Proste zdanie od strony Guinevere potrafiło całkowicie zmienić ekscytację płótna w bycie artystą. Czy płótno jest tylko dla kogoś? Czy może być dla siebie samym dziełem i westchnięciem? Czy jest tylko dla pędzla i ręki, które ją prowadzi, czy może powstać, narodzić się, wytworzyć własne skrzydła z niczego i z ogromu świata, jakim była wyobraźnia? Powstaje na nim obraz - a więc obraz był narzędziem, który wykorzystujesz dla własnej przyjemności, czy jednak dajesz tą przyjemność, żeby w ogóle ją pobrać? Wystarczy czasami jedno proste zdanie, żeby spojrzeć na rzeczywistość dotąd widzianą, ale jednocześnie niepostrzeganą w pełni. Przymknięte, zlepione powieki, niewyraźny obraz, rozkojarzenie - cokolwiek wpływało na brak możliwości koncentracji to kończysz w miejscu, gdzie orientujesz się, jak bardzo umykało ci coś oczywistego. Coś oczywistego jak to, że instrument jest dla kogoś. Płótno jest dla kogoś. Ile można wyciągnąć więc dla siebie jednocześnie będąc dla kogoś? Przyjemność. Człowiek nie jest w końcu przedmiotem, chociaż wielu przedmiotowo traktowało. Zdrowy balans między tym, żeby nie dawać z siebie wszystkiego i jeszcze paru kilo więcej, by nie zostać rozebranym na kawałki i nie mieć części wymiennych, do uzupełnienia, był niełatwy do osiągnięcia, kiedy wmawiałeś sobie samemu, że "to też robi ci dobrze". Nie robiło. Potrzebne były lata, żeby Laurent przestał zasłaniać swój świat długą kurtyna rzęs. Był przez to niewyraźny, jego rysy potrafiły się rozmywać między splotami czerni, ale dzięki temu był też łatwiejszy do przełknięcia. Samooszukiwanie się było największym z kłamstw, jakie fundowali sobie ludzie. Najgorsze było to, że czasem robili to nieświadomie.
- Znowu mnie zadziwiłaś swoją przenikliwością. - Prostota mądrości polegała zazwyczaj na tym, że świat nie był taki skomplikowany, jeśli tylko trzeźwo na niego spoglądałeś i nie pozwalałeś swoim emocjom przejąć kontroli. To była druga już firana przedstawienia zwanego światem. Nic tylko obwołać je spektaklem, postawić na deskach aktorów i rozpocząć przedstawienie. I dla kogo by te przedstawienie było? Ta dla siebie samego - nie w przykrym egoizmie, a w zdrowej dbałości o chociaż odrobinę swojego szczęścia. Nie występować - być sobą. Wystarczająco długie przebywanie na scenie sprawiało, że zaczynałeś się gubić, czy ta maska to jeszcze ty, czy jednak akt odegrany na czyjeś (i swoje!) potrzeby. Bo to wszystko, jak to bywało, nie było zero-jedynkowe. W końcu stajesz się płótnem... dla własnych doznań i przyjemności. To, że jak gąbka wyciągasz emocjonalną przyjemność z uniesień innych było jednak zbyt mocnym aspektem, żeby zdrowo o tym rozumować. - Cóż... bardzo blisko kojarzą się z Nocturnem, nie wśród filantropów z eleganckim kieliszkiem wina w rękach. - Uśmiechnął się enigmatycznie, bo jedno z drugim wcale się nie wykluczało. Mówiąc to był pewien, że Guinevere również tak myślała i nie było potrzeba mówić o tym na głos. Zadziwiająco wiele składał na karby "nie trzeba tego dopowiadać" przy rozmowach z tą kobietą. Przychodziło to wręcz z jakąś oczywistością. Powinien może na to uważać, bo z drugiej strony takie pewności nie były czasem dobre nawet przy wieloletnich znajomościach i mogły prowadzić do niepotrzebnych nieporozumień. Chyba po prostu chodziło o to, że nieporozumienie z Ginny było tylko kwestią dopowiedzenia potem paru słów. Niczym, co by zmieniło relację na gorsze. Przesunął swoją dłoń w dłoni kobiety, na moment zamknął wokół niej palce, żeby zaraz pociągnąć nią po jej przedramieniu. Zmysłowo.
- Dziękujemy za zaproszenie. Być może zobaczymy się w przyszłości. - Uśmiechnął się do mężczyzny, kiedy wychodzili i zawrócili w kierunku Pokątnej, wchodząc bardzo blisko od ulicy z Nokturnem. Laurent aż przez moment podniósł głowę na pewien ulubiony zakład w tej części miasta należący do sztukmistrza ręcznych robótek, ale tylko prześlizgnął spojrzeniem po szyldzie i paru innych witrynach. Niekoniecznie pootwieranych. Przynajmniej jedna z nich wyglądała tak, jakby od lat stała opustoszała - szyby były tak brudne, że wołały o pomstę do nieba. Dopiero jak wchodziło się na samą Pokątną to takie smętne widoki znikały. Tymczasem luźna rozmowa między nimi trwała, pobłąkała się wokół tematu farb, specyficki ludzkiego organizmu i fenomenu przebarwień, Laurent nawet miał okazję poczęstować Ginny przypowiastką o tym, jak jeden mężczyzna chciał zaprotestować przeciwko przesiedleniu grupy stworzeń do rezerwatu (mimo, że to było idiotyczne, bo nie miały szans przetrwać w swoim środowisku, które było karczowane) i przykleił się do jezdni przed kopytami abraksanów. Zrobił to tak skutecznie, że musieli ciąć jego skórę, bo magiczny klej wniknął i wsiąknął w skórę i gdyby nie sprawna pomoc magimedyka to miałby na stałe uszkodzone częściowo czucie w dłoni.
- Usłyszałem kiedyś piękne zdanie, że nie ma piękniejszej melodii ponad te wydobywane ze strun głosowych człowieka. Że człowiek potrafi być jak skrzypce, jego skóra strunami, a dłoń drugiej osoby - smyczkiem. - Wrócił do jej pytania, odrywając wzrok od tutejszego otoczenia, by skupić je na kobiecie.