. System działał, ale nie było to czymś, na co nie byliśmy przygotowani. Mieliśmy świadomość tego, że ten atak nie przejdzie niezauważony. Mogliśmy co najwyżej liczyć na to, że dostaniemy nieco więcej czasu. Kilka dodatkowych minut byłoby niczym zbawienie. Aczkolwiek to też nie tak, że w obecnej sytuacji nie byliśmy w stanie sobie ze wszystkim poradzić.

Plan miał zostać doprowadzony do końca.

Widząc, że nasz przywódca zdecydował się osobiście zająć brygadzistami, postanowiłem go w tym aspekcie odrobinę wesprzeć. Kierując we właściwym kierunku różdżkę, wykonując nią prosty ruch, wyczarowuję niewielką grupę ptaków.

- Avis. - Pada z moich ust, po czym następuje kolejne zaklęcie. - Oppungo! - Tutaj nieznacznie podnoszę głos, kierując wyczarowane ptactwo na przybyłych właśnie pracowników brygady uderzeniowej. Drobny psikus, ale też pewna przeszkoda, którą należało usunąć. Jak każde tego rodzaju rozwiązanie, zapewnia nam chwilę oddechu.

Wykorzystuje ją, żeby śladem innych zwolenników Czarnego Pana, wkroczyć do wnętrza sklepu. Nasze zadanie nie dobiegło jeszcze końca. Zanim ewakuujemy się z tego miejsca, należało dokończyć dzieła. Doskonale pamiętałem jakie było polecenie.

Śmierć tych, którzy przeżyli eksplozje.

Będąc świadomym tego, że wewnątrz budynku znajdywali się ludzie, rozglądam się po zdemolowanym wnętrzu. Zniszczenia widoczne z zewnątrz, w środku zdawać się mogły nieco mniejsze. Przede wszystkim dotyczyły one okolic, w których powstała dziura w ścianie. Dodatkowe wejście będące efektem eksplozji.

- Alarte Ascendare! - Wypowiadam, wskazując różdżką na najbliższy ze sklepowych mebli. Wybór trafia na jeden z regałów. Decyduje się przewrócić do góry nogami wszystko, co tylko znajdzie się na mojej drodze. Jeśli cokolwiek służy tutaj za kryjówkę, zamierzam ją odkryć. Kolejny raz wyrzucam z siebie te same słowa, przesuwając się dalej, w głąb sklepu. - Ukrywanie się to żaden ratunek - Niemalże warczę, stawiając wreszcie na bardziej konkretne rozwiązanie. - homenum revelio - Przy pomocy rzuconego zaklęcia udaje mi się namierzyć pierwszą ofiarę. Młodego chłopaka. Pracownika sklepu? Klienta? Nie ma to w tym przypadku większego znaczenia. Mógłby być nawet i synem samej Minister Magii. -A więc jednak. Levicorpus. - Wypowiadam. Nie tracę czasu na poszukiwania kolejnego celu. Skupiam się wyłącznie na tym. Przyglądam się, jak niewidzialna siła unosi chłopaka do góry, za kostkę. - Ciekawe czy pozostali zdecydują się wyjąć głowy z piasku... może powinniśmy spróbować ich do tego przekonać? - Zwracam się w kierunku chłopaka, którego przerażenie jest aż nazbyt widoczne.

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#10
23.11.2022, 19:54  ✶  

Była głęboko zanurzona w swoich myślach. Czy dostrzegła, że na zewnątrz nadchodzi istna burza? Czy gdyby choć na chwilę, oderwała wzrok od mioteł i przestała marzyć o czymś, czego nigdy nie dosięgnie... Czy wtedy mogłaby się ocalić? Czy mogłaby uchronić to miejsce przed zniszczeniem, jakie przynieśli poplecznicy pajaca, który śmiał wywracać świat do góry nogami? Pewnie nie, nawet jeśli jej magia obronna była największym atutem jaki posiadała. Pewnie gdyby miała kilka lat doświadczenia w praktycznym władaniu różdżką, może wtedy istniałby cień szansy, że odmieniłaby losy tego miejsca. Niestety, była szczeniakiem, który ledwo osiągnął pełnoletność, nawet jeśli jej aparycja na to nie wskazywała.

Huk dopadł ją, kiedy przyglądała się szafom z tyłu sklepu. Nawet nie zdążyła zareagować, kiedy nieszczęsny mebel obalił się na nią, rozbijając szklane drzwiczki na jej głowie. Z drugiej strony była jakby bezpieczna, bo większość odłamków i innych latających drobin przyjęło wylakierowane drewno. Nie wiedziała co się dzieje, była ogłuszona i kompletnie zagubiona, chociaż ten sklep przecież nie był największy w Londynie. Szkło, które zraniło jej głowę, chociaż początkowo nie dawało żadnych oznak, to kilka sekund później było otoczone sączącą się krwią. Ze swoim wzrostem, a teraz jeszcze tym wybuchem, wyglądała co najmniej przerażająco. Drżącą dłonią przetarła czoło, nim szkarłat zaczął ściekać po brwiach. Miała problem i to spory, dopiero teraz zaczęło to do niej docierać, a wzbierająca adrenalina nie pomagała. Gdyby tylko nie była uwięziona w tym drewnianym bunkrze.

Słyszała przytłumione kroki, a następnie wypowiadane zaklęcia... Czyli to był dopiero początek? Nie mieli zamiaru poprzestać na zniszczeniu komuś interesu i owoców ciężkiej pracy, ale także mieli zamiar się wyżywać na tych, których tutaj znaleźli?! Jak śmieli?! Wciąż trzęsącą się ręką, dobyła swej różdżki. Nie miała zbyt wiele czasu sądząc po hałasie, który się do niej zbliżał. Przytknęła koniec różdżki do szafy, a następnie wyszeptała - Mobiliarbus - ciskając meblem w tego, który tak chętnie się wywyższał... A także jak się okazało, znęcał nad obecnym tutaj chłopakiem. Czymże on był winien, by być tak traktowany.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (650), Chester Rookwood (2068), Deborah Burke (2064), Theon Travers (1788)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa