Byliście tam, gdzie kres ma swój początek. Pośród mądrości pokoleń, których ślady przykrył kurz. Gdybyście tylko dotknęli chropowatej kory dębów, poczulibyście, jak wibruje pod waszymi palcami w unisonie wiedzy gromadzonej przez tysiące lat.
Spomiędzy drzew wyłoniła się odziana w czarne łachmany pokraczna sylwetka opierająca swój ciężar na drewnianym kosturze. Kiedy podeszła bliżej, zorientowaliście się, że to zgarbiona starucha, która niosła na plecach chrust. Zdecydowanie była najszpetniejszą istotą, z jaką mieliście przyjemność przebywać. Twarz jej była przeorana zmarszczkami, upodabniającymi ją do groteskowego gargulca, w cienkie srebrne włosy zaplątały się kolorowe liście, jednak jej oczy - jej błękitne oczy, zasunięte cienką warstwą bielma, wyrażały mądrość, przed którą mimowolnie czuliście respekt.
— Witajcie, moi Uczniowie — przywitała się z wami, a następnie zrzuciła ciążący jej na plecach chrust. — Rozpalcie ogień, nim zaczniemy.
Z kieszeni swego zniszczonego płaszcza wyjęła krzesiwo, które rzuciła w waszym kierunku; upadło na ziemię między was. Był to jedyny sposób na wzniecenie iskry; magia w tym dziwnym lesie zdawała się w ogóle nie działać.