• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii Stonehenge [Stonehenge - Dziewica ] Maeve, Lorraine, Effimery, Sarah

[Stonehenge - Dziewica ] Maeve, Lorraine, Effimery, Sarah
Widmo
Wit Beyond Measure Is Man's Greatest Treasure.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarownica czystej krwi; jedna z czworga legendarnych założycieli Hogwartu. Posiadaczka słynnego diademu, obdarzającego niezwykłą mądrością.

Rowena Ravenclaw
#1
02.02.2024, 02:35  ✶  
Górski krajobraz - zupełnie nieprzypominającego żadnego znanego wam łańcucha skał - być może byłby w waszych oczach czarujący, gdyby nie ogarniająca was konsternacja; wszakże dopiero co znajdowałyście się na równinach Wiltshire, pośród surowych kamieni Stonehenge. Tymczasem leżałyście w purpurze krokusów, skąpane w ciepłym blasku słońca. Słońca? Nie, to nie słońce tak jasno świeciło - niebo było czarne, jedynie nad waszymi głowami rozwarła się błękitna mgławica nakrapiana migotliwymi gwiazdami. Od czasu do czasu przecinały ją złociste wstęgi komet, a w samym środku jaśniał księżyc, a konkretniej jego rosnący sierp.

Byłyście zawieszone w próżni, gdzieś w nieokreślonym punkcie na osi historii świata. Chaosie, z którego dopiero powstać miało niebo, i ziemia, i woda, i wszystko, co żyje.  A gdy próbowałyście użyć magii, zorientowałyście się, że nie działa.

Dopiero po chwili ją zobaczyłyście - trudno zresztą było przeoczyć jej białą szatę, odcinającą się na tle morza zieleni i fioletu, a także poświatę bijącą od jej sylwetki. Była bez wątpienia najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałyście; nawet uroda wił nie mogła równać się z jej aparycją. Jej długie włosy w kolorze pszenicy opadały swobodnie na jej plecy, zaś w błękitnych oczach tliły się figlarne płomyki. Twarz miała jeszcze dziecinnie okrągłą, skórę gładką, a figurę drobną. Odziana była w prostą togę, przywodzącą na myśl starożytną Grecję. Zbliżała się do was nieśpiesznie, a poruszała się z taką gracją, jakby wcale nie stąpała pośród wiosennych kwiatów, lecz unosiła się nad nimi. Towarzyszyła jej biała owieczka, tak złudnie podobna do tej, którą tego wieczora złożono na kamiennym ołtarzu.

— Bądźcie pozdrowione, Siostry — uniosła dłoń na powitanie, uśmiechając się przy tym serdecznie i znów odniosłyście wrażenie, że był to najcieplejszy uśmiech, jakim was obdarzono. Istota przysiadła na kamieniu nieopodal was, oparła brodę na łokciach i przyjrzała się każdej z młodzieńczym zaciekawieniem.

adnotacja moderatora
Ponieważ jest Was więcej, macie nieco więcej czasu, ale postarajcie się proszę odpisać do czwartku (08.02) do 20.
@Maeve Chang @Effimery Trelawney @Lorraine Malfoy @Sarah Macmillan
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#2
05.02.2024, 10:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2025, 12:08 przez Lorraine Malfoy.)  
O ile Lorraine nie do końca rozumiała całe to frustrujące zamieszanie, do którego doszło w świętym kręgu, doskonale zdawała sobie sprawę z trzech rzeczy:

po pierwsze, los Agathy był jej absolutnie obojętny - Malfoy nie zwykła nadstawiać karku dla byle kogo, a już na pewno nie zamierzała tracić energii na pertraktowanie z fanatyczną gówniarą i jej wściekłą protektorką, czy nawet kiwnąć małym palcem, coby solidarnie wyrazić sprzeciw wobec całej tej degrengolady; to nie była jej walka, jeszcze przypadkiem złamałaby sobie paznokieć!, a jeżeli mężczyźni zgromadzeni na polanie chcieli być obrońcami daru życia, proszę bardzo - Lorraine była święcie przekonana, że jako przedstawicielka płci pięknej może bezkarnie leżeć, pachnieć, i pięknie wyglądać, np. opłakując misteryjne ofiary albo taplając się w krwi konsekrowanych dziewic jak w blasku księżyca - przedstawiciele płci brzydszej, biegli w sztuce brutalnych rozwiązań siłowych, skoro tak bardzo lubią dużo gadać, i dywagować na poważne tematy etyki, wiary i poświęcenia jakby pozjadali wszystkie rozumy, sami powinni się zająć się brudną robotą i uspokoić owczy pęd rozhisteryzowanych dewotek zmierzający w stronę stołu ofiarnego i stamtąd prosto na zielone niwy Limbo;

po drugie, skoro Isobelle nie potrafiła zapanować nad własnymi emocjami, to Lorraine bynajmniej nie oczekiwała od niej, że ta zapanuje nad chaosem, który wybuchł po deklaracji Agathy; starsza kobieta widocznie nie nadawała się już do przewodzenia tak podniosłemu rytuałowi - a może i samemu kowenowi jako arcykapłanka? - może to wszystko to był właśnie sygnał od Pani Księżyca, że potrzeba im innej duchowej przewodniczki? Ciekawiło ją, co pomyślałby o tym rytuale Sebastian Macmillan, a Lorraine była całkiem pewna, że część młodszych kapłanek mogła już wręcz szeptać o szaleństwie Isobelle po kątach, w końcu większość z nich miała poza kowenem także inne życiowe zobowiązania, a męczeństwo nie wydawało się w społeczeństwie czarodziejskim atrakcyjną perspektywą przyszłego rozwoju, a nuż Mojry stwierdziłyby, że na wieki pisane im reinkarnować jako baranki ofiarne;

no i wreszcie, po trzecie, nie ma nic bardziej uroczego niż mężczyźni angażujący się w konkurs porównywania penisów, choć, oczywiście, Murtagh od razu zdeklasował konkurencję swoją big dick energy, zmuszając wszystkich innych uczestników rytuału do rozpaczliwej obrony szczątków tkliwej męskości, kiedy to jako pierwszy rzucił Isobelle wyzwanie swoją płomienną przemową, prawdziwy trendsetter. Kompletnie nie zaskoczyło to Malfoy - przez ich legilimencką więź, Lorraine postrzegała Murtagha w kategoriach nieco innych niż większość znanych jej mężczyzn, i chociaż nie omieszkała wyrzucać mu jego błędów prosto w twarz, imponował jej inteligencją, sprytem i siłą - przyzwyczajona była do tego, że Macmillan umie brać sprawy w swoje ręce, więc tylko utwierdziła się w przekonaniu, że oto właśnie jest na tej polanie ktoś, kto zapanuje nad całym chaosem (a przynajmniej obróci go na własną korzyść), obroni ją i jej bliskich przed ewentualnymi nieprzyjemnościami, i w ogóle, nie ma się czym martwić, ani nie ma co dodawać, jakby Murtagh chciał zajebać Isobelle czy coś, na pewno dałby znać, gdyby było mu potrzebne wsparcie, dlatego Lorraine, wciąż niewzruszenie spokojna, poświęciła całą uwagę płaczącej Sarze, skruszonej Maeve i... Rowle'owi, który nieoczekiwanie wychnął z ciemności.
Co prawda, prawie przewróciła oczami słysząc deklaracje Murtagha o "oddawaniu życia", ale przyjaciel miał skłonności do dramatyzowania - zresztą, mylnie odczytała jego intencje, i uznała, że to bardziej manipulacyjny chwyt mający zadziałać na dumę reszty chłopów przy ognisku, aniżeli poryw szczerości, bo inaczej chyba by się popukała w czółko, bredzisz, Mortek - ale znowu tak brutalnie pozbawić Agatki satysfakcji z usłyszenia haha nooo don't kill yourself, you are too sexy,,,? Biedactwo, może już nigdy nie będzie miała lepszej okazji, niech ma coś dziewczyna od krótkiego życia!! Bądź co bądź, z Lorraine nie była taka znowu zepsuta do szpiku kości zołza, żeby tak od razu życzyć Agathcie tego, co najgorsze.

Przynajmniej dopóki w Stonehedge nie uderzył grom z jasnego nieba.

I chociaż potem w końcu naszła ją myśl, że to wszystko wina tej głupiej suki, Agathy..., najpierw o wiele bardziej paląca idea tłukła się w główce Malfoy: to nie może być koniec, pomyślała Lorraine, otwierając oczy, to nie może być tak, ale te eschatologiczne rozważania nie potrwały nawet sekundy, bo w tym momencie liczyło się dla niej tylko jedno:
Maeve Maeve Maeve Maeve Maeve
Gdyby nie nadnaturalne okoliczności osnuwające dzisiejszy dzień, zapewne zawstydziłaby się desperacji, która rozkwitła w jej piersi jak otaczające ją krokusy, rozlewając się fioletem - już nie fioletem delikatnych płatków kwiatów, tylko fioletem tępo pobolewającego siniaka - kiedy ujrzała nad sobą bezmiar wszechświata w bezkresnej czerni nieba, zamiast twarzy Maeve, która powiedziałaby jej, że to wszystko był tylko zły sen, Raine. Jeszcze chwilę temu opiekuńczo przesunęła ręką po karku Maeve, kiedy jedna z młodych kapłanek zasugerowała wezwanie służb porządkowych - Lorraine gotowa była w tamtym momencie zgarnąć Sarę pod jedną pachę, a Maeve pod drugą, i wyjść po angielsku, by pod pretekstem kobiecej trwożliwości uniknąć bezpośredniej konfrontacji z przedstawicielami prawa - już otwierała usta, zdecydowana za wszelką cenę przekonać Maeve, Sarah, i Leviathana do taktycznego odwrotu, ale nagle wszystko pochłonęła biel.

O ile instynkt kazał jej najpierw dosyć chłodno skonstatować, że zapewne jest martwa, wszystkie jej zmysły buntowały się przeciwko temu skądinąd logicznemu wnioskowi - a najsilniej dziko bijące serce, spanikowana, pierwotna siła dziwnie nieważkich ramion, którymi zaparła się o grunt, próbując usiąść, i oczy, wciąż jeszcze zaślepione bielą - z tego prostego względu, że Lorraine każdym swoim zmysłem pragnęła jednego: Maeve.

Nie wiedziała, czy chce ją znaleźć: jeżeli znaczyłoby to, że dziewczyna jest równie martwa, co sama Malfoy, to wolała pozostać w tym pustym, niedokończonym świecie sama - choć przecież ten natrętny egoistyczny głosik w jej głowie domagał się teraz, by była tu razem z nią, a nie po drugiej stronie łąk asfodelowych - w żadnym życiu nie mogłaby się bowiem pozbyć echa wyrzutów sumienia, które mówiło: to twoja wina, ty zaprosiłaś ją na Lithę, ani przeklętego chorału błędnej spirali jej dziewczęcego szaleństwa, skandującego: myślałaś, że możesz być szczęśliwa?

Kiedy więc niemalże po omacku wyciągnęła dłoń, a jej rozpłomienione spojrzenie natrafiło na znajomą twarz, a sama Lorraine uświadomiła sobie, że Maeve jest tuż obok, pośród krokusów, z piersi półwili wydostał się stłumiony okrzyk ulgi, a ona sama natychmiast znalazła się przy przyjaciółce, pomagając jej podnieść się do pozycji siedzącej, czy tego chciała, czy nie, a jej dłonie, nagle dziwnie rozedrgane, odgarnęły włosy z Mewowego czółka, by mogła je ucałować.

- Nie dość, że ta wywłoka nie potrafi śpiewać, to jeszcze nie umiała nawet porządnie popełnić samobójstwa - szept Lorraine był okrutny i gorączkowy, i podszyty chyba bardziej strachem aniżeli rzeczywistą mściwością, kiedy zaborczo gładziła Maeve po włosach, i, nie wypuszczając jej z objęć, mamrotała zapamiętale - bardziej do siebie, niż do kogolwiek innego. Przymknęła na chwilę oczy, przytłoczona dziwnym krajobrazem dookoła. Wszystko było takie... Piękne i straszne zarazem. Ale prawdziwe piękno zawsze musi zawierać w sobie trochę grozy, prawda?
Lorraine wypuściła głośno powietrze z płuc, i zacisnęła zęby, robiąc to, co potrafiła robić najlepiej: maskować doskonałe opanowanie. - Przepraszam, że cię tu zaciągnęłam. - Powinnyśmy zostać na naszym kwiatowym łożu i zignorować ten rytuał. - Nic ci nie jest, kochanie? - Głos Lorraine był poważny, kiedy uważnie sunęła wzrokiem po twarzy Maeve, i dopiero nagły ruch nad ramieniem kobiety spowodował, że Malfoy zdała sobie sprawę, że przecież nie są na łące krokusów same. Zawstydziła się, widząc w niewielkim oddaleniu wyciągniętą wśród kwiatów Sarę, i, odpoczywającą nieco dalej, kolejną dziewczynę... Czyżby Effimery? Czy wszystkie umarły? Nagle Malfoy zwątpiła w swoją teorię o życiu pozagrobowym. Nie wierzyła w istnienie sprawiedliwości, ale zawsze sądziła, że pod tym jednym względem świat duchowy różnił się od tego doczesnego, że w obliczu śmierci, każdy dostawał to, na co zasługiwał... A jeżeli Lorraine była czegoś pewna, to tego, że nie mogła w oczach bogów być w żaden sposób równa Sarze, której sumienie było równie czyste, co runo poświęconego na początku rytuału jagniątka - ona zaś mogła być co najwyżej jedną z tych czarnych owiec, o których mówiła Isobelle.
- Sarah? - zawołała w stronę przyjaciółki, wciąż nie puszczając jednak Maeve - ta była zresztą zaskakująco ciepła jak na kogoś, kto zdecydował się na trójkąt miłosny z Lorraine i ze Śmiercią - Wszystko dobrze, Sarah? - dodała z troską w głosie, i już już chciała dźwignąć się na nogi, by podejść do dziewczyny, ale zamarła, widząc zbliżającą się w ich stronę, piękną zjawę.

Nieziemska, tylko tak mogłaby ją opisać, bo nie było przecież słów, które byłyby w stanie oddać jej urodę. Piękna, tak, ale jednocześnie dziwnie niewinna, z tym anielskim uśmiechem, pszenicznymi włosami, i nadnaturalną gracją. I chociaż Lorraine poczuła się tak, jakby promienie słońca opromieniły jej twarz, kiedy dziewczyna skierowała na nią spojrzenie swoich czystych, błękitnych oczu; chociaż nie wiedziała, czy chciałaby być nią, tą zwiewną istotą zakrawającą o doskonałość, czy z nią, omdlewającą pod afektem czarownej bogini; chociaż podziw mieszał się w niej z zazdrością, czułością, zaciekawieniem, i strachem - och tak, bała się przeokropnie, bo nagle widziała w twarzy kobiety nie wymarzone odbicie w lustrze, nie twarz perfekcyjnej kochanki, a twarz matki-wili, której przecież nigdy nawet nie widziała na oczy, więc mogła żyć tylko w jej sennych koszmarach - i tylko ten strach pozwolił jej wyprostować dumnie plecy, unieść podbródek i odezwać się:

- Dlaczego nazywasz nas siostrami? Nawet nas nie znasz; my także nie znamy twojego imienia? - Ani twoich zamiarów, chciała dodać, ale zamiast tego, umilkła, zdając sobie sprawę, jak miękko zabrzmiał jej głos, jak leciutko zadrżał, chociaż najpierw chciała być przecież stanowcza, osłonić towarzyszki przed tajemniczą zjawą - w końcu sama dobrze wiedziała, że piękno bywa złudne - ale zamiast tego zabrzmiała niemal życzliwie.


Co powinna zrobić? Użyć legilimencji, wybadać tajemniczą dziewczynę o twarzy bogini? Ona jedyna tutaj potrafiła czytać w myślach, więc była gotowa wyjść przed szereg, by kupić czas Maeve i Sarah, może dowiedzieć się czegoś przydatnego... Ale znów, promienny uśmiech zjawiskowej boginki rozbroił ją, i Lorraine mogła tylko słuchać gwałtownego bicia swego niespołusznego serca, bezradna.

- Jesteś tu sama? - spytała, nagle uświadamiając sobie, jak młodo wygląda dziewczyna, która je tutaj przywitała. Ile mogła mieć lat? Szesnaście? Lorraine poczuła nieprzyjemne ukłucie w piersi. Czy Nokturn aż tak wypaczył jej postrzeganie świata, że wszędzie dopatrywała się jakiejś pułapki? Sama nie mogła być przecież starsza niż ta dziewczyna, kiedy zaczęła tam nawiązywać pierwsze znajomości. Czy to dlatego nie potrafiła uwierzyć jej świeżej buźce, bo sama wiedziała, jak wcześnie zaczęło się jej własne zepsucie? - Jeżeli też się zgubiłaś, możemy razem poszukać wyjścia - szepnęła.


Yes, I am a master
Little love caster
femininomenon
I'm never gonna please the crowd
Even if they told me how
I came into this world too loud
And that's the way I'm going out
wiek
25
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
dla rodziny głównie
Nie da się Mewy opisać, bo jest metamorfomagiem. Nikt nie wie, jak tak naprawdę wygląda, bo zmienia wygląd jak rękawiczki. Nie tylko wybitnie często podszywa się pod innych, ale też manipuluje aparycją nawet gdy pozostaje przy własnej tożsamości, bo chce w oczach innych utrzymać pewne wrażenie. W jej codziennym wyglądzie da się znaleźć kilka cech wspólnych: azjatyckie rysy, zwykle czarne włosy średniej długości, chłopięcy ubiór. Nosi się - i poniekąd zachowuje - jak bad boy, ewidentnie nie próbując nigdy być damą. Zawsze da się ją poznać po zadziornym spojrzeniu oraz ostrym sposobie wypowiedzi. No i tej bezczelnej pewności siebie.

Maeve Chang
#3
08.02.2024, 20:56  ✶  
Patrząc na Sarah opłakującą śmierć owcy równie rzewnie, jakby ktoś własne dziecko jej od piersi odjął i zaszlachtował na oczach, w przypływie gniewu, który był niewymierny wobec fizycznej siły, którą posiadała, Maeve uśmiechnęła się pobłażliwie. Podniosła się, prychnęła pod nosem, gdy przez myśl przemknęła jej jedna, jedyna konkluzja:
Nokturn pożarłby ją żywcem.
Nie chciała jej pomocy i współczucia? W porządku. Wolała wsparcie jakiegoś facecika, który pojawił się akurat w dogodnym momencie, by odegrać rolę rycerza na białym rumaku? Obleśne, ale skoro lubi, to niech ma. Ale jeśli tej nocy sprawy przyjmą jeszcze bardziej krwawy obrót, Chang nawet w jej kierunku nie spojrzy. Choćby ta histeryczka w tej krwi tonęła.
I to wcale nie dlatego, że nie było już jej przykro. Nadal było, przepraszając nie skłamała. Po prostu pod tym wszystkim Maeve była ulepiona z innej gliny; nie miała zamiaru nadstawiać karku dla kogoś, kto nie tylko tego nie docenia, ale również ewidentnie sobie tego nie życzy. Pośród ścieżek nadmierna empatia kończyła się dwa metry pod ziemią dla większości twoich kończyn - większości, bo te dorodne zostaną razem ze sprawnymi organami sprzedane potrzebującym. Niekoniecznie transplantacji, ale chociażby pieniędzy. Naturalny instynkt przetrwania nie pozwalał jej więc na zgrywanie opiekunki, skoro nie miałaby z tej żadnej korzyści. Poza tym była tutaj już inna dama, którą musiała mieć na oku.
Spojrzała na Lorraine, przechylając nieco głowę na bok. Oczy miała dziwnie szczenięce, jakby z bólem serca chciała powiedzieć: próbowałam, ale nie wyszło. Przecież nie będzie błagać na kolanach o wybaczenie, kiedy tuż za ich plecami składają ofiarę z człowieka. Nawet nie miała ochoty gapić się na to nagie, rozpostarte na kamieniu ciało, bo podniesione błagalne krzyki i walka zebranych mężczyzn o życie Agathy wprowadzały ją w stan gotowości - albo do walki, albo do ucieczki. Isobelle ewidentnie peron odjechał, nie była to kwestia dyskusyjna, ale kiedy zasłyszała propozycję zbliżającej się kapłanki, co by wezwać Brygadę, dosłownie wyrwało się jej:
- Ej no, bez takich. -
Śmierć jednej owcy i średnio udana próba samobójcza, a ta już chce bumelantów wzywać? Czy w tym kowenie Macmillanów szalejem ich karmili, że każda kolejna to coraz większy oszołom? Mieli tam jakiś konkurs na pajaca roku?
Miała w zasadzie to zwerbalizować, nawet chyba spróbowała, ale wtem grom z nieba przysadził w Stonehenge tak mocno, że przed oczyma Mewy przeleciała nowa rendycja apokalipsy.
Kiedy biel spłynęła, a huk ustał, z trudem otworzyła oczy. Przed solidną chwilę czuła się tak, jakby patrzyła o wiele za długo na słońce i teraz musiała przystosować się do normalnego świata. Poczuła, jak coś ją ciągnie w górę, niezbyt agresywnie, ale stanowczo - wtedy dopiero zarejestrowała, że to był dotyk Lorraine.
I dopiero wtedy poczuła, że serce podskoczyło jej do gardła, bo przecież mogło się to dla niej skończyć tragicznie.
Pozwoliła się przytulać i głaskać, narzekanie Malfoy docierało do niej jako pojedyncze słowa, ale nie jako całość posiadająca znaczenie. Maeve rozglądała się otępiałym wzorkiem wokoło, próbując pojąć, co właściwie się stało. Gdzie one teraz były? Czy wyładowanie atmosferyczne zagięło czasoprzestrzeń tak mocno, że wywiało ich do Honolulu, co by mogły małpy straszyć? Czy to podobny rodzaj fakapu, jak wtedy, gdy kichniesz przy użyciu Fiuu i zamiast do twojego łóżeczka, to wyrzuci cię pod koła pociągu do Hogwartu?
Na szczęście wylądowały wśród krokusów, a nie na szynach. Mogło być gorzej.
- Daj spokój, jest w pytę - rzuciła, słysząc przeprosiny. Kuriozum sytuacji zmusiło Maeve do śmiechu, choć wiedziała, że mogło to u wiły wywołać złość. Wiecie, ten rodzaj wykładu, że my tutaj prawie umarłyśmy, a ty sobie żarty stroisz. Nie mogłaby jej winić, ale Lorraine chyba też podskórnie czuła, że Mewa tak radziła sobie ze strachem. - Nogi, ręce i zęby mam na miejscu. Wszystko w porządku, kochanie - powtórzyła po niej, ale tym głosem, który zwykle nadużywała Lorraine, a tym razem go zabrakło. Kiedy kładła nacisk na te wszystkie słodkie słówka, jakby chciała uczynić z nich magiczne zaklęcie. Tym razem nie wychwyciła w tym zwrocie drugiego dna, a to musiało znaczyć, że Malfoy naprawdę miała to na myśli. Rzeczywiście się martwiła i na dodatek to okazywała.
Zaraz niebo zacznie spadać im na głowę, a Maeve i tak pewnie będzie próbowała dla niej je podtrzymać.
Poczuła potrzebę wrzucenia jej w głąb tych krokusów, żeby pocałować ją tak, jakby to miałby być ich raz ostatni, ale chwila zawahania wystarczyła, by Lorraine stracić. Może nie w całości, ale na pewno jej uwagę - kiedy przyuważyła, że nie wylądowały tu same, ruszyła do Macmillan. Chang wywróciła oczyma, ale potem sama siebie skarciła za to w myślach, bo przecież to ani nie jest miejsce na zazdrość, ani na trzymanie urazy. Były w przysłowiowej dupie i kooperacja mogła im przecież życie uratować.
Kiedy Lorraine zamarła próbując pomóc Sarze, Maeve odwróciła głowę w kierunku, w którym utkwił wzrok wiły. Uniosła brwi na widok zbliżającej się kobiety i wręcz odruchowo zastąpiła jej drogę, zasłaniając Malfoy. Była piękna, wręcz nieludzko nieziemska, ale ta perfekcja nie budziła zachwytu w Chang, a raczej niepokój. Brak najmniejszego mankamentu wydawał się jej nienaturalny, a ponadto pojawiła się znikąd. I jeszcze towarzyszyła jej ta przeklęta owca, która była dzisiaj raczej złym omenem.
- Cokolwiek sprzedajesz, nie stać nas na to - ostrzegła uprzejmie, obserwując bacznie, jak przysiada na tym kamieniu. Nawet jeśli uśmiechała się najprzyjaźniej na świecie, nie znała jej zamiarów. Było w niej coś podejrzanego - była zbyt piękna, by była możliwa.


I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
moon's favourite poem
and the rest is rust
and stardust
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Drobniutka, choć wysoka na 177 centymetrów wzrostu, o popielatych włosach. Śmiech przywodzący na myśl świergot ptaków. Śpiewny, uroczy głos. Choroba objawia się u niej srebrnymi tęczówkami i wędrującym rumieniem.

Sarah Macmillan
#4
09.02.2024, 02:59  ✶  
Jak szybko potrafi rozsypać się czyjeś życie? Cóż, Sarze Macmillan wystarczyło do tego zaledwie kilka minut... Nie to, że do tej pory działo się u niej szczególnie dobrze - od dłuższego czasu znajdowała się na łajbie kołyszącej się na wzburzonym morzu łajbie, ale teraz los po prostu przesadzał. Tak, wybrała faceta - bo się jej przez ostatnie spotkania stał na tyle bliski, aby poszukiwać w nim swojego bezpieczeństwa. Nawet się o niego wsparła i podniosła z tej ziemi i to tylko po to, żeby się kilka sekund później na powrót na niej wyłożyć.

- Kulwa... - zapłakała. Miała już dosyć. Miała dosyć swojej głupiej matki i jej durnych pomysłów. Miała dosyć matki kowenu, która okazała się być tak samo popierdolona jak ta strona rodziny, o której się głośno nie mówiło. Miała dosyć Matki, Pani Księżyca, ta bowiem zdawała się nie tylko nie słuchać jej modlitw, ona musiała z nich drwić. - Nic nie jest dobrze, Lola. NIC NIE JEST DOBRZE. JEST GORZEJ NIŻ KIEDY MATKA KAZAŁA MI WYSTĘPOWAĆ W TYCH CZELWONYCH BUTACH... - Jej piskliwy, uroczy głosik ani trochę nie pasował do krzyku i taki ton właściwie nie chciał się z niej wydobyć, nawet kiedy wyraźnie się uniosła. Powiedziała to po prostu głośniej i bardziej panicznie niż normalnie. To naprawdę nie było tak, że nienawidziła tej Azjatki, przecież ona była pokojowo nastawiona do całego świata, ale dlaczego... dlaczego na wszystkich bogów tego świata, znalazła się w tym dziwnym miejscu bez osób, które faktycznie chciała trzymać za rękę? Dobrze zdawała sobie sprawę ze swojej toksyczności, ale też miała zwyczajnie dosyć tego jak niewiele historii kończyło się dla niej... nawet nie dobrze, tylko znośnie. Zabili tę owcę na ofiarnym ołtarzu w dzień jej zaręczyn. Kuzyna, co kilka godzin temu wcisnęła do rąk jej i jej narzeczonego wianki mrugając do niej okiem... teraz wbiła sobie nóż w brzuch! I tak, koszmarnie wiele tu było wielokropków, ale jednocześnie ileż tu było zawahań, scen kompletnie niezrozumiałych dla duszy kogoś takiego jak Macmillan.

Pieprzyć ten sabat. Nie pocieszały jej nawet te krokusy. Jebać to pole na środku niczego.

- Effie? - Rzuciła w kierunku czwartej z nich, bo jeszcze się nie podniosła. Spróbowała wstać. Jeszcze raz. Tym razem udało się bez komicznego upadku w pole pełne kwiatów. - Czy my jesteśmy mahrtwe? - Ależ to by było durne, niesatysfakcjonujące zakończenie. Niby nie gorsze niż to, kiedy ją Menodora wyciągnęła spod półki w sklepie i ledwo uratowali jej życie, ale wciąż - co za beznadziejna sytuacja. W jej głowie echem odbiły się słowa Victorii Lestrange, ale postać znajdująca się przed nimi nie przypominała w ogóle nikogo z jej opowieści. Sarah spróbowała więc odszukać tej twarzy w swoich wspomnieniach, w zapisach z bibliotek kowenu...


she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
Widmo
Wit Beyond Measure Is Man's Greatest Treasure.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarownica czystej krwi; jedna z czworga legendarnych założycieli Hogwartu. Posiadaczka słynnego diademu, obdarzającego niezwykłą mądrością.

Rowena Ravenclaw
#5
11.02.2024, 23:11  ✶  
Efemeryczne dziewczę w odpowiedzi roześmiało się perliście, a jej jasny głos podobny harmonii poruszanych wiatrem dzwoneczków poniósł się echem pośród górskich szczytów. Próżno jednak było doszukiwać się w jego brzmieniu złośliwości; kojarzył się bowiem z pobłażliwością i radością. A gdy przestała się śmiać, jej drobne ramiona uniosły się i opadły w cichym westchnieniu, jakby właśnie złożono na nie ogromny ciężar. Teraz patrzyła na was spod pół przymkniętych powiek, jej gęste długie rzęsy kładły się cieniem na jej policzkach, a jej usta poruszyły się w bezgłośnym “oczywiście”. Zaraz potem zamknęła oczy, a wiosenny wiatr nabrał na sile i zmienił kierunek; teraz wiał zza pleców dziewczyny, a był tak silny, że uniósł jej jasne włosy, które na krótką chwilę utworzyły aureolę wokół jej głowy, lecz kiedy podmuch dotarł do was, był jedynie lekką bryzą, niosącą ze sobą zapach kwiatów i zbliżającego się deszczu.

W tym samym momencie poczułyście, jakby spłynął na was spokój. Rozwarta gardziel przestrzeni kosmicznej nad waszymi głowami wydała wam się nagle zwyczajnym zjawiskiem, podobnie jak obecność osobliwej istoty podobnej elfowi z mugolskich wierzeń. Czyżby potrafiła wpływać także na wasze nastroje?

— Nie szkodzi, Raine. Ja znam was wszystkie — zwróciła się do półwili łagodnie, tylko po to, by w następnej sekundzie jej twarz zmarkotniała — I wcale nie umarłyście — zaprotestowała, zwracając się teraz w stronę Sarah, a jej usta wygięły się w podkówkę, jakby sama myśl o tym, że jej piękna krokusowa łąka mogłaby być krainą śmierci, zimnej i bezwzględnej, była dla niej głęboką urazą. Na słowa Maeve zaś tylko pokręciła głową.

— Jestem sama, ale nigdy samotna. To wy wpadłyście tu przez dziurę w zasłonie — mówiąc to skierowała swój wzrok ku górze i pomachała beztrosko nogami; jeśli podążyłyście za nią spojrzeniem, mogłyście w tym momencie zauważyć, że mgławica swym kształtem w rzeczy samej przypomina rozpruty materiał - dokładnie w taki sam sposób, w jaki rozpruta była sukienka dziewczęcia na wysokości łydki - nawet smętny kawałek materiału wisiał w tym samym miejscu, w którym gwiezdny obłok się załamywał i przechodził w czerń.

— Dlaczego ludzie ofiarują śmierć bogowi życia? — zapytała nagle ze skargą w głosie, gładząc poskręcane białe futro zwierzęcia, które spoczęło u jej stóp. 

adnotacja moderatora
Proszę o odpis do czwartku (15.02) do godziny 12 Serduszko
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#6
14.02.2024, 16:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2024, 09:55 przez Lorraine Malfoy.)  
Raine - to jedno słowo dźwięczało echem w jej głowie, kiedy nieznajoma zwróciła się do pozostałych kobiet, a jego echo budziło wspomnienia ciężkich oddechów Maeve i ciepła jej gibkiego ciała - to jedno słowo, wytrąciło Lorraine z równowagi... I sprawiło, że zrezygnowała z planów delikatnego przeszukania umysłu tajemniczej dziewczyny za pomocą legilimencji, do czego przez pewien czas szykowała się, podchodząc coraz to bliżej: krokiem lekkim, ale ostrożnym, tak, by zrównać się z Maeve, która wysunęła się do przodu, chcąc ją chronić - ale przecież Lorraine potrafiła o siebie zadbać, i o nią również, na swoje nieco pokrętne sposoby odrobinkę zepsutej moralnie półwili - ale tym razem, Malfoy nie mogła polegać na magii umysłu, bo przecież nieznajoma wygrała już tę grę, zanim Lorraine zdażyła wykonać pierwszy ruch. Kimkolwiek była, znała jej myśli; znała ją samą, wyczuła jej wątpliwości, tajone zamiary, wstrętną obłudę, i tlącą się w jej duszy desperację - zapewne znała już wspomnienia wszystkich ich tutaj, jak tak stały na tej łące, wiedziała o metamorfogicznych eskapadach Maeve i przygodach, które przeżywała w obcej skórze, o czerwonych, dziesięciocentymetrowych szpilkach Sarah, w których jej nogi i tyłek wyglądały doskonale, ale tylko kiedy stała nieruchomo, i treść wszystkich przepowiedni Effimery - i, w ogóle nie kryjąc się ze swoimi intencjami, uderzyła w Lorraine i jej towarzyszki lekką bryzą pozytywnych afirmacji, z którą, oprócz woni kwiatów, przypłynął także spokój.

Chwalmy Matkę, bo gdyby nie to, że fala błogości obmyła je jak święcona woda, Lorraine niechybnie pierdolnęłaby w nieznajomą legilimens za nazwaniem jej imieniem, którego mogła używać tylko pewna Azjatka... Akurat przypadkiem stojąca u boku Malfoy.

Lorraine wypuściła z piersi powietrze, czując, jak uspokajający czar rozlewa się przyjemnym ciepłem wewnątrz jej ciała, tak jak wcześniej, kiedy ni to parsknęła śmiechem, ni to załkała z przejęcia, kiedy Maeve wreszcie się obudziła i zaczęła sypać swoimi głupimi żartami - bo to znaczyło, że jest Maeve, prawdziwą, niepodrabianą, zawsze skrywającą problemy pod zawadiackim uśmiechem, a nie wytworem jakiejś sennej aberracji, w którym zostały uwięzione - i spojrzała na całą tę sytuację z nowej perspektywy. Lorraine bardzo próbowała nie ulec urokowi - co za ironia, jakieś wile czary skierowane przeciwko półwili... - ale musiała uznać wyższość tajemniczej towarzyszki.

Bo może ta dziewczyna, zasypująca teraz pieszczotami owieczkę, rzeczywiście nie była ich wrogiem?

Sama, ale nigdy samotna... Lorraine nigdy nie była sama, ale zawsze była samotna. Przywykła. Zawsze wiedziała, że jest z nią coś nie tak, no bo przecież mama za mało przytulała ją w dzieciństwie, czy coś, i przez to już do końca życia musiała sobie rekompensować emocjonalne niedojebanie lawirując między łóżkiem Maeve a wampirzą trumną Otto. Poniekąd właśnie dlatego Lorraine skłoniła się w stronę wiary: jej tchórzliwa, biologiczna matka-wila popełniła samobójstwo, porzucając ją na łaskę i niełaskę nieodpowiedzialnego ojca; Miranda, będąca jej matką w każdym aspekcie tego słowa poza realnym pokrewieństwem, spędziła większość życia patrząc na przybraną córkę z pogardą, wydzielając okruchy miłości z taką samą sadystyczną precyzją, z jaką Lorraine wydzielała sobie jedzenie, kiedy walczyła z zaburzeniami odżywiania; ale Matka, wszechwiedząca bogini, kochała przecież nieodwołalnie, i nikogo nie odtrącała od swojego łona.

- A co innego mogą ofiarować? - rzuciła, jakby to była pierwsza rzecz, która wpadła jej do głowy (w której nieustannie tłukły się pytania: Kim jesteś? Czy jesteś tym, kim myślę, że jesteś? Gdzie jesteśmy? Czy stąd wyjdziemy?), patrząc z powagą na nieznajomą. Pytała szczerze. Niezależność była jedynym skarbem, jaki posiadała Lorraine Malfoy. Póki miała możliwość samostanowienia o sobie samej, była w stanie znieść wszystko, bo to znaczyło, że dalej jest sobą, że dalej ma przyszłość, że dalej może coś zmienić. Kochając, poświęcała część siebie każdemu, kogo darzyła uczuciem, tylko w takim bezbrzeżnym oddaniu i pokrętnej lojalności widząc jakikolwiek sens... miłości.

To było inne od ofiary Agathy, która gotowa była przelać krew dla ukochanej bogini, ale Lorraine, z umysłem wypaczonym przez nadużywanie legilimencji, najwyższego poświęcenia upatrywała w dzieleniu się z innymi własną duszą, nie zaś w rozlewie krwi. Nie, Lorraine nie miała nic innego poza własnym życiem, i ambicją, by zmienić je na lepsze. A ofiara? Malfoy wierzyła w to, że aby osiągnąć prawdziwą wielkość, trzeba poświęcić całe swoje życie w dążeniu do niej. Tylko w ten sposób można być jej godnym.

Zresztą, skąd nieznajoma wiedziała o Agathcie? To też wyczytała w jej głowie?


Yes, I am a master
Little love caster
moon's favourite poem
and the rest is rust
and stardust
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Drobniutka, choć wysoka na 177 centymetrów wzrostu, o popielatych włosach. Śmiech przywodzący na myśl świergot ptaków. Śpiewny, uroczy głos. Choroba objawia się u niej srebrnymi tęczówkami i wędrującym rumieniem.

Sarah Macmillan
#7
18.02.2024, 18:44  ✶  
Effie nie odpowiadała, co wprowadziło Macmillan w jeszcze większą konsternację. Jej oczywistym, pierwszym instynktem było znaleźć się bliżej ukochanej Trelawney, więc podczołgała się do niej i zaczęła ją szturchać, chcąc sprawdzić, czy przyniesie to jakąkolwiek reakcję. A jej oczy? Czy ona w ogóle była przytomna? Czy oddychała? Chciała wyciągnąć ze stanu dziewczyny jak najwięcej informacji, chociaż delikatny głos towarzyszącego im dziewczęcia mówił, że wcale nie umarły. Kłębiąca się w niej panika szybko jednak minęła. Nie rozumiała do końca dlaczego, przecież stan Effimery był czymś, co powinno doprowadzać ją teraz do gorączki, a zamiast tego zachwyciła się delikatną, wiosenną bryzą tańczącą wokół nich wszystkich.

Może prawda była taka, że pytanie o śmierć zadała z nadzieją? Może... może w takim właśnie miejscu, gdzieś głęboko w zaświatach miała wreszcie poczuć się spokojnie?

Wciąż pochylając się nad Efiimery, podążyła wzrokiem w kierunku kobiety, później na wskazywane przez nią miejsca. Uszczypnęła się w rękę dla pewności, że nie był to sen, ale sytuacja nachalnie wciskała jej do głowy myśli o tym, co spotkało Victorię Lestrange i strasznie ją to wszystko zirytowało. Ponadludzki byt bawiący się za jakąś zasłoną, mówiący rzeczy tak, jakby miały być dla niej oczywiste - ona jednak nie doszukała się w swoich myślach żadnych poszlak, więc nie miała się do czego odnieść. Przepełniona spokojem, nie odczuwała już żalu do Matki za to, że nigdy nie słuchała jej modlitw, a jednak nie potrafiła już nie podchodzić do tego wszystkiego bez dużej dawki krytyczności.

- Skąd myśl, że ktokolwiek ofiarował coś bogom?

Macmillan zmarszczyła nos, wstając.

- Isobell wyglądała, jakby chciała nas zaszlachtować tylko i wyłącznie dla własnej uciechy pszelania ich klwi i enelgii na ten stół, co pszypomina bahdziej naghrobną płytę niżeli święte miejsce.


she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
femininomenon
I'm never gonna please the crowd
Even if they told me how
I came into this world too loud
And that's the way I'm going out
wiek
25
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
dla rodziny głównie
Nie da się Mewy opisać, bo jest metamorfomagiem. Nikt nie wie, jak tak naprawdę wygląda, bo zmienia wygląd jak rękawiczki. Nie tylko wybitnie często podszywa się pod innych, ale też manipuluje aparycją nawet gdy pozostaje przy własnej tożsamości, bo chce w oczach innych utrzymać pewne wrażenie. W jej codziennym wyglądzie da się znaleźć kilka cech wspólnych: azjatyckie rysy, zwykle czarne włosy średniej długości, chłopięcy ubiór. Nosi się - i poniekąd zachowuje - jak bad boy, ewidentnie nie próbując nigdy być damą. Zawsze da się ją poznać po zadziornym spojrzeniu oraz ostrym sposobie wypowiedzi. No i tej bezczelnej pewności siebie.

Maeve Chang
#8
19.02.2024, 22:27  ✶  
Gdyby nie ten błogostan, który spłynął na nie niczym manna z nieba, skończyłoby się to rzucanie czułymi słówkami tragicznie. Nie wiadomo czy dla nieznajomej, czy dla samej Maeve, która otrzymałaby niepiękne w zamian za nienadobne, ale ta była zdecydowanie jeszcze chwilę temu gotowa, by skoczyć do gardła tej morowej pannie, co by wyrwać jej Raine z ust razem z językiem.
Nie wiedziała ani skąd ta zaborczość, ani narastająca agresja - może nerwy, które nie docierały do niej dzięki adrenalinie, gdy na jej oczach odbywało się samobójstwo wspomagane przez partaczy, wezbrały w niej teraz i szukały drogi ujścia. Na szczęście nie podzieliła losu zapisanego runami ołtarza i krew jej nie zalała. Uspokoiła się szybciej, niż zdołała się wścieknąć.
Niemniej i tak złapała Malfoy tak łapczywie i mocno za rękę, że błyskawicznie pobielały jej knykcie.
Mewa wiedziała, że nie umarły i nie potrzebowała niczyjego potwierdzenia - doskonale wiedziała, że gdziekolwiek trafi po śmierci, to miejsce nie będzie choćby w połowie tak przyjemne jak to. Zamierzała iść do piekła z każdej religii, a ze wszystkich, o których słyszała, żadne nie było wypełnione kwiatami i pięknymi kobietami. Najbardziej skłonna była uznać, że jak ten piorun przysadził w ziemię, to upadając przydzwoniła potylicą w kamień i teraz majaczy.
- Skoro znasz nas wszystkie, to może wyrównajmy położenie i się nam przedstaw? - Potrząsnęła głową i rozłożyła ramiona, bo nie lubiła się bawić w zgadywanki i owijanie w bawełnę. Skoro nawet Lorraine nie miała zielonego pojęcia, kim jest ich nowa koleżanka, ba - nawet nie wyglądała, jakby w którejś kaplicy jej dzwoniło kim jest, to znaczyło, że ta znajomość jednostronna. A nuż ta baba ich obserwuje jak śpią? Co jak co, ale Maeve uważała koncept aniołów stróżów obserwujących ludzi rano, wieczór, we dnie i w nocy za nieco dziwny, jeśli nie obleśny.
Spojrzała w niebo, gdy wspomniała o upadku przez dziurę w zasłonie. Porwany niczym sukno nieboskłon wprawił ją w dyskomfort; jeśli faktycznie przeleciały przez to coś, to gdzie do cholery były? Jakoś nie mogła uwierzyć w to, co widzi, ale z drugiej strony... Przecież to mogła być zwyczajna iluzja. Czy nie widzieliście przecież sufitu w Wielkiej Sali w Hogwarcie?
- Ludzie ofiarują śmierć wszystkiemu, nawet kanałom na Nokturnie. Niektórzy po prostu lubią się oszukiwać, że robią to w imię wyższego celu, co by potem móc zasnąć w nocy - oświadczyła, wywracając oczyma. Po co w to wszystko mieszać bogów? Czemu w ogóle mieli składać im ofiary, czy to żywe, czy martwe? Czy wszechmogące istoty tak nisko upadły, że potrzebowały ciała niestabilnej Agatki na zachętę?
- Dobra, my tu gadu-gadu, wchodzimy w rozprawy filozoficzne, a nie wiemy nawet jak się stąd wydostać, plus ktoś leży w trafie i nie dycha. I to nawet nie dwie dychy, tylko Trelawney. - Po dwie dychy może by się schyliła. - Nie wiem, jak wy, ale ja bym bardzo chciała wrócić do mojego własnego planu astralnego, zanim moja twarz pojawi się na kartonach mleka wśród innych zaginionych. - Wyznawszy swoje marzenie i zalążek planu działania, zaczęła się rozglądać za jakąś drogą powrotną. Ścieżką, rzeką. No czymkolwiek, co mogłoby ich gdziekolwiek doprowadzić. Nawet do ich zguby.


I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
Widmo
Wit Beyond Measure Is Man's Greatest Treasure.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarownica czystej krwi; jedna z czworga legendarnych założycieli Hogwartu. Posiadaczka słynnego diademu, obdarzającego niezwykłą mądrością.

Rowena Ravenclaw
#9
20.02.2024, 17:16  ✶  
Milczała przez chwilę, zanim zdecydowała się odpowiedzieć na pytanie Lorraine.

— Lubię kwiaty, i plony, i modlitwy, i pieśni, i tańce... — wyliczała na palcach — Potrzebny mi nowy ołtarz, ale tym zajmą się mężczyźni.

A później zamarła w bezruchu, jakby próbowała zrozumieć to, co właśnie powiedziała jej Sarah.

— To dlaczego Isobell modliła się do mnie? Dlaczego dała mi tę owieczkę? — poskarżyła się, a później — O nie, nie, nie, nie można jej pozwolić, żeby krzywdziła kogokolwiek w imieniu bogów!

Spojrzała na was wszystkie błagalnie, jakby to od was oczekiwała właśnie, abyście powstrzymały Arcykapłankę. Zaraz potem jej twarz na powrót złagodniała.

— Mam różne imiona. Najbardziej podoba mi się Hekate, Selene i Diana, ale zwykle nazywają mnie Dziewicą — uśmiechnęła się do Maeve.

— Bez obaw, Effimery tylko się tu zaplątała — rzuciła pogodnie, najwyraźniej nie podzielając waszej troski o czarownicę — Obrazy tańczą jej przed oczami. Śni pięknie, ale nie może was usłyszeć. Dajmy jej więc spać.

Po tych słowach ciało Trelawney zapadło się w miękkim wiosennym łożu; warstwa krokusów porosła jej kończyny, wykwitła na piersiach, wylała się z ust i przysłoniła oczy. Wkrótce drobna sylwetka dziewczyny całkowicie zniknęła pod pierzyną kwiatów. Pozostał tylko wiatr, kołyszący purpurowymi kielichami. Zupełnie tak, jakby dziewczyny nigdy tam nie było.

Zaraz potem wyjęła zza pleców igłę oraz nitkę, podniosła się z miejsca i podała je stojącej najbliżej osobie, to znaczy Maeve.

— Jeśli chcecie odejść, trzeba zaszyć zasłonę — uparła się. Ostentacyjnie usiadła na kamieniu bokiem, prezentując jeszcze wyraźniej smukłą łydkę przyodzianą w rozprutą szatę.

adnotacja moderatora
Proszę o odpis do soboty (24.02) do 15 Serduszko
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#10
24.02.2024, 08:39  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.02.2024, 17:13 przez Lorraine Malfoy.)  
W tej chwili, Lorraine była gotowa ofiarować swoją śmierć najgłębszemu z kanałów na Nokturnie i zatonąć w objęciach ścieków podziemnych ścieżek niczym bohaterka szekspirowskiej tragedii – choć tamta odpoczywała pewnie pośród kwiatuszków, nie zaś w szambie – bo spłonęła rumieńcem, kiedy Nieznajoma zaczęła wyliczać wszystkie rzeczy miłe bogom… Tak się bowiem akurat złożyło, że w towarzystwie Maeve wykonała dzisiaj porządny speedrun wspomnianych praktyk religijnych: rano sobie pośpiewała z kapłankami, potem, jak już razem z Maeve zmęczyły się ciągłym tańcowaniem, trochę powygłupiały się na kwietnym ołtarzu na brzegu lasu, zaś modlitwy…
Cóż, jej ulubioną modlitwą była litania złożona z samych „och, Maeve” i ciężkich westchnień. A skoro tajemnicza dziewczyna wiedziała, że odpowiedzią na każde z tych wezwań było „Raine”…

Malfoy poczuła, jak Maeve chwyta jej dłoń, mocno, i poczuła się lepiej. Ale wciąż milczała, strapiona. Bała się usłyszeć, co więcej ma im do powiedzenia Nieznajoma, która stawiała swoją wiotką postać na równi z bogami… Miała już pewne przypuszczenia, dlaczego, ale obawiała się wypowiedzieć je na głos.
Przez chwilę kiwała więc tylko głową na słowa Sarah. Dopiero teraz dotarło do niej, że wcześniej zbytnio skupiła się na antagonizowaniu Agatki, zapominając, że główną winną całego tego zamieszania była arcykapłanka, Isobell. Te zaburzenia planu astralnego, o których mówiła Maeve – a może widok obwisłych cyców Agatki? – zakłóciły widocznie jej zwykle dosyć zdroworozsądkowe podejście…

Podobnie jak i nagła rewelacja, że mają do czynienia nie z byle dziewczyną, a samą boginią-Dziewicą.

Lorraine może i była natchniona nadnaturalnym spokojem, ale i tak zamarła, kiedy tajemnicza kobieta ujawniła im swoją prawdziwą tożsamość. Malfoy zawsze wierzyła w Coś – jakąś siłę wyższą, której istnienie wykracza poza ludzkie pojęcie – ale dopiero wkraczając w wiek dorosły, zdecydowała, że ulokuje swoją wiarę w religii.
Nawet teraz, wierzyła.

Niestety, spotkanie ze Stwórcą nie wiązało się z ekstatycznym doświadczeniem katharsis. W głowie Lorraine kłębiło się coraz to więcej pytań, a choć czary bogini spowodowały, że nie popadała w panikę, jej umysł pracował na najwyższych obrotach.

– Tyle imion – powtórzyła tępo, wpatrując się w boginię – Dlaczego więc nigdy nie odpowiadasz, wtedy, kiedy wołałam cię każdym z nich, o, Pani? - spytała. - Ta jedna martwa – pierdolona, dopowiedziała w myślach, bardziej zrezygnowana niż gniewna – owca wzruszyła cię bardziej, niż połowa mojego – pierdolonego, znów dodała w głowie – życia? – Głos Lorraine był spokojny, pełen dziwnej zadumy, ale mówiła coraz szybciej, jakby próbowała uchwycić ulotne myśli. Stała sztywno, patrząc spode łba, i z nadąsaną miną bachora, z którym nikt nie chce się bawić. – Odejdziemy – i co dalej? Wyślemy Isobell do lecznicy dusz, znajdziemy Agatce nowe hobby w miejsce samookaleczenia, nawieziemy kwiatki na grobie Effimery, czy może zapomnimy o wszystkim? Po co w ogóle nas tu zebrałaś? Żeby bawić się w robótki ręczne? – Lorraine nie ruszyła się z miejsca, jakby nie dotarło do niej, o co prosi Bogini. Pokręciła gwałtownie głową, patrząc na igłę w dłoni Maeve. - Byłam głupia, przychodząc na ten rytuał. Dziewica? Dziewicą to ja nie jestem już od podstawówki, dlaczego miałabym się do ciebie modlić? Potrzebuję Matki. Gdzie ona jest? Gdzie ty byłaś, kiedy cię potrzebowałam? – Teraz ona ściskała desperacko rękę Maeve, tak, jak gdyby dłoń dziewczyny była ostatnim bastionem normalności.
- Nie potrzebuję cię już więcej. Po co mi taka bogini? Czy ja wyglądam na owcę? Może Degenhardt ma mniejszy kult, ale on przynajmniej patrzy mi w oczy, jak się ze mną rucha, a ty – ty robisz to gorzej niż obecny rząd. - Lorraine puściła rękę Maeve, i niczym obrażone dziecko, usadowiła się na ziemi obok, mrugając gwałtownie, bo poczuła wilgoć zbierającą się pod powiekami. Ale zacisnęła zęby, zbyt uparta, by płakać. Popatrzyła wyzywająco na boginkę.

- I nie będę się więcej do ciebie modlić. Wiesz, przed kim klękam? Przed Maeve. Ona dostaje wszystkie moje modlitwy, pieśni i tańce, tylko ona, nie ty. Ją mogę wielbić. Ona mnie nigdy nie zawiodła. A po tym wszystkim… – odwróciła się od bogini, i całą swoją uwagę skupiła na chwilę na twarzy przyjaciółki, delikatny uśmiech zaigrał w kąciku jej ust. – …pójdziemy na kebaba z jagnięciny, najdroższa – rzuciła, wredna satysfakcja w jej głosie. Z powrotem przeniosła spojrzenie na boginię. - I sama sobie szyj tę kieckę – odburknęła.

Czy to było dziecinne?
Owszem.
Ale przecież: „wszyscy dzieci Matki są”.


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lorraine Malfoy (3104), Maeve Chang (1948), Rowena Ravenclaw (1115), Sarah Macmillan (1034)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa