14.03.2024, 10:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.06.2024, 14:45 przez Mirabella Plunkett.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Piszę więc jestem
adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
—07/1966—
Włochy, Lamezia Terme
Erik Longbottom & Anthony Shafiq
![[Obrazek: 9jSXYeZ.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=9jSXYeZ.png)
Od czarnych skał ku niebu wionął śpiew syreni -
Leżą na głazach, w księżyc wbiwszy łzawe oczy,
Na pierś dziewczęcą woda ścieka im z warkoczy,
Od bioder łuska rybia tęczowo się mieni.
![[Obrazek: 9jSXYeZ.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=9jSXYeZ.png)
Od czarnych skał ku niebu wionął śpiew syreni -
Leżą na głazach, w księżyc wbiwszy łzawe oczy,
Na pierś dziewczęcą woda ścieka im z warkoczy,
Od bioder łuska rybia tęczowo się mieni.
Lipcowe popołudnie lśniło kalabryjskim słońcem, wypełniając luksusowy apartament przyjemną duchotą i wonią siarkowych źródeł, które u stóp hotelu czekały na magicznych kuracjuszy. Lamezia Terme, znajdująca się ledwie kilkadziesiąt kilometrów na południe od Neapolu, prawdziwie była miejscem spoczynku legendarnej syreny Ligeji. Obdarzając niewielką wioskę Nicastro błogosławieństwem zdrowej wody, zapisała miejscowość na mapie starożytnych. Rzymianie lubowali się w leczniczych kąpielach, Ligeję czynioną nieśmiertelną na amforach i monetach, lecz wystarczyło kilka wieków, by opowieść stała się legendą krążącą tak wśród czarodziei jak i mugolów. Kilka wieków później ruiny term wykorzystał Robert Guiscard, ukrywając je benedyktyńskim klasztorem, będącym tak naprawdę prymitywną szkołą magii i czarodziejstwa dla kilku uzdolnionych z okolic. Cóż takiego musieli Ci adepci zrobić, że wysadzili wszystko w powietrze? Ciężko stwierdzić, ale ziemia wysycona magicznymi źródłami tylko czekała na kolejne zagospodarowanie.
To było sprytne... z pewnością jakaś gałąź McGonagallów zwietrzyła szansę na piękny zarobek. Któż by się nie oparł luksusowemu SPA, całkowicie osłoniętemu przed mugolami, pośrodku miasteczka przypominającego trochę Magiczny Londyn, z tym wyjątkiem, że zamiast mgły i smogu przez cały rok było cudownie ciepło i leniwie kojąco, zamiast brudu i rynsztoków, gości witały uginajace się od pomarańczy i oliwek drzewka. Nawet kaktusy zdawały się zwyczajnie przyjaźniejsze niż na Wyspach. I tak, chimery łączące swoje życie z rybami, przedstawiały się jako dziedziczki swej syreniej patronki. Zatrudnienie w hotelu znajdowały też selkie, a żywot tak kuracjuszom jak właścicielom i pracownikom mijał w sielskiej atmosferze, w otoczeniu kobiet wina i śpiewu. Prawdziwie był to raj na ziemi...
Zawiesił pióro nad pojedynczą kartą swojego dziennika, czekając, aż magia pergaminu wchłonie myśl, pośród wielu, wielu innych myśli, które dotąd zapisał. Patrzył na włoskie zdania z zastanowieniem, niemalże w bezruchu, a tylko złocista moneta przemierzała palce jego lewej dłoni. Pamiątka wybita specjalnie dla niego, była stopem lokalnego złota, które oprócz daty pobytu w kurorcie, była zdobna w syrenę trzymającą w dłoniach parującą amforę.
Ubrany był zaskakująco mugolsko, w płócienne białe spodnie i koszulę, wyjątkowo o krótkim rękawie. Zegarek, pasek i wygodne skórzane mokasyny utrzymane były w ciepłym, dość jasnym brązie, również ze złotymi sprzączkami. Kieszeń na piersi zdobiła błyszcząca wsuwka zwieńczona symbolem Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Podobny herb zdobił sygnet umieszczony na małym palcu jego prawej ręki, który sprawił sobie niedługo po awansie. Średniowieczna tradycja akcentowania swojej przynależności i szarży nie była wobec niego wymagana, drobiazg ten jednak sprawiał mu przyjemność i mógł wpisać się w odbiór jego postaci jako dedykowanej sprawie.
Tocząca moneta zatrzymała się i Anthony odłożył ją troskliwie do wyścielanego szafirowym aksamitem pudełka. Obok stała patera z winogronami, pomarańczami i mandarynkami oraz butelka lokalnego wina, otworzona już po to, by napój odetchnął. Di ora in ora głosił napis, co wywołało uśmiech na pociągłej twarzy mężczyzny zdobionej jednodniowym zarostem. Dziś pozwolił sobie na przywilej odłożenia brzytwy. W końcu był na wakacjach. Przysunął do siebie jeden z dwóch kieliszków, krytycznie oceniając jego czystość.
– Nigdy nie przyzwyczaję się do sjest... – mruknął do siebie po włosku i rozejrzał się po salonie, odkładając kryształ. Przestronne przeszklone drzwi wychodziły na taras z widokiem na sady otaczające teren kurortu, dalej ruiny twierdzy otoczonej Morzem Tyrreńskim, u której stóp leżała jedna z trzech dzielnic Lamezii – Nicastro. Wnętrze ociekało nachalnym luksusem. Biało niebieskie płytki na podłodze przynosiły wrażenie przyjemnego chłodu, choć jednostajny wzór nieco męczył oczy. Wygodna kremowa sofa i dwa rozległe fotele zachęcały do odpoczynku przy stoliku kawowym, zaś obok sekretarzyka znajdowała się magiczna chłodnia wypełniona lokalnymi trunkami. W kącie obok niewielkiej biblioteczki stała magiczna harfa i dwie viole czekały tylko na rozkaz, który gwarantował gościom przyjemną acz mało angazującą muzykę dla wypełnienia ciszy. Wielki łuk zamiast drzwi prowadził do korytarza o lustrzanych ścianach, który mógł pełnić rolę garderoby, jeśli pozwolić szafom wysunąć sie ze ścian. Odnogi od niego prowadziły do dwóch zacisznych sypialni separujących wszelkie dźwięki na zewnątrz i do wewnątrz oraz łazienki, która bardziej przypominała łaźnię – zamiast wanny, podobnie jak w hogwarckiej łazience prefektów, wbudowany był basen, podwójne umywalki, odseparowana toaleta i wmurowany na stałe stół do masażu. Pomieszczenie to mogło przypominać kamienną grotę, Anthony jednak wyraźnie zażyczył sobie marmury imperium rzymskiego, nawiązujące do tradycji tego miejsca.
Wszystkie atrakcje zaplanowane były od szesnastej, gdy słońce będzie bardziej znośne. Magowie, choć mieli możliwości chłodzić przestrzenie, zapewniać sobie mocą odpowiednią temperaturę i wilgotność, z jakiś powodów poddali się zwyczajowi odpoczynku. Gnuśnieli, ale nic z tym nie można było zrobić. Odzwyczajony od braku zajęcia Anthony ostatecznie znalazł się przy biblioteczce, z zaciekawieniem przeglądając grzbiety ułożonych tam woluminów. W końcu wybrał niewielki biuletyn o lokalnych winach i niespiesznie zaczął go studiować.
To było sprytne... z pewnością jakaś gałąź McGonagallów zwietrzyła szansę na piękny zarobek. Któż by się nie oparł luksusowemu SPA, całkowicie osłoniętemu przed mugolami, pośrodku miasteczka przypominającego trochę Magiczny Londyn, z tym wyjątkiem, że zamiast mgły i smogu przez cały rok było cudownie ciepło i leniwie kojąco, zamiast brudu i rynsztoków, gości witały uginajace się od pomarańczy i oliwek drzewka. Nawet kaktusy zdawały się zwyczajnie przyjaźniejsze niż na Wyspach. I tak, chimery łączące swoje życie z rybami, przedstawiały się jako dziedziczki swej syreniej patronki. Zatrudnienie w hotelu znajdowały też selkie, a żywot tak kuracjuszom jak właścicielom i pracownikom mijał w sielskiej atmosferze, w otoczeniu kobiet wina i śpiewu. Prawdziwie był to raj na ziemi...
Szczęśliwie negocjacje dobiegły końca, choć umawianie się z Włochami na cokolwiek wymaga nie lada cierpliwości, gdy Ci co chwila zarządzają przerwę na drzemkę lub biesiadowanie. Nie zliczę hektolitrów ich czarnej ziemistej kawy, którą kurtuazyjnie przepłukiwałem gardło, barbarzyńskie chwytanie ich przekąsek palcami, choć trzeba przyznać, że wędliny mają wyborne.
Dobrym pomysłem okazało się zabranie ze sobą krewniaka mego druha Morpheusa. Erik okazał się być nader reprezentatywny i nawet jeśli słowa nie wypowiedział, widziałem, że skutecznie rozprasza, ściągając wzrok i myśli do swojej twarzy i atletycznej sylwetki. Żałuję, że jego ojciec tak głęboko zakorzenił mu ideały związane z Brygadą Uderzeniową, z chęcią bowiem uczyniłbym go swoim adiutantem na dłużej. Cóż jednak począć, skoro wszyscy jesteśmy synami swoich ojców.
Najbardziej cieszą mnie nadchodzące dni, które mamy spędzić w 'Canto dellla sirena'. Przywilej bycia liderem, to wpływ na harmonogram i zagospodarowanie w końcu czasu na świętowanie mego własnego awansu, podjęcie w spokoju ducha pod rozwagę kolejnych kroków wobec siebie, nie zaś sojuszu, który z taką pieczołowitością przychodzi mi pielęgnować.
Dobrym pomysłem okazało się zabranie ze sobą krewniaka mego druha Morpheusa. Erik okazał się być nader reprezentatywny i nawet jeśli słowa nie wypowiedział, widziałem, że skutecznie rozprasza, ściągając wzrok i myśli do swojej twarzy i atletycznej sylwetki. Żałuję, że jego ojciec tak głęboko zakorzenił mu ideały związane z Brygadą Uderzeniową, z chęcią bowiem uczyniłbym go swoim adiutantem na dłużej. Cóż jednak począć, skoro wszyscy jesteśmy synami swoich ojców.
Najbardziej cieszą mnie nadchodzące dni, które mamy spędzić w 'Canto dellla sirena'. Przywilej bycia liderem, to wpływ na harmonogram i zagospodarowanie w końcu czasu na świętowanie mego własnego awansu, podjęcie w spokoju ducha pod rozwagę kolejnych kroków wobec siebie, nie zaś sojuszu, który z taką pieczołowitością przychodzi mi pielęgnować.
Zawiesił pióro nad pojedynczą kartą swojego dziennika, czekając, aż magia pergaminu wchłonie myśl, pośród wielu, wielu innych myśli, które dotąd zapisał. Patrzył na włoskie zdania z zastanowieniem, niemalże w bezruchu, a tylko złocista moneta przemierzała palce jego lewej dłoni. Pamiątka wybita specjalnie dla niego, była stopem lokalnego złota, które oprócz daty pobytu w kurorcie, była zdobna w syrenę trzymającą w dłoniach parującą amforę.
Ubrany był zaskakująco mugolsko, w płócienne białe spodnie i koszulę, wyjątkowo o krótkim rękawie. Zegarek, pasek i wygodne skórzane mokasyny utrzymane były w ciepłym, dość jasnym brązie, również ze złotymi sprzączkami. Kieszeń na piersi zdobiła błyszcząca wsuwka zwieńczona symbolem Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Podobny herb zdobił sygnet umieszczony na małym palcu jego prawej ręki, który sprawił sobie niedługo po awansie. Średniowieczna tradycja akcentowania swojej przynależności i szarży nie była wobec niego wymagana, drobiazg ten jednak sprawiał mu przyjemność i mógł wpisać się w odbiór jego postaci jako dedykowanej sprawie.
Tocząca moneta zatrzymała się i Anthony odłożył ją troskliwie do wyścielanego szafirowym aksamitem pudełka. Obok stała patera z winogronami, pomarańczami i mandarynkami oraz butelka lokalnego wina, otworzona już po to, by napój odetchnął. Di ora in ora głosił napis, co wywołało uśmiech na pociągłej twarzy mężczyzny zdobionej jednodniowym zarostem. Dziś pozwolił sobie na przywilej odłożenia brzytwy. W końcu był na wakacjach. Przysunął do siebie jeden z dwóch kieliszków, krytycznie oceniając jego czystość.
– Nigdy nie przyzwyczaję się do sjest... – mruknął do siebie po włosku i rozejrzał się po salonie, odkładając kryształ. Przestronne przeszklone drzwi wychodziły na taras z widokiem na sady otaczające teren kurortu, dalej ruiny twierdzy otoczonej Morzem Tyrreńskim, u której stóp leżała jedna z trzech dzielnic Lamezii – Nicastro. Wnętrze ociekało nachalnym luksusem. Biało niebieskie płytki na podłodze przynosiły wrażenie przyjemnego chłodu, choć jednostajny wzór nieco męczył oczy. Wygodna kremowa sofa i dwa rozległe fotele zachęcały do odpoczynku przy stoliku kawowym, zaś obok sekretarzyka znajdowała się magiczna chłodnia wypełniona lokalnymi trunkami. W kącie obok niewielkiej biblioteczki stała magiczna harfa i dwie viole czekały tylko na rozkaz, który gwarantował gościom przyjemną acz mało angazującą muzykę dla wypełnienia ciszy. Wielki łuk zamiast drzwi prowadził do korytarza o lustrzanych ścianach, który mógł pełnić rolę garderoby, jeśli pozwolić szafom wysunąć sie ze ścian. Odnogi od niego prowadziły do dwóch zacisznych sypialni separujących wszelkie dźwięki na zewnątrz i do wewnątrz oraz łazienki, która bardziej przypominała łaźnię – zamiast wanny, podobnie jak w hogwarckiej łazience prefektów, wbudowany był basen, podwójne umywalki, odseparowana toaleta i wmurowany na stałe stół do masażu. Pomieszczenie to mogło przypominać kamienną grotę, Anthony jednak wyraźnie zażyczył sobie marmury imperium rzymskiego, nawiązujące do tradycji tego miejsca.
Wszystkie atrakcje zaplanowane były od szesnastej, gdy słońce będzie bardziej znośne. Magowie, choć mieli możliwości chłodzić przestrzenie, zapewniać sobie mocą odpowiednią temperaturę i wilgotność, z jakiś powodów poddali się zwyczajowi odpoczynku. Gnuśnieli, ale nic z tym nie można było zrobić. Odzwyczajony od braku zajęcia Anthony ostatecznie znalazł się przy biblioteczce, z zaciekawieniem przeglądając grzbiety ułożonych tam woluminów. W końcu wybrał niewielki biuletyn o lokalnych winach i niespiesznie zaczął go studiować.