• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 10 11 12 13 14 … 16 Dalej »
1971, Wiosna, 12 Kwietnia - Psi patrol na mugolskich dzielnicach

1971, Wiosna, 12 Kwietnia - Psi patrol na mugolskich dzielnicach
constant vigilance
I have traveled far beyond the path of reason.
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
auror
Wysoki na prawie dwa metry, brakuje mu pewnie mniej niż dziesięć centymetrów, ale ciężko to ocenić na oko. O krępej budowie ciała, z szeroką twarzą i wybitymi zębami. Skóra często pokryta bliznami. Krzywy nos, z pewnością kiedyś złamany. Włosy ciemne, oczy też. Nie należy do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbają.

Alastor Moody
#1
12.12.2022, 00:42  ✶  
12 kwietnia 1971, wieczór

Piękny, ciepły, wiosenny wieczór, został zniszczony przez kolejny wybuch. Alastor biegł ile sił w nogach, ramię w ramię z Harper, ale ciemny dym i tak ich dogonił. Chociaż słońce dopiero zachodziło i jeszcze przed chwilą mogli podziwiać rozpościerające się nad nimi jego ostatnie promienie, teraz docierała do nich kompletna ciemność. Kolejne rzucone w nicość zaklęcie rozpraszające nie przyniosło żadnego rezultatu.

- Co to jest kurwa za inkantacja?

W tej sytuacji nawet on był zdezorientowany - miał wrażenie, że jego znajomość czarnomagicznych sztuczek była wysoka, ale czuł jak mimo wyćwiczonej oklumencji, ten cholerny dym robił mu coś z głową i... z Harper działo się to samo. Jego kuzynka oddychała coraz ciężej, rozglądając się wokoło. Wreszcie zakryła się chustą przewieszoną przez szyję i chwyciła go za ramię, próbując wyprowadzić z zasięgu klątwy. Kiedy udało im się wydostać z jej okowów, kobieta szarpnęła za rękę i powiedziała: Al, spróbuję rozproszyć to zaklęcie, ale ktoś musi wyprowadzić z dzielnicy resztę ludzi. Zakryj usta i nos. Wycelowała różdżką w stronę Ministerstwa i krzyknęła: Expecto Patronum. A potem zniknęła tak szybko... za szybko, zniknęła, zanim zdążył się odezwać i powiedzieć, że nawdychał się tego o wiele więcej, niż powinien. Cokolwiek to było, powoli z niego uchodziło i nie wątpił w to, że za moment powróci całkowicie do normy, ale...

Ale teraz...

Teraz nie wiedział, co robić. Wszystko wokół się kręciło, a on sam czuł taki przerażający strach. Sztuczny strach. Nie wiedział, czego się bał, ale pobladł niesamowicie, zlało go zimnym potem. Wlepił zwężone źrenice w szary bruk mugolskiej ulicy i zaczął się trząść. Słyszał krzyki i piski uciekających ludzi. W głowie miał pustkę. Nie myślał o tym ilu amnezjatorów będą tutaj potrzebowali ani o tym ile w tym cholernym dymie mogło znajdować się już ofiar zawalonego budynku. Czuł tylko strach, strach i strach, rozpościerający się po zmęczonym ciele. Potarł dłońmi twarz, a później poczuł ciepło. Ciepły dotyk kobiecej dłoni zaciśniętej wokół jego nadgarstka. Stała przed nim jego była dziewczyna, a on nie miał już pojęcia - czy to się działo naprawdę, czy było jedynie halucynacją.

- Mavelle?

Jego głos brzmiał inaczej. Ciszej. Zakrawał o błagalny ton, o ile można było błagać, wypowiadając czyjeś imię. Postawa niegodna kogoś noszącego z dumą mundur Aurora, a jednak - to wszystko działo się naprawdę.


fear is the mind-killer.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#2
12.12.2022, 22:08  ✶  
Jak coś psuć, to coś, co musi być oczywiście bardzo ładne, przyjemne i sprawiające, że generalnie dobrze się z tym czuło. Ten wieczór zresztą taki był – więc… no cóż, wyglądało na to, że ci durnie w maskach musieli, po prostu musieli wtrącić swoje trzy knuty i dosłownie wszystko popsuć.
  Zamiast relaksu z fantastyką w ręku – bieg ulicami Londynu. Zamiast popijania dobrej kawy, wzbogaconej piankami – usiłowania zablokowania niszczycielskich i czarnomagicznych zaklęć. Wychodziło, niestety, różnie – walka w niczym nie przypominała tańca pełnego gracji, na wypolerowanej posadzce do tego stopnia, że dało się w niej przejrzeć. Ba, nawet wolałaby teraz wlepiać mandaty za zaparkowaną nieprawidłowo miotłę niż znajdować się w tym chaosie.
  Pełnym krzyków, przesyconym zapachem paniki. Śmierci.
  Czasem czuły węch był przeszkodą; wolałaby nie czuć nic, nie wyczuwać krwi.
  Ale były rzeczy, które trzeba było zrobić. Należało. Ktoś musiał trwać na straży, działać, chronić, żeby kto inny mógł spać spokojnie. Lub najzwyczajniej w świecie – przeżyć. A że była tym kimś? Sama taki los wybrała, więc nawet się nie skarżyła
  Cholera. Cholera. CHOLERA. Ktoś się potknął, zarył nosem w londyński bruk; nie myślała, nie zastanawiała się, po prostu działała instynktownie. Poderwać, popchnąć w kierunku, z którego przyszła – tam powinno być bezpiecznie. Bezpieczniej niż w centrum piekła, w którym wciąż przecież byli ludzie, tam zmierzała. LEĆ W PRAWO, MOŻE UDA SIĘ ICH ZAJŚĆ OD TYŁU – szybka myśl posłana do Carla; pozostawał trochę z tyłu, ale jeszcze nie straciła go z oczu.
  Jeszcze.
   I zaraz zgubiła.
  Dalej, musiała iść dalej. Więcej strachu, więcej krwi, więcej śmierci. Więcej pyłu unoszącego się wokół, pochodzącego z zawalonego budynku. I w cały ten pęd, chaos, wkradł się dysonans. Sylwetka mężczyzny, który nie uciekał, choć w zasadzie powinien brać przykład z innych. Albo… och. Alastor.
  Nad tym też nie myślała. Nie mogła go tak zostawić; nawet nie wiedziała, kiedy jej własna dłoń zacisnęła się na nadgarstku mężczyzny.
  - Chodź, nie możesz tu zostać – odparła tylko, dość naglącym tonem. Pociągnęła, mało subtelnie, chcąc zmusić go do wykonania kroku. I jeszcze następnego. I jeszcze. Auror czy nie, rozpostarła nad nim skrzydła jak nad każdym, kogo starała się tu ochronić.
  Kolejny wybuch, nie tak głośny, jak wcześniej. Może na mniejszą skalę, a może gdzieś dalej. Pociągnęła mocniej. Naprawdę nie mógł tu zostać, nie w tym stanie – a ona nie mogła się zatrzymać, przytulić, ukoić.
  Za mało czasu.


384
constant vigilance
I have traveled far beyond the path of reason.
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
auror
Wysoki na prawie dwa metry, brakuje mu pewnie mniej niż dziesięć centymetrów, ale ciężko to ocenić na oko. O krępej budowie ciała, z szeroką twarzą i wybitymi zębami. Skóra często pokryta bliznami. Krzywy nos, z pewnością kiedyś złamany. Włosy ciemne, oczy też. Nie należy do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbają.

Alastor Moody
#3
13.12.2022, 02:05  ✶  
Istniało niewiele osób, którym Moody potrafił zaufać w tak dużym stopniu jak Mavelle, nawet jeżeli ich ostatnie spotkanie było tak gorzkie, jak tylko można to było sobie wyobrazić. Pomiędzy ich dwójką znajdowało się sporo żalu, wiele niedomówień. Wisiała też nad nim świadomość bycia czyimś błędem w życiorysie, ale... Mimo wszystko, kiedy miał ją przed sobą, odnalazł komfort w bystrym spojrzeniu czarownicy. Na tyle duży, aby na moment oprzeć czoło o jej głowę. Tak, jak robił to zawsze. Ale tym razem nie zrobił nic więcej - nie ujął jej twarzy w szorstkie dłonie, nie zaśmiał się, nie zbliżył do niej w żaden inny sposób - po prostu trwał tak tych kilka sekund, zanim go pociągnęła w stronę uciekających ludzi. Szedł za nią nie protestując, w pierwszej chwili biorąc to za logiczne wyjście z tej sytuacji, ale każdy krok z dala od gryzącego dymu, a także każdy krok blisko kogoś, kogo widok go uspokajał - wszystkie stanowiły również kroki w stronę przypomnienia sobie o tym, co działo się wokół niego.

A działo się tu tak wiele. I wciąż był tutaj potrzebny.

- Nie - powiedział nagle, opierając się ramieniem o ścianę budynku. - Tam są jeszcze cywile i Harper. Musimy tam wrócić, ale nie możemy tego wdychać i nie da się tego rozproszyć - kontynuował, próbując uspokoić jeszcze odrobinę drżącą rękę. Dopiero teraz dotarło do niego jak nierozważne było zachowanie jego kuzynki i zamiast się na to zezłościć w jakikolwiek sposób, zdecydował się na wybiegnięcie za nią w samo serce zdarzenia. Potrzebował do tego jedynie kilka głębokich wdechów. Jeden, drugi, trzeci... A potem nastąpił kolejny wybuch. Dym wokół zawalonej kamienicy zaczął się rozrzedzać, ale nie zniknął całkowicie. Z ogarniętej ciemnością ulicy sięgały ich dźwięki rzucanych zaklęć. Moody sięgnął wolną dłonią do krótkiej pelerynki przypiętej do swoich pleców, decydując się na związanie jej wokół swojego nosa.

- Ja muszę - poprawił się nagle, kiedy do niego dotarły ewentualne konsekwencje. Gdzieś pomiędzy wierszami plątały mu się takie słowa jak „dziękuję” i „przepraszam”, ale kompletnie zagłuszone przez panujący wokół chaos ginęły w nim bezpowrotnie. Nie wypowiedział ich więc na głos i wątpił w to, aby je wyczytała z milczenia. Bo to milczenie było przecież gwoździem do trumny ich relacji.


fear is the mind-killer.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#4
14.12.2022, 21:17  ✶  
Kilka sekund.
  Kilka sekund, w trakcie których cały ten chaos wokół nich wydawał się na chwilę zamrzeć, stać się całkiem nieistotny. Świat się skurczył w ułamku sekundy - byli tylko oni, stykający się czołami.
  Przyspieszony oddech, smuga czegoś ciemnego na policzku.
  Niemalże zatęskniła do tego, zapragnęła, żeby to zrobił - ujął twarz, jak kiedyś, czy też po prostu się zaśmiał. Niemalże - uczucie zniknęło, zanim na dobre się rozwinęło; nie dość, że tak bardzo to nie był czas ku temu, to taka ich relacja, jakkolwiek by nie patrzeć, należała już do przeszłości. I nawet jeśli pozostał jakiś żal, że nie ułożyło się tak, jak początkowo myśleli, że się ułoży; nie do końca wybaczone znikanie bez słowa, przez co wychodziła z siebie, martwiąc się przy tym, czy jest cały i zdrów, to właściwie nie miała powodów, by potraktować byłego partnera z wybitną niechęcią.
  Ale nie mogli tak tkwić przez wieczność, nie, gdy wokół trwał zamęt. Zamęt, z którym musieli sobie poradzić - ona i wszyscy inni, którzy zostali tu ściągnięci.
  Dlatego chciała wyciągnąć stąd Moody'ego, popchnąć w bezpiecznym kierunku, żeby nie musieć mieć z tyłu głowy głosiku szepczącego, że za jej plecami został ktoś, kto zdawał się w tym wszystkim zagubić i wskutek tego mógł nie reagować odpowiednio.
  - Al, przecież ty... - zaczęła, może nawet zbyt ostrym tonem, po czym urwała. Początkowo chciała się go stąd całkiem pozbyć, uznając, iż nie jest zdolny do służby, biorąc pod uwagę, jak wyglądał, jak się zachowywał. W takiej sytuacji wolała odesłać niż ryzykować, że rozsypie się całkiem, że pojawi się ofiara, której można było uniknąć.
  Tyle że może łącząca ich relacja zniekształciła osąd; sprawiła, że zapomniała, iż nie bez powodu został aurorem.
  I nie bez powodu sprawdzał się w tym, co robił.
  Głębszy wdech, szybkie rozejrzenie się dookoła, pociągnięcie nosem. Nadal krew, śmierć, dym i pył; mnóstwo zapachów zlewających się w jeden. Niezmiennie paskudny, niosący ze sobą poczucie bliżej nieokreślonej beznadziei. Ale przecież to nie był koniec, należało iść dalej, zająć się cywilami, w miarę możliwości dotrzeć do źródła chaosu i go wyeliminować.
  Nawet jeśli oznaczałoby to krew na jej dłoniach.
  Zajmę się tym, ja i inni, odpuść, nie nadajesz się do dalszej służby - cisnęło się na usta.   Tyle że każdy miał prawo się bać; sama też nie była taka znowu nieustraszona. Bo choć mogła utrzymywać teraz maskę kogoś, kto doskonale wiedział co robi i nie jest przepełniony lękiem, to prawda była zupełnie inna - serce zdawało się wręcz podchodzić do gardła, a coś w środku krzyczało, że powinna się schować. Puściła w końcu nadgarstek Alastora, odpuszczając.
  Instynkt rządził się swoimi prawami.
  - Będę obok - rzuciła twardo, nie dając przestrzeni na dyskusję. Niemożność wdychania trochę komplikowała sprawy, przez co samo zawiązanie peleryny może i ograniczało wdychanie świństwa zawieszonego w powietrzu, ale nie eliminowało tego całkowicie. Stąd też, gdy tylko pośpiesznie zrobiła to samo co Alastor, wymierzyła w mężczyznę różdżką, mamrocząc zaklęcie, mające za zadanie stworzyć wokół głowy bańkę, w której można było bezpiecznie oddychać. Ten sam czar planowała rzucić również i na siebie; po czym spojrzała jeszcze raz na Moody’ego, jakby pytając, czy na pewno jest gotów iść dalej.

518/902
constant vigilance
I have traveled far beyond the path of reason.
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
auror
Wysoki na prawie dwa metry, brakuje mu pewnie mniej niż dziesięć centymetrów, ale ciężko to ocenić na oko. O krępej budowie ciała, z szeroką twarzą i wybitymi zębami. Skóra często pokryta bliznami. Krzywy nos, z pewnością kiedyś złamany. Włosy ciemne, oczy też. Nie należy do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbają.

Alastor Moody
#5
06.04.2023, 23:57  ✶  
Przez moment musieli pewnie wyglądać, jakby wciąż byli razem. Jakby się wcale nie rozstali w akompaniamencie emocji tak silnych, że gorycz po nich wciąż tętniła w żyłach, wciąż przywracała do głowy wspomnienia bolesne i wyzwalające w człowieku to, czego w sobie najbardziej nie lubił – reakcji na porażkę, z którą nie można było zrobić już nic. Porażka–? Tak, to było dobre słowo na określenie tego, co ich łączyło – porażka, bo jak inaczej to nazwać po ich ostatnim wieczorze?

To on był tą porażką. On był jej źródłem.

Czerpał z niej znowu – z tej bliskości, z jej ciepła, z jej pięknej duszy, którą uwielbiał i ukochał na przestrzeni ostatnich lat, ale znów wystarczyła mu chwila – ustępujące przerażenie nie robiło na jego twarzy miejsca na miłość, tylko spokój. Im bardziej był opanowany, im mocniej czuł grunt pod swoimi nogami, tym bardziej się od niej oddalał. Czerpał z niej znowu i od razu było widać, że zaraz ucieknie. Nie dosłownie – będzie tu nadal, ale już nie taki. Bo Moody bardzo lubił być na chwilę. Najlepiej na tę chwilę, która była dla niego wygodna. Nie lubił takich słów jak „na zawsze”, „musisz”, „powinieneś”, „odpuść”, „nie pozwolę ci” – zawsze tak samo, apodyktycznie dyktował innym swoje warunki, nawet mimo czystości serca. Urwane przez nią zdanie przypomniało mu o wszystkim, o tym bólu, który ze sobą nieśli. I z tym bólem się uśmiechnął. Do tych wspomnień, kulejących w świetle tego, że ją wciąż kochał i chciał, pewnie zawsze będzie ją kochał. Bo nawet kulejące były wciąż jak dzieląca ich ściana.

- Budynek po lewej, ten z zielonym dachem – powiedział, szybko wczuwając się w rolę człowieka zdolnego do poświęcenia wszystkiego – szczególnie siebie, w imię wyższej idei – to ostatnie miejsce, w którym są jeszcze cywile. – Napiął się, przyjmując o wiele pewniejszą postawę. Postawę, którą pamiętała o wiele lepiej. Postawę człowieka, który tak bardzo nie lubił słuchać o tym, że mógłby chociaż raz postawić ją na pierwszym miejscu, ponad tę wielką misję unicestwienia wszelkiego zła. Nie patrzał już na nią – spoglądał w stronę ostatniego wybuchu, skąd wciąż dobiegały do nich dźwięki rzucanych zaklęć. Przybrał pozycję gotowości, puszczona przez nią dłoń zacisnęła się twardo w pięść, zabrudzone pyłem czoło zmarszczyło się, a sam Moody machnął różdżką, z tak wielkim wysiłkiem zawartym w prostym ruchu ręką, jakby próbował w ten sposób przenieść górę. Jasna łuna rozciągnęła się ponad głowami uciekających zza rogu cywili, a czerwony promień lecący w ich kierunku rozbił się jakby o nicość – w rzeczywistości o stworzoną przez niego tarczę.

Ktokolwiek miał ich gonić, nie pozostawił Mavelle zbyt wiele czasu na zastanowienie się.

- Tutaj! – Krzyknął, wskazując im kierunek ucieczki – za ich plecy, do ulicy prowadzącej na dół wzniesienia, na którym się znajdowali. Nie wiadomo, czy zaufali mu przez mundur, czy przez desperację, ale pobiegli tam, wciąż skryci pod utrzymywanym przez Moody'ego zaklęciem, nie oglądając się za siebie. I dobrze, bo za nimi rysowała się odziana w czerń, zamaskowana sylwetka, próbująca tę jasną łunę przebić. Precyzyjne cięcia lecące w ich kierunku uniemożliwiały Aurorowi jakikolwiek kontratak.

Ale przecież byli tutaj dwoje.


fear is the mind-killer.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#6
13.04.2023, 19:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.05.2023, 23:45 przez Mavelle Bones.)  
Nie bez powodu w pracy takiej jak ich nieszczególnie należało dobierać w pary osoby, które łączyło coś więcej. Na tyle więcej, że powstawało ryzyko, iż w razie zagrożenia priorytety zostaną ustalone nie w tej kolejności, co by należało, zagrażając tym samym założeniom, jakie powinni wypełnić. Bo niestety, ale czasem należało wybrać – a takie wybory nie należały do łatwych, wręcz przeciwnie.
  Emocje zaś nie bywały dobrym doradcą.
  Te same emocje, które właśnie próbowała odsunąć na bok. Bo czy tego chcieli czy nie, nie mieli do dyspozycji całego czasu tego świata. Tak samo jak nie mogła pozwalać sobie na zastanawianie się teraz, jak doszło do tego, że właśnie stali naprzeciwko siebie, z posmakiem goryczy w ustach. A przecież kiedyś - och, niemalże wręcz w innym życiu, jak miała wrażenie - wydawało się, że poczynienie kolejnego kroku ku zacieśnieniu ich relacji było tak bardzo naturalne, że wręcz jedyne słuszne i mające przetrwać całe wieki.
  A jednak…
  … jednak okazywało się, że byli dla siebie o wiele lepszymi przyjaciółmi niż partnerami. Mogli się śmiać, wychylać w barze kufel za kuflem, przekomarzać czy nawet po prostu milczeć w akompaniamencie cykających świerszczy bądź też ołówka sunącego po papierze – wszystko to i wiele innych rzeczy. Mogli – lecz po złączeniu ich ścieżek w jedną wkraczały pewne oczekiwania i nagle coś, co nie miało znaczenia wcześniej okazywało się być zadrą nie do zniesienia.
  I wszystkie te wspomnienia nadal pozostawały żywe, tak samo jak ta iskra, której nie potrafiła ugasić. A może tak naprawdę nie chciała, nie przyznając się do tego nawet sama przed sobą?
  W każdym razie obserwowała uważnie, starając się upewnić, iż podjęła właściwą decyzję, nie nalegając na to, że powinien odpuścić. Co samo w sobie wydawało się niewłaściwe, z drugiej strony – niechciana prawda była taka, że czasem najlepszym wyjściem było opuszczenie różdżki i pozwolenie, by kto inny przejął ster.
  Uśmiech Alastora wywołał ukłucie w sercu; zacisnęła mocniej palce na różdżce, powstrzymując się od sięgnięcia dłonią ku jego twarzy. Ułożenia jej na policzku, cmoknięcia w czoło, wspinając się na palcach. Zapewnienia, że cokolwiek by się nie działo, będzie u boku, choćby i cały świat stawał właśnie w płomieniach.
  Czas jednak temu nie sprzyjał, podobnie jak wytyczone nie aż tak dawno granice; mógł jednak wyczytać milczącą obietnicę, że nie zostawi go tu teraz samego. Nawet jeśli widziała, iż wyraźnie się uspokajał, przestawał przypominać istotę, którą pragnęło się utulić do piersi i zamknąć w objęciach, chroniąc przed szalejącymi wokół zagrożeniami.
  Zwróciła spojrzenie ku wskazanemu budynkowi, umiejscawiając go na swoistej mapce w umyśle. Kolejny punkt, na który należało zwrócić uwagę. I tym samym czas zdawał się ponownie ruszyć - choć przecież ta chwila "zawieszenia" naprawdę nie mogła trwać nieskończenie długo, jak Mavelle się wydawało.
  Nie mogła, tym bardziej że niebezpieczeństwo zyskało... może nie twarz, bowiem ta pozostawała ukryta, ale przynajmniej kształt. Konkretna sylwetka, jedna - lecz z pewnością nie jedyna w okolicy ogarniętej chaosem (chyba że zasiali chaos i postanowili od razu wyteleportować się daleko stąd, gratulując sobie doskonale wykonanej pracy i klepiąc się po plecach – nawet jeśli nie dosłownie) – dość skutecznie przykuwała uwagę. Trudno, żeby było inaczej, skoro usiłowała przebić tarczę Moody’ego. Powstał impas – niemniej Bones nie planowała pozwolić, żeby się utrzymał, zamienił w walkę do wyczerpania jednej ze stron.
  Zadziałała wręcz instynktownie, podrywając różdżkę, z ponurą determinacją malującą się w spojrzeniu. Przeciwnik mógł wyłącznie atakować lub tylko się bronić – chyba że w pobliżu miał jakiegoś kumpla, którego jeszcze nie widzieli. To nie powinno być szczególnie trudne, nie gdy po drugiej stronie barykady obronę wzięło na siebie jedno z tej dwójki. Nie powinno – a jednak pierwsze zaklęcie uległo zakrzywieniu i ostatecznie nie spełniło swego zadania. Drugie też nieszczególnie dosięgło delikwenta - cóż, przynajmniej zmusiła go do obrony, co oznaczało, iż sam teraz nie próbował przełamać tarczy Moody'ego. Trzeci raz… postawiła już na brutalną siłę; fala uderzeniowa rozbiła tarczę, a sylwetkę aż odrzuciło do tyłu.
  - Leć, dogonię – rzuciła pośpiesznie, ponownie unosząc różdżkę. To nie wystarczyło – musiała skutecznie wyeliminować przeciwnika, tylko… kto będzie szybszy? Mavelle, posyłająca czary mające porządnie spętać czy też śmierciożerca, któremu może starczało jeszcze świadomości na to, by się teleportować…?

672/1574
constant vigilance
I have traveled far beyond the path of reason.
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
auror
Wysoki na prawie dwa metry, brakuje mu pewnie mniej niż dziesięć centymetrów, ale ciężko to ocenić na oko. O krępej budowie ciała, z szeroką twarzą i wybitymi zębami. Skóra często pokryta bliznami. Krzywy nos, z pewnością kiedyś złamany. Włosy ciemne, oczy też. Nie należy do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbają.

Alastor Moody
#7
04.05.2023, 00:04  ✶  
Moody zdawał się być już całkowicie spokojny, chociaż sytuacja zagrożenia życia, w jakiej oboje się znajdowali, z pewnością nie należała do warunków, w których łatwo było zachować zimną krew. On jednak to potrafił – kamienna mina, jaka zagościła na jego twarzy, nie była czymś niezwykłym. Niezwykłym był ten strach sprzed chwili, nagła potrzeba zaznania czyjejś bliskości, przypomnienia sobie, że wciąż posiadał grunt pod nogami. Tak, on też był człowiekiem i poszukiwał w innych oparcia, w końcu poszukiwał go też w niej, ale Moody w normalnych warunkach odreagowywał po, a nie w trakcie. Teraz, w obliczu rychłej śmierci, chcąc uratować tych wszystkich ludzi, ale też nie zagrozić sobie i jej, Alastor był tak skupiony na rozpraszającej inkantacji, że przez moment zapomniał odpowiedzieć jej, że...

- Nie.

Nie zostawi tutaj Mavelle samej, tak samo jak przed chwilą zostawił tutaj Harper. Wizja pojedynkującej się gdzieś samotnie kuzynki nie potrafiła opuścić jego głowy i w pewnym stopniu napędzało go to goryczą, która znalazła swoje uzewnętrznienie w chwilowym przerwaniu zaklęcia tarczy. Moody zamachnął się. Silny ruch ręką, jaki wykonał, gdyby tylko skierować go w czyjąś gębę, narobiłby pewnie sporych szkód. On jednak użył go do rzucenia kolejnego zaklęcia. Olbrzymia brzytwa surowej magii przecięła powietrze i pognała w stronę ich przeciwnika, żeby momentalnie rozproszyć się, rozbłysnąć niczym fajerwerk. Zaklęcie pękło z głośnym hukiem, a maleńkie elementy rozbryznęły się wokół Śmierciożercy i oplotły go długimi, białymi pasmami. Cywili ten głośny dźwięk ewidentnie przeraził, ale że już wcześniej wypluwali sobie płuca, uciekając za róg, nie dodało im to werwy – biegli tak samo szybko, chociaż, być może, odrobinę bardziej zmotywowani zewnętrznie.

- Teraz – powiedział, unosząc różdżkę do góry, aby utworzyć dodatkowe pasma, które oplotą wrogiego im czarodzieja – możemy iść tam razem.

Słowa te, nawet jeżeli podbudowujące, nie należały do tych, które w jego ustach wybrzmiewały jako coś romantycznego. To było bardziej jakby jego mantra, mógłby zaraz po tym dodać stała czujność, aby doprawić tę sytuację sobą i właściwie to pewnie rzuciłby to, gdyby nie kolejny huk – tym razem docierający z zielonego budynku, do którego mieli się razem skierować. Jedna z szyb pękła od gorąca, a ze środka dobiegł ich paniczny krzyk znajdującej się tam wciąż kobiety.

- Cholera – Moody zaklął, kiedy tylko zorientował się, jak wysoko będzie musiał po nią biec. – Wbiegnę tam i ją zabiorę, ty poczekaj tutaj – powiedział swoim szorstkim tonem, po którym można było spodziewać się jednego – już zdecydował, już to wszystko wykalkulował w swojej głowie, opracował niepodważalny plan działania, w którym on ryzykował wszystkim, a ona niczym dziecko stała na czatach. Bo taki już po prostu był. Czy zamierzała z tym walczyć? Jeżeli tak, to miała naprawdę mało czasu, bo Moody bardzo szybko zakrył twarz, rzucił na siebie jakieś zaklęcie i spróbował otworzyć drzwi. Bezskutecznie. Uderzył w nie barkiem. Raz, drugi. Wreszcie mu uległy, otworzyły się, a on zniknął w okowach dymu. Kiedy wrócił na dół, z osmoloną twarzą, z tą kobietą przerzuconą przez ramię „po strażacku”, potarł oczy ze zdumienia, bo zobaczył je tam obie. Bones i Harper. Miały niemal identycznie splecione ręce. I wyglądały na nieco rozbawione tym jak wyglądał, albo... tym, co zrobił?

Musiały go tutaj obgadywać. Kiedy on sprawdzał ten budynek.

Odstawił kobietę na ziemię. Ta oddychała ciężko, wciąż wsparta o niego próbowała dojść do tego, co się z nią właściwie działo. Była niemagiem. Wyjątkowo przerażonym niemagiem. Za moment pewnie któryś z amnezjatorów usunie jej pamięć, bo skoro jego kuzynka stała obok i wyglądała na całą, to dodatkowe siły Ministerstwa musiały być już w drodze.

- Poza nią nikogo w środku nie było – powiedział, stwierdzając oczywistość. Inaczej by tu przecież nie stał jak ten głupek, prawda? Ale szczerze mówiąc, chociaż rozumność mówiła mu, że powinni stąd iść, ciało ruszyło się dopiero wtedy, kiedy pierwszy krok postawiła Mavelle. – Da pani radę iść? – Zapytał, kiedy Bones złapała ją pod ramię z drugiej strony.

Zaraz nastąpi to po. To po, podczas którego naprawdę lubił z nią być. To po, kiedy Moody zawsze był dla niej osiągalny, bo sam bardzo jej potrzebował. Gorzkie słowa, jakie rzucili sobie na pożegnanie ich ostatniej nocy, skutecznie odpędzały go od sugestii, że mogliby zrobić to znowu, ale gdyby powiedział, że o tym nie pomyślał – skłamałby. Bo chociaż już mu trochę nie wypadało, nie potrafił nie myśleć o niej w dawny sposób. Był po prostu boleśnie pewny tego, że jeżeli posiadał do niej jakikolwiek szacunek, powinien darować sobie cokolwiek ponad ciepły uśmiech, kiedy było już po wszystkim, a szefostwo pozwoliło im się rozejść.


fear is the mind-killer.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#8
08.05.2023, 23:36  ✶  
Już praca jako brygadzista wymagała pewnej umiejętności opanowania emocji i zachowywania zimnej krwi; o ile może nie była to umiejętność wymagana do siedzenia przy biurku, tak gdy wychodziło się w teren… to już zgoła inna sprawa.
  Zachowanie zimnej krwi mogło przeważyć o być albo nie być – swoim własnym czy innych.
  Dlatego też początkowo uznała, powinien już odpuścić, pozwolić, by kto inny stał się tarczą chroniącą przed zagrożeniem. Ale teraz… cóż, każdemu zdawały się chwile słabości, nieprawdaż? Tylko żeby się nie powtórzyły, nie w najgorszym możliwym momencie.
  ”Nie bądź idiotą” zamarło niewypowiedziane na wargach, choć głównie dlatego, że koncentrowała się na przeciwniku. Przecież nie wypadła sroce spod ogona, to nie tak, że nie potrafiła miotnąć zaklęciem albo dwoma. Czy nawet więcej. Nawet nie dało się jej nazwać świeżakiem – już swoje widziała, już swoje przetrwała. I w tej chwili miała całkiem sporo pewności, że potrafiłaby doprowadzić sprawę do końca.
  Ale coś kazało milczeć.
  Wzięła za to głębszy wdech, gdy przeciwnik został spętany – zaklęcie powinno było go powstrzymać i przytrzymać na miejscu dostatecznie długo, żeby dało się nim „zaopiekować” w odpowiednim czasie.
  Jedyną odpowiedzią Mavelle było ciche przekleństwo – to oczywiste, że mogli, wróć, musieli teraz tam iść. Bo sytuacja wcale nie zdawała się teraz polepszać, a wręcz przeciwnie, pogarszać. Pytanie, jakie powstawało, brzmiało: ilu jeszcze tam jest?
  Bo – jak miała nadzieję – przez ten cały dotychczasowy czas już zdążyli stąd zniknąć. Ale tę rozbił w pył krzyk. Jednak nie wszyscy, na Matkę, nie wszyscy.
  - Al, nie... – wypaliła, odruchowo chcąc go powstrzymać. Wbieganie w pojedynkę do płonącego budynku, gdy miała tu warować przed drzwiami? Właściwie… to tak bardzo pasowało do Moody’ego. Pójść na pierwszą linię, nie pozwolić innym posłużyć sobie za wsparcie. Początkowo nawet się za nim rzuciła, najwyraźniej również chcąc wejść do budynku. Ale też zaraz zdała sobie sprawę z tego, ze faktycznie ktoś powinien był przypilnować na zewnątrz. Zatem zmełła w ustach kolejne przekleństwo i koniec końców pozostała na miejscu.
  Spokojna z zewnątrz, niespokojna wewnątrz.
  Nawet pojawienie się Harper nie poprawiało zbytnio sprawy – bo przecież on tam cały czas był. Pozostawało czekać. I zabijać czas rozmową, ale wciąż – im dłużej Moody się nie pojawiał, tym bardziej była niespokojna. To, co wziął za rozbawienie? W rzeczywistości było tak naprawdę czym innym.
  Och, jak kusiło – rzucić się mu na szyję, wtulić się, zaciągnąć się zapachem! Ale mimo wszystko – nie po to nakreśliła tę niewidzialną granicę, żeby ją przekraczać pod wpływem chwili. Dlatego owszem, skierowała się w stronę Alastora, ale nie tak naprawdę do niego, tylko do uratowanej kobiety.
  - Ja… chyba tak – wyjąkała w odpowiedzi. Nie stała szczególnie pewnie na swych nogach, niemniej Bones ją podtrzymywała, gwarantując tym samym, że nie wyląduje znienacka na ziemi.
  Zaraz nastąpi to po – ale Mavelle odpychała od siebie tę świadomość. Tak, to byłoby proste – postąpić jak kiedyś. Zbyt proste. Ale nie skończyłoby się to dobrze – tego kobieta była pewna. Zatem jedyne, na co ostatecznie się zdobyła, w momencie gdy mogli się rozejść, to klepnięcie po ramieniu i pożegnalny uśmiech.
  Jak gdyby nigdy nie zdarzyło się między nimi coś więcej.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alastor Moody (2000), Mavelle Bones (2113)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa