• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[21.06.1972] Doceniam, że udało Ci się znaleźć czas | Robert & Alexander

[21.06.1972] Doceniam, że udało Ci się znaleźć czas | Robert & Alexander
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#1
27.02.2024, 16:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.01.2025, 23:50 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Sesja rozliczona w osiągnięciu Badacz Tajemnic przez Roberta Mulcibera.
Rozliczono - Alexander Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem.

21.06.1972
Kamienica Mulciberów, Robert & Alexander


Wiadomości przychodziły jedna po drugiej. Dzień po dniu. Od chwili, kiedy w Proroku Codziennym ukazał się artykuł o procesie Juliusa Mulcibera, dla Roberta stało się jasnym, że nie była to jedna z tych spraw, które można było tak po prostu zignorować. Zwłaszcza, że tej sensacji towarzyszyło również wiele innych plotek. Sporo… wydarzeń ściągających na ich rodzinę niepotrzebną uwagę. I niestety. Nie było to coś, co dało się załatwić samemu. Samemu rozwiązać. Zdążył ten problem omówić już wcześniej z bratem. Tego rodzaju proces, te oskarżenia – od tego należało odciąć się całą rodziną. Bez względu na to, jakie relacje panowały pomiędzy jej poszczególnymi członkami.

W tym przypadku wszyscy musieli być zgodni. Grać w tej samej drużynie quidditcha.

Godzina była wczesna. Robert działał zgodnie z tym samym planem dnia, co zawsze. Kiedy Selar poinformowała go o przybyciu gościa, przeglądał właśnie najnowsze wydanie gazety. Siedział w jadalni. Dopijał kawę. Powoli kończył też rogala. Przekrojonego na pół. Bogatego w ser camembert, żurawinę, rukolę. Lekkie śniadanie. Te sama każdego dnia.

Że też mu się to jeszcze nie znudziło.

- Zaraz przejdę do salonu. – poinformował skrzatkę.

Zarazem śpieszył się wcale. Niby sprawa była z tych palących, tak twierdził w jednym z listów, ale i tak dał sobie wystarczająco czasu na to, żeby doczytać artykuł. Nie lubił przerywać w połowie. Zostawiać rzeczy na później. Niepotrzebnie odkładać ich w czasie. Doświadczenie go nauczyło, że takie postępowanie nigdy nie prowadziło do niczego dobrego. Mogło natomiast ściągnąć na człowieka zbędne problemy. Urozmaicić mu dzień. Kilka dni. Tygodnie. Miesiące. Całe lata?

Kwestia szczęścia.

I nie. Robert w coś takiego jak szczęście nie wierzył.

Salon był sporych rozmiarów, przestronny. Połączony z biblioteką. Kominek. Standardowe wyposażenie. Szafa. Barek. Komoda. Fotele. Sofa oraz stolik. Drewniany. Niski. Kilka obrazów. Rodzinnych pamiątek. Nic szczególnego. Ciemne zasłony ograniczały dopływ światła, ale nie blokowały go całkowicie. Mulciber nie przepadał za widokiem na mugolski park. Podobnie jak niegdyś Francis. Zabawne, że akurat w takim miejscu obydwaj spędzili znaczną część swojego życia. Nie brali pod uwagę zmiany tego stanu rzeczy.

- Alexandrze. Doceniam, że udało Ci się znaleźć czas. – pierw dało się słyszeć kroki, a następnie dołączył do nich głos. Nie był to jednak głos ciepły. Przyjazny. Pasujący do wypowiedzianych słów. Prędzej można było mówić tutaj o zupełnie innym tonie. Takim, który poddawał w wątpliwość słowa, które wychodziły z ust Roberta.

A sam Robert? A sam Robert wyglądał przy tym jak Robert. Temu nie dało się zaprzeczyć. Tradycyjnie zdystansowany. W jasnych spodniach oraz ciemnym golfie, prezentował się tak, jakby wrócił właśnie z jakiejś Syberii. Bo przecież pogoda była piękna. Dopisywała. Strój był do niej kompletnie niedopasowany. Ale co za różnica, skoro ten człowiek prawie nigdy nie opuszczał swojego gabinetu? Tkwił w tym wielkim domu całkiem sam. Od wielu lat.

Mogło mu od tego nieco paść na mózg.

Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#2
27.02.2024, 18:26  ✶  
Tak jak okazjonalne wymienianie korespondencyjnych inwektyw z tym skończonym zjebem, Degenhardtem, przynosiło czasem Mulciberowi jakąś perwersyjną satysfakcję - zwłaszcza kiedy wyobrażał sobie, jak typowi odkleja wampirza proteza od czczego kłapania dziobem - tak listowna wymiana retort z Robertem po prostu go wkurwiała, tak, że aż mu Diana musiała parzyć ziółka na uspokojenie.

Już jeden rzut okiem na pergamin wystarczał, by rozpoznać staranne pismo ulubionego kuzyna, tak nabzdyczonego własną dumą, że z Departamentu Tajemnic musieli relegować go do Departamentu Wydawania Licencji Na Kija w Dupie.
A wróć.
Przecież Robert już nawet nie pracował w Ministerstwie Magii, tylko opylał jakieś pedalskie kadzidełka z guana nietoperzy na Nokturnie, jak to już Alexander zdążył mu kiedyś subtelnie wytknąć, kiedy ten sugerował wcześniejszy termin spotkania.

Ale przecież stał teraz w saloniku Roberta.

Odwrócony plecami do drzwi, wpatrywał się w kołysane wiatrem korony drzew w mugolskim parku za oknem. Jutro będzie mógł tak patrzeć na francuskie drzewa. Ale dzisiejszy dzień musiał poświęcić obowiązkom... Dla Diany. Zanim wyszedł, życzył jej miłej Lithy, sam zmierzając do mniej przyjemnej destyncji. Nie ufał swojej rodzinie za grosz, dlatego musiał zadbać o to, by nikt nie próbował niczego głupiego pod jego nieobecność. Nie miał komu powierzyć pod opiekę bezpieczeństwa kobiet, na których mu zależało. Murtagh? Na co komu armia kurew. Eryk? Miał własne problemy.
Trzeba było zawrzeć przynajmniej pozorny sojusz z kuzynostwem.

W końcu, kto przy zdrowych zmysłach posunąłby się do bratobójstwa zabójstwa krewnych?

Proces Juliusa Mulcibera? Może nawet by się tym przejął, gdyby przez ostatni tydzień nie majaczyło nad nim widmo innego procesu - takiego, którego ktoś mógłby wytoczyć niejakiemu Alexandrowi Mulciberowi - po nieudanym ataku na Donalda, Alex był w stanie myśleć tylko o ratowaniu własnej skóry. Dzikie figle i wybryki wujaszka, którego twarzy nawet nie pamiętał, wydały mu się mało istotnym problemem w kontraście z tym, co odpierdalało się ostatnio w jego własnym życiu.

Tak, ktoś powinien się zająć tą sprawą. Ale Alex był na skraju.

Ledwie przekroczył próg kamienicy Mulciberów, wiedział już, dzięki darowi trzeciego oka, że Robert każe mu czekać, i już samo to poirytowało go szalenie.

- Skończ z tym pasywno-agresywnym tonem, bo już mnie wkurwia, jak mówisz cały czas kursywą - odezwał się dystyngowanie Alex, wyblakła obojętność w jego głosie kontrastująca ze wściekłym, ale i nieco zmętniałym spojrzeniem żarówiastych ślepi, które zogniskowały się na twarzy Roberta w dokładnie tym momencie, kiedy krewniak wszedł do salonu. Przywileje jasnowidza. - Streszczaj się, jeśli łaska. - Zanim dostaniesz sraczki po tym jebanym camembercie.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#3
29.02.2024, 22:32  ✶  

Nie wskazał mu kanapy. Nie zaproponował, żeby usiadł na fotelu. Owszem, mogli przeprowadzić tą rozmowę w warunkach wskazujących na to, że stało przed sobą dwoje dorosłych ludzi. Takich, którzy chcieli się dogadać. Szkopuł w tym, że Robert nie uważał Alexandra za człowieka dorosłego. A to rzutowało na jego podejście do kuzyna. Miało spory wpływ na to, w jaki sposób go postrzegał.

- Tradycyjnie, nie można odmówić Tobie nienagannych manier. - skomentował jego słowa. Powitanie, jakim ten go postanowił uraczyć. - Tym razem udam, że niczego nie słyszałem. Nie zamierzam tracić czasu na słowne przepychanki.

Tak jak Alexandra wkurzały listy, tak Roberta cholernie wręcz drażnił jego styl bycia. To jak młody Mulciber żył. Funkcjonował. Możliwe też, że do pewnego stopnia jego niechęć związana była z jego miejscem pracy. Podczas gdy on utknął w świecie świec i kadzideł, kuzyn pozostawał pracownikiem Ministerstwa Magii.

Pytanie tylko jak długo jeszcze uda mu się na tym stanowisku utrzymać.

Jedno z poprzednich wydań Proroka Codziennego, dokładnie te, w którym ukazały się interesujące Roberta informacje, leżało na stoliku kawowym. W ostatnich dniach, wielokrotnie wartowali je obydwaj bliźniacy. Próbując cokolwiek zdecydować. Ustalić. Tak jakby miało im to pozwolić odkryć coś więcej. Jakby liczyli na to, że cudem natrafią na jakieś ukryte, niewidoczne na pierwszy rzut oka informacje.

Nie przyniosło to żadnych, oczekiwanych efektów.

Nie zamierzał się z niczym streszczać. Nie zamierzał też niepotrzebnie przedłużać tego spotkania. Nie był przecież skończonym masochistą. Nie miał jakiś dziwnych ciągot w tego rodzaju kierunku. Albo przynajmniej jeszcze ich w sobie nie zaobserwował. Podszedł do stolika, sięgnął po gazetę. Nie tracił jednak czasu na to, żeby otworzyć ją na właściwej stronie. Po prostu rzucił w kierunku Alexandra. Bez ostrzeżenia.

Widać i Robert potrafił odstawić na boczny tor dobre maniery, kiedy ich nie uważał za coś koniecznego.

- Strona 7. Gdybyś miał problemy, to pierw są pierwsza, druga, trzecia, czwarta, piąta i szósta. Możesz policzyć na palcach, niektórym to pomaga. - czasami potrafił być złośliwy. Czasami świadomie nie gryzł się w język. Nie działo się to zbyt często. Dla kogoś, kto Mulcibera z tej strony nie znał, mogło to stanowić pewne zaskoczenie. - Julius Mulciber. Pamiętasz?

Robert nieszczególnie pamiętał. Nigdy nie byli z nim blisko. Niby rodzina, ale każdy żył tutaj swoim życiem. Wspólne nazwisko niestety nie cieszyło w świetle ostatnich wydarzeń. Cieszyć zapewne nie mogło. Nie wpływało najlepiej na ich położenie. Zwracało uwagę, której nie potrzebowali.

Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do Juliusa, obydwaj z Alexandrem faktycznie nosili mroczny znak. Oddali się służbie temu, który wypowiedział wojnę wszystkiemu.

- Biorąc pod uwagę ostatnie plotki, chaos panujący wokół naszej rodziny, uważam że to coś, nad czym musimy zapanować. Zaprowadzić porządek i stanowczo się odciąć. - mówił, nawet nie zwracając większej uwagi na to czy ten go słuchał, czy w całości skupił się na gazecie. Był w ogóle w stanie czytać? Nawet jeśli nie, to nagłówek i tak musiał się rzucać w oczy. A także dołączone do artykułu, ruchome zdjęcie.

Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#4
11.03.2024, 16:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.03.2024, 22:01 przez Alexander Mulciber.)  
Rzucam na percepcję, żeby wiedzieć, czy Alex ogarnie sprawę i złapie tę nieszczęsną gazetę.
Rzut PO 1d100 - 68
Sukces!



Robert mógł myśleć, że Alexander dalej był tym samym aroganckim gówniarzem, który nieodłącznie towarzyszył swemu ojcu i bratu podczas rzadkich posiedzeń rodowej starszyzny – w końcu tak jak kiedyś Alex potrafił kompletnie bez emocji rzucić wrednej ciotce w twarz szybką przepowiednią, że nie dożyje tegorocznego Samhain, tak teraz, równie bezczelnie poczynał sobie w obecności Roberta, pozostając doskonale obojętnym na jego śmieszne przytyki – ale Robert musiał też zaakceptować przykrą prawdę, że po śmierci Duncana i tragicznym wypadku Donalda, ten właśnie arogancki gówniarz dorósł, i stał teraz na czele rodu Mulciber (oraz na zdobiącym salonik Roberta eleganckim, jasnym dywanie, który szalenie kusił, by wytrzeć o niego buty).

Robert, oczywiście, nie zamierzał się streszczać.

Niektórym pomaga liczenie na palcach? I kto to mówi? Człowiek, który ma identycznego klona! Nie raz i nie dwa, Alex mrużył w skupieniu oczy, z oddali spoglądając w stronę bliźniaków Mulciber, i razem z równie poirytowaną co i on Dianą próbował dociec, czy mają takie same halucynacje (anam cara vibes!), czy też mają do czynienia z jakąś anomalią, rozszczepieńcem? Jeden, mruczał Alex, pokazując palcem na Roberta. Dwa, uzupełniała Diana, wskazując na Drugiego Roberta. Abominacja, mruczał mężczyzna, a szwagierka tylko przechylała głowę, i wpatrywała się intensywnie w bliźniacze postaci, by ostatecznie zawyrokować: jeden jest przystojniejszy.

Alex nie przyszedł tutaj uczyć się matematyki. Robert nie posiadał żadnych kompetencji w tym polu, bo przecież, kto umie liczyć, liczy na siebie. Niektórym pomaga liczenie na palcach?
Utrzymał niewygodny kontakt wzrokowy. Uśmiechnął się paskudnie.

- Pomoże ci, gdy będziesz wyliczać swoje grzechy przed jego obliczem? – spytał szyderczo Alexander.

Od kiedy tylko Robert skontaktował się z nim listownie w sprawie Juliusa Mulcibera, podejrzewał, że to właśnie kuzyn był odpowiedzialny za wciągnięcie dalekiego krewnego w szeregi śmierciożerców. Skoro nie zrobił tego on, ani nie zrobiła tego Diana, za wciągnięcie innego Mulcibera do służby Voldemorta musiał odpowiadać Robert. A jeżeli Julius nawalił, to czy ten, który go wtajemniczył, nie powinien ponieść konsekwencji…?

Blefował. Oczywiście, że blefował – nie miał pojęcia, jak było naprawdę; nie wiedział nawet, czy Julius rzeczywiście był śmierciożercą – ale nawet nie mrugnął okiem, łapiąc rzuconą w jego gazetę bez żadnego zawahania. Zawsze miał dobry refleks, ale dzięki trzeciemu oku, zobaczył, jak ta leci w jego stronę, zanim jeszcze Robert podrzucił ją w powietrze.

I nie, Alexander nie wiedział o zdradzie Roberta – niespecjalnie go zajmowały potyczki o władzę między śmierciożerską bracią – choć miał jakieś dziwne przeczucie, że właśnie te konkretne słowa wyjątkowo silnie zadziałają na krewniaka, w tym samym momencie, w którym spłynęły mimowolnie z jego ust.

Nie musiał wiedzieć. Axel miał teraz na głowie inne zmartwienia – karta Pustelnika z talii Ambrosii, schowana w kieszeni koszuli, paliła go w pierś, tak samo, jak jego dłoń palił rodowy sygnet z herbem Mulciberów (na którym ciążyło kilka klątw i wspomnienie tej jednej ślubnej przysięgi zawartej z Lorettą) – ciężar fatum przygniatał go nieznośnie, dlatego, nie czekając na zaproszenie, usadowił się wygodnie w fotelu, zapewne należącym do pana domu, nic nie robiąc sobie z drwin kuzyna.

Pozwolił wypowiedzieć Robertowi swoje obawy, nie przerywając nawet na chwilę jego monologu…
…Chyba, że liczyć przeraźliwy odgłos darcia papieru, kiedy powolnym, metodycznym ruchem, wyciągnął z rozłożonej gazety odpowiedni arkusz, i przerwał stronę siódmą na pół, zagłuszając tym większość wypowiedzi krewniaka.

Alexander skupił całą swoją uwagę na odpowiednim składaniu kartki papieru, precyzyjnie zginając ją na pół, i jeszcze raz… Pozwolił przez chwilę wybrzmieć ciszy, aż wreszcie podniósł oczy z powrotem na Roberta. Cały czas obracał w rękach kartkę papieru, dokonując kolejnych ulepszeń w powstającej konstrukcji.

- Masz rację. – odezwał się w końcu.
To były zapewne ostatnie słowa, jakich ze strony Alexandra spodziewał się dzisiaj Robert.

– Ale nie zaprowadzisz porządku, wykupując tych sześciu stron Proroka, poprzedzających sensacyjny artykuł o naszym krewniaku, tylko po to, by wydrukowali na nich drukowanymi literami: „nie mam z tym nic wspólnego” – powiedział powoli Alex. – Im usilniej będziesz próbował zatuszować całą sprawę – im bardziej będziesz się starał przekonać ludzi, że coś nie jest prawdą – tym większą sensację wywołasz; tym chętniej ludzie będą gadać o upadku Mulciberów, o tym, że jesteśmy rasistami, że wspieramy misję Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać; tym więcej pismaków zacznie grzebać w naszym drzewie genealogicznym, w tajnych archiwach Departamentu Tajemnic, a może nawet w naszych śmieciach – wycedził.
- Nie chcesz tracić czasu? To przejdź, kurwa, do rzeczy. Do tej pory nie powiedziałeś niczego, czego sam bym nie wiedział. Powiedz, że masz plan. Że wiesz, jak wykorzystać całe to zamieszanie, i obrócić je na naszą korzyść. Że w ogóle myślisz.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#5
16.03.2024, 02:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.03.2024, 16:15 przez Robert Mulciber.)  

Postawmy w tym miejscu na odrobinę szczerości. Prawdziwej. Robert Mulciber był kimś, kto zwykł na temat innych zakładać czasami zbyt wiele. W oparciu o uzyskane dane, informacje, tworzył na własne potrzeby obraz drugiej osoby. A że informacje te nie zawsze były kompletne, ewentualnie aktualne, to i ten obraz niekoniecznie okazywał się być zgodny z rzeczywistością. Czy coś takiego miało miejsce w przypadku znacznie młodszego kuzyna? Całkiem możliwe, że wciąż widział w nim tego gówniarza, który ledwie co opuścił mury Hogwartu. Tylko czy aby na pewno było to przekonanie błędne? Wszak zmiana statusu, zmiana pozycji zajmowanej wewnątrz rodziny, nie szła przecież w parze z tym, iż Alexander stał się wreszcie dorosłym człowiekiem, biorącym faktyczną odpowiedzialność za każde swoje działanie, każdy jeden gest, a także każde wypowiedziane słowo. Nie mówiąc już nawet o tym, że niekoniecznie czyniło to z niego faktyczną głowę rodziny - odpowiedzialną przecież za innych ludzi. Tych bliskich, ale też i nieco dalszych krewnych. Nie jest to jednak temat, który Robert planował w tym przypadku poruszyć, o który chciałby zahaczyć podczas tego spotkania. Stanowiłby bowiem dla niego wyłącznie stratę czasu. czasu, który był przecież na takie bzdury zbyt cenny.

Szydercze pytanie, zadane przez krewniaka, nie mogło nie wywołać reakcji. Robert nie był w stanie ukryć tego, że te konkretne słowa miały na niego wpływ. Niepokój? Ten przez moment gościł na jego obliczu. Nadto wyraźny, nie dość szybko zepchnięty do środka. Pod powierzchnie. Nie mógł dać się sprowokować. Nie mógł pozwolić na to, żeby cokolwiek wytrąciło go z równowagi. I nawet nie chodziło tutaj o samą zdradę. O tę kare, która została mu już przecież wymierzona. To sięgało znacznie dalej. Dużo głębiej. Miał bowiem podstawy do tego, aby obawiać się dalszych konsekwencji swoich wcześniejszych działań. Swojej zdrady? Sam był cholernie daleki od tego, aby określać to w ten sposób. Tylko jakie to miało znaczenie? Wieść o tym, że nie cieszył się dobrą opinią... ostrzeżenie dotyczące wrogów, których mógł posiadać wewnątrz organizacji... to budziło obawy. Na ile jednak były to obawy zasadne, na ile zaś karmiona przez innych paranoja? Paranoja narastająca z każdym kolejnym sygnałem tego typu? Ciężko było ocenić to w sposób jednoznaczny.

Nie zareagował. Nie od razu. Nie z marszu. Ostatnie 10 dni, obfitowały w zbyt wiele informacji dających do myślenia. Wywołujących mętlik w głowie. Najprawdziwszy chaos. Jedynie to spojrzenie. Chłodne. Jakby ostrzegawcze? Wrogie? Dające do zrozumienia, że brnięcie w to dalej nie miało sensu. Zaprowadziło by ich donikąd. A przecież nie taki był cel tego spotkania. Nie po to pisał do Alexandra, prosząc żeby wreszcie znalazł czas. Krążąc po pokoju, starał się uspokoić. Usiłował zapanować nad tym natłokiem myśli, które zaczęły się kłębić w głowie. Podrażniony, zdawał się zjeżyć jeszcze bardziej, kiedy do jego uszu dotarły odgłosy rozdartego papieru. A później całe to cholerne Masz racje. Aż wciągnął powietrze, żeby następnie je wypuścić. Z dość głośnym świstem. Tylko czy było to równoznaczne z tym, że się ogarnął? Uspokoił? Nad sobą zapanował? Niewątpliwie pozwolił mu mówić. Nie przerywał, nie wchodził Niewymownemu w słowo. Możliwe nawet, że słuchał tej nieco przydługiej wypowiedzi, która nie wnosiła do całej sprawy niczego nowego. Żadnego powiewu świeżości.

Oczywiste oczywistości - można było to określić w ten sposób. Aż nadto trafny.

- Dziękuje za wygłoszenie tych mądrości. Nie rozumiem dlaczego nie udało mi się do tej pory wyciągnąć w tej sprawie podobnych wniosków. - nawet jeśli starał się brzmieć jak zawsze, wciąż był na tyle wytrącony z równowagi, że w tonie głosy wybrzmiewało aż nadto wiele emocji. Nie był spokojny. Nie był w pełni opanowany. Nie był tym Robertem, którego najpewniej Alexander znał. Rzecz jasna znał na tyle, na ile tylko znać można krewnego, z którym kontakt miało się od święta. A terminy kolejnych spotkań najczęściej wyznaczało się na czas kalend greckich. Dla niewtajemniczonych, w kalendarzu greckim kalendy nie występowały.

Milczał. Milczał dość długo, starając się znaleźć odpowiednie słowa. Starając się wszystko uporządkować. Zebrać w całość dość chaotyczne myśli. Zanadto ze sobą wymieszane. Wszystko przedłużał, choć tym razem nie było to z jego strony niczym celowym. Stanowiło efekt tych słów, które ledwie kilka chwil temu opuściły usta krewniaka.

- Postawię na szczerość. Zależy nam na tym, żeby uspokoić sytuacje na tyle, żeby możliwym stało się wprowadzenie kogoś z naszej rodziny do Ministerstwa Magii. Obecna sytuacja temu nie sprzyja. A samo nazwisko będzie zapewne wzbudzać wątpliwości. - zamiast od planu, zaczął od potrzeb. Może z tego względu, że konkretnego planu w zasadzie nie posiadał. Każdy, który pojawiał się w jego głowie, zdawał się nietrafiony. Nie był w stanie przekonać Roberta do tego, iż właśnie na takie coś należało postawić. Na takie działania się zdecydować. Sprawa była niestety z tych delikatnych. - Zwłaszcza, że nasze zainteresowania skupiają się wokół Departamentu Przestrzegania Prawa. - doprecyzował. Na cholerę to robił? Nie było to w jego zwyczaju. Nie planował przecież niczego z Alexandrem omawiać szerzej. Niczego mu tłumaczyć. Jeszcze chwila i może zaproponuje mu tutaj kawę, ewentualnie szklankę whisky. I może jeszcze zaserwuje te pyszne, owsiane ciasteczka wykonane rękoma domowej skrzatki. - Nie liczę na to, że wszystko zmieni się już teraz, za jednym machnięciem różdżki, ale od czegoś trzeba zacząć. I nie mam żadnego konkretnego planu. Jedynie pewność, przekonanie, że trzeba się od tego odciąć. Oficjalnie. Stanowczo. Ten jeden raz. Bez przypominania o tym co tydzień, miesiąc, w każdym kolejnym wydaniu Proroka. Nie brałem pod uwagę robienia z tej sprawy kabaretu.

Bo co więcej mogli zrobić? Zaproponować publicznie stworzenie funduszu pomocowego dla ofiar śmierciożerców? Ofiar prześladowań na tle czystości krwi? Z całą pewnością nie wzbudziłoby to żadnych wątpliwości. Nie stanowiłoby w magicznym światku prawdziwej sensacji, gdyby z tego rodzaju projektem do Ministerstwa Magii zwrócił się ktoś o nazwisku Mulciber. Bo przecież ich poglądy były od wielu lat dobrze wszystkim znane. Głośno wyrazili je jeszcze na początku lat 60, opuszczając Departament Tajemnic w celu zaprezentowania swojego braku poparcia dla ministra-szlamy. Raczej mało prawdopodobnym było to, iż coś takiego zostało im już zapomniane.

Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#6
17.03.2024, 18:59  ✶  
Kąciki ust Alexa mimowolnie drgnęły, kiedy okazało się, że trafił w czuły punkt: wcześniej starannie uniknął wspomienia Imienia, Którego Nie Wolno Wymawiać, bo liczył, że Robert potrafi przeczytać to, co zawarł między wierszami. Choć to były dosyć płonne nadzieje - biorąc pod uwagę, że ten po tylu listach nie załapał aluzji, że Alexander nie daje jebania o jego obsesyjno-kompulsyjne zaburzenia na punkcie savoir-vivre - w nienagannej masce opanowania, jaką prezentował światu Robert, znalazł jakąś niedoskonałość.

Może jednak nauczył się czegoś z sali przesłuchań.

Dobrze, pomyślał chłodno Mulciber, wytrzymując przenikliwe spojrzenie krewniaka, musi być świadom, że jeżeli rozpęta z tego coś większego, właśnie tak będą go próbowali sprowokować.

Nie zależało mu na poniżeniu Roberta. Co prawda, nie mógł sobie tak do końca odmówić tej drobnej przyjemności z podrażnienia jego nerwów, zwłaszcza, kiedy ten tak długo z nim korespondował, oferując tak beznadziejnie nijakie sweet nothings, że najgłupsza kurwa by się na nie nie nabrała, gdyby ten szeptał jej na ucho takie farmazony. Alexander, przychodząc tutaj, myślał o bezpieczeństwie swoim i Diany. O tym, że w razie kłopotów, będą zdani na siebie i resztę Mulciberów.

- Szczerość w rodzinie to podstawa – rzucił Alexander, prostując się w fotelu. Gdybyś zaczął tak od razu, nie musiałbym być takim chamem, żeby sprowokować cię do podania jakichkolwiek szczegółów, pomyślał kwaśno.

Robert nie tracił więcej czasu na czcze gadanie. Dobrze, że wyjaśnili sobie pewne rzeczy... Axel trwał zasłuchany w jego monolog, obracając w palcach papierową konstrukcję, którą właśnie wykańczał, aż usłyszał to, czego bał się usłyszeć.

Więc nie masz żadnego planu, jęknął wewnętrznie Alex. "Jedynie pewność, przekonanie..." KurrrrrwaaaaaaaaaAA.

Papierowy samolocik, stworzony na kanwie wyrwanej z gazety kartki był prawdziwym arcydziełem.

Alexander nie dał po sobie pokazać, że wewnętrznie targają nim jakieś emocje, poza zmarszczeniem brwi.

- Skoroś taki pełen polotu...

Samolocik poleciał w stronę Roberta, długo szybując i zataczając w powietrzu kółka, dopóki nie wylądował na jego głowie... Chyba, że ten zdołał go wcześniej złapać.

- ...Zastanawiam się, dlaczego twoje curriculum vitae jeszcze nie leży na biurku szefa Departamentu Przestrzegania Prawa - powiedział spokojnie Alex, ważąc powoli słowa.

Odchylił się na oparciu fotela.

- To moja sugestia. Masz znajomości, doświadczenie i reputację. Czego ty się boisz? - spytał bezceremonialnie. Kiedy mówił dalej, odwrócił już głowę, by w zamyśleniu patrzeć na drzewa za oknem. Rozumiał, że powrót do ministerstwa musiał być dla Roberta i jego części rodziny kwestią dumy. Ale protestować przeciwko władzy Nobby'ego Leacha, który dawno wąchał już kwiatki od spodu, tylko po to, by zadowolić dumę nieżyjących już ojców? Uważał to za głupotę.

- Przecież z odpowiednim poparciem by ci nie odmówili. A im dłużej zwlekamy, tym bardziej rozhukany medialnie stanie się ten proces. A gdybyś zrekrutował się tam już teraz? Jakiś pismak na pewno wyniucha, że jesteś blisko Wizengamotu, gdy zacznie się rozprawa, a wtedy... Zaczną do ciebie walić. Drzwiami i oknami. Prosząc o komentarz. Kwestionując lojalność. Zadając pytania o priorytety rodziny.

Alexander z powrotem zwrócił wzrok na Roberta i ponownie otaksował go spojrzeniem: nie pogardliwym, tylko uważnym, oceniającym; tak, jakby analizował, na co go stać.

- Myślałem, że jesteś typem, którego nie da się wytrącić z równowagi, ale może się myliłem. Aż tak łatwo byłoby im cię sprowokować?

Wyprostował rękę opartą o podłokietnik, na przemian to prostując palce, na przemian to zaciskając dłoń w pięść. Często bawił się drobnymi przedmiotami trzymanymi w rękach, kiedy intensywnie nad czymś myślał: zwykle były to karty; dziś jednak, miał inną starą sztuczkę: przesuwał rodowy sygnet Mulciberów między palcami, tak szybko, jakby bawił się monetą.

- Mam też inną sugestię. Jeżeli ta cię nie satysfakcjonuje. I pytania. Jeżeli chcesz kontynuować rozmowę.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#7
17.03.2024, 19:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.03.2024, 13:54 przez Robert Mulciber.)  

Nie planował wchodzić w to tak głęboko. Nie planował stawiać na szczerość względem kuzyna. Tę prawdziwą szczerość. Planując spotkanie, usiłując przekonać do niego Alexandra, nawet przez krótki moment nie brał tego pod uwagę. Całość miała potoczyć się zupełnie inaczej. Pewne rzeczy nie miały zostać przedstawione. Wypowiedziane na głos? Można ująć to w ten sposób. Kolejny raz wszystko potoczyło się jednak swoim torem. Niekoniecznie w taki sposób, który Robertowi odpowiadał. Poirytowany tym, w jaki sposób wszystko się potoczyło, nie zauważył w porę, zmierzającego w jego kierunku samolocika. Niby patrzył, ale nie widział. Nie rozumiał, co właściwie widzi? Z tego też powodu nie miał dość czasu, żeby odpowiednio zareagować. Złapać konstrukcje stworzoną przez kuzyna. Albo wykonać unik, w wyniku którego papierowe arcydzieło wylądowałoby w innym miejscu. Bardziej odpowiednim niż jego głowa. Ta bowiem kompletnie nie nadawała się na lotnisko.

- ... - powinien był w tym momencie jakoś zareagować, ale chyba mu odebrało mowę. Trzymając papierowy samolocik w ręku, patrzył na Alexandra tym spojrzeniem, które mówiło mniej więcej: o czym ty, cholera jasna, pierdolisz? Bo naprawdę nie rozumiał do czego kuzyn zmierzał. Nawiązywał. Odkładając konstrukt na najbliższym meblu, zmarszczył nawet brwi, starając się jakoś ze sobą połączyć kompletnie niedopasowane elementy układanki. Niby mające stanowić całość, ale tak po prawdzie... zdające się tworzyć dwa, zupełnie inne obrazy.

Ostatecznie więc zamiast odezwać się czekał. Czekał na to, aż kuzyn powie coś więcej. Wytłumaczy, co konkretnie miał w tym momencie na myśli. Pozwoli mu cokolwiek zrozumieć. O ile cokolwiek zrozumieć się tutaj dało. Bo i miał tu pewne wątpliwości. Duże wątpliwości? Z pewnością uzasadnione. Rozumiałby, gdyby całość odnosiła się do Departamentu Tajemnic, ale Przestrzegania Prawa Czarodziejów?

Chyba przestawał już nadążać. Albo może zaczynał zmagać się z tym samym problemem, który doprowadził jego ojca na samo dno. Sprawił, że ten stał się najprawdziwszym wrakiem człowieka.

- Nie rozumiem skąd wzięła się Twoja pierwsza propozycja. I tym bardziej obawiam się tej drugiej. - wreszcie się odezwał. - Z czym tym razem wyskoczysz? Może z propozycją sięgnięcia po fotel samej Ministry Magii? - pokręcił głową. Może to spotkanie było błędem? Może jego krewniak był równie niespełna rozumu, co jego szalona matka. Cóż za typowa przypadłość wśród przedstawicieli tej rodziny. Być może zwiastująca jej zbliżający się z wolna upadek? Absolutny koniec? Skończą się tak samo, jak niegdyś skończyli się Gauntowie. A na dokładkę, nikt nie powie o nich choćby jednego, dobrego słowa.

Być może powinien się napić. Nawet jeśli godzina była wczesna... był to zawsze jakiś ratunek, pozwalający zachować pion. Utrzymać tę równowagę, której utraty znajdywał się zadziwiająco wręcz blisko. Zanim pozwolił mu kontynuować, przedstawić swoją drugą propozycje, podszedł nawet do barku. Zaczął z wolna zapoznawać się z jego zawartością. Dłoń natrafiła na nienapoczętą jeszcze butelkę whisky. Równie dobra, co każda inna. Zwłaszcza, że poniżej pewnego poziomu nie schodził. W swoim domu nie miał niczego, co nie spełniałoby wymogów. Tych, które sam stawiał.

- Rocznik 30, z niewielkiej destylarni w Cork. Odmówisz? - kolejna rzecz, której nie planował, ale zrobił. Chyba z wyuczonej już grzeczności. Bo kiedy przebywał w towarzystwie, praktycznie nie zdarzało się, żeby alkohol pił sam; żeby drugiej osobie niczego nie zaproponował. - Mów dalej, dokończmy ten temat. - napełniając jedną ze szklanek typu tumbler, dał krewniakowi znać, żeby nie przerywał. Nie kończył tej rozmowy przedwcześnie. Nawet jeśli z jego strony padnie kolejna bzdura, to nie dało się wykluczyć, że mimo wszystko zdołają jednak dojść do jakiegoś konsensusu. Choć oczywiście nie musiało to być wcale proste do wypracowania.


Rzut N 1d100 - 49
Slaby sukces...
czy Robert się zorientował w porę (percepcja)
Rzut T 1d100 - 33
Akcja nieudana
jeśli się zorientował w porę, to czy zdołał złapać samolocik albo zrobić unik (af)
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#8
25.03.2024, 03:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2024, 03:22 przez Alexander Mulciber.)  
- Sam powiedziałeś, że skupiasz się na uzyskaniu wpływów w Departamencie Przestrzegania Prawa. Kto inny z naszej rodziny dostałby teraz pracę w Ministerstwie praktycznie od ręki, biorąc pod uwagę nastroje społeczne? Ale ty, ty masz wieloletnie doświadczenie. Znajomości. Jakieś tam kwalifikacje… Powrót do Departamentu Tajemnic byłby bezcelowy, skoro jestem tam ja. Diana trzyma rękę na pulsie w Departamencie Skarbu. Wybór wydawał mi się prosty, jeszcze zanim sam wspomniałeś o powrocie do Ministerstwa – wyjaśnił cierpliwie Alexander, nie do końca pojmując, czego konkretnie Robert nie rozumie w jego wywodzie.

Dla Mulcibera wszystko to wydawało się dosyć logiczne, choć dopuszczał do siebie tę możliwość, że jako człowiekowi nie do końca obytemu w politycznych rozgrywkach o urzędniczy stołek, coś ważnego może umykać jego rozumowaniu. Dlatego skinął głową w podzięce, kiedy podano mu szklankę wypełnioną trunkiem. Alkohol, za którym powiódł tęsknym wzrokiem, na razie odstawił na stolik obok fotela, bo musiał się skupić na wyjaśnianiu swych słów. Zgodnie z prośbą kuzyna ciągnął dalej, chcąc dotrzeć do sedna sprawy.

– Wtedy rzeczywiście mielibyśmy swoich ludzi w najważniejszych departamentach. A chociaż stołek Ministra Magii – jak ironicznie zauważyłeś – zapewne bardziej pasowałby do godności naszej rodziny, więcej zdziałałbyś jako zwykły urzędnik. Można zakręcić się tu i ówdzie – może nawet do szafki z aktami współpracowników. Podsłuchać rozmowę przełożonych, udając, że pilnie pracujesz… Nie rozumiem, dlaczego odstręcza cię ten pomysł, kiedy sam siedzisz tutaj, zamknięty – ćmisz kadzidełka – i w moich oczach po prostu marnujesz czas, który mógłbyś spędzić na samodzielnym budowaniu wpływów. Tak jak wspominałem, byłbyś zapewne na pierwszej linii medialnego ostrzału: stąd pytanie, czy potrafisz zachować opanowanie, czy wybuchasz wściekłością, kiedy ktoś nadepnie ci na odcisk.

Bogowie, jak on nienawidził tłumaczyć ludziom, co konkretnie miał na myśli mówiąc daną rzecz, ale już wolał po kolei wytłumaczyć Robertowi każde słowo, każdą dwuznaczną kpinę i każde innuendo zawarte między wierszami, bo sam teraz nie był pewien, czy ten sobie z niego żartuje, czy specjalnie udaje głupszego, niż jest w rzeczywistości. Bo Robert taki znowu głupi na pewno nie był, chociaż posiadał wyjątkową zdolność wkurwiania Alexandra, kiedy używał w stosunku do niego swojego ambiwalentnego tonu polityka. Poniekąd właśnie dlatego Alex wróżył mu udaną karierę w Ministerstwie. Typ po prostu miał coś takiego w sobie, co sprawiało, że masz ochotę dorysować jego wydrukowanej na ulotce mordzie paskudne wąsy, diabelskie rogi, kilka czarnych zębów i obrzydliwych czyraków, a potem zrobić ze świstka samolocik, i posłać mu prosto na łeb.

Ale był rodziną. A Alexander nie potrzebował kolejnego wroga we własnym domu.

– Poza tym – jak to się mówi – pod latarnią bywa najciemniej, zwłaszcza, jeżeli na początku zachowasz low profile. Wszyscy będą podejrzewali najpierw o całe zło świata ciebie, ale gdy nie będą mogli nic ci zarzucić – bo zakładam, że zamierzasz być wzorowym pracownikiem – odpierdolą się, i zapomną o sprawie. Tak, może i skazali jakiegoś tam Juliusa Mulcibera na odsiadkę w Azkabanie, ale jego daleki kuzyn pracuje ze mną w Biurze i nie ma porządniejszego chłopa. Zawsze oddaje raporty w terminie, ołówki zawsze ma równo ułożone na biurku, a jak go zapytałem o rodzinę, to powiedział, że ten Julius to jakaś czarna owca, et cetera, et cetera – zakończył Alexander, przewracając oczami. Nie uważał się za znawcę ludzkiej natury, ale osobiście sądził, że większość ludzi to głupcy, którzy łatwo ulegają silniejszym, bardziej charyzmatycznym jednostkom, złudnym pierwszym wrażeniom i psychologii tłumu. Tylko czy Robert miałby odpowiednią siłę przebicia?

- A jeżeli obawiasz się o… Organizację – Wyprostował rękę, na której miał wytatuowany mroczny znak. Rozciągnął palce dłoni, porzucając zabawę rodowym sygnetem, który dotychczas przesuwał między palcami, niczym cyrkowy kuglarz podczas występu iluzjonistycznego. Popatrzył znacząco na Roberta. Wolał nie mówić o Śmierciożercach głośno. Ściany miały uszy. – Nie sądzisz, że on także ucieszyłby się, mając jednego ze swych zwolenników w tak ważnym departamencie?

Czekał na reakcję Roberta.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#9
29.03.2024, 20:17  ✶  

Z każdą kolejną chwilą zdawał się rozumieć coraz mniej. Być może z tego względu, że skupił się na swoim wieloletnim doświadczeniu. Na swoich kwalifikacjach. Posiadanych znajomościach. W tym ostatnim mogło być po prawdzie trochę prawdy. Wciąż jakieś tam posiadał. Reszta jednak... reszta budziła wątpliwości odnośnie poczytalności Alexandra. Wątpliwości uzasadnione. Starając się to wszystko przetrawić, poukładać we wnętrzu swojej własnej głowy, upił kilka łyków alkoholu. Może rozjaśni umysł?

...albo samego siebie doprowadzi do stanu, w którym cały ten bełkot zacznie brzmieć sensownie. Zrozumiale.

Kiedy Alexander skończył, nie miał pewności odnośnie tego, co należało powiedzieć. W jaki sposób na to wszystko zareagować. Odnieść się do słów kuzyna. Momentami trafnych. W znacznej mierze jednak... budzących spore wątpliwości. Było trochę tak jakby wypowiadał się na przemian geniusz oraz skończony idiota. Ktoś niespełna rozumu? Nic tylko usiąść i zacząć płakać. Bo i co więcej mu teraz zostawało? Głośno i wyraźnie obwieścić: wszyscy zginiemy, nadszedł nasz koniec.

Tyle tylko, że Robert na żaden koniec zgadzać się nie zamierzał. A skoro tego jego plany nie zakładały...

- O ile część tego planu brzmi dobrze, to pewne elementy budzą wątpliwości... - wreszcie się odezwał. Tym razem zebranie się do tego zajęło mu znacznie więcej czasu. Udzielenie odpowiedzi wymagało kilku kolejnych łyków alkoholu. Skończyło się w zasadzie na osuszeniu szklanki. Wypiciu jej zawartości do dna. - Nie rozumiem wciąż, o jakich kwalifikacjach oraz doświadczeniu mowa. - zwłaszcza, jeśli te kwalifikacje i doświadczenie miałyby pomóc w dostaniu się konkretnie do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Raczej mało prawdopodobnym było, żeby na zatrudnienie się w tym miejscu, pozwoliło doświadczenie wyniesione za sprawą służby dla Czarnego Pana. Jeśli natomiast mowa o tym związanym z Departamentem Tajemnic... niekoniecznie pasowałby profilem do Biura Aurorów czy Brygady Uderzeniowej. Może miałby zostać kolejną sekretarką? Albo pracownikiem administracyjnym. Tych potrzebowano zawsze i wszędzie. Do głowy przychodziło jeszcze Biuro Koronera, ale tutaj musiałby się już naprawdę porządnie nagimnastykować. - Zatrzymajmy się może na kwestii znajomości. - jeśli Alex chciał cokolwiek wytłumaczyć odnośnie kwalifikacji oraz doświadczenia, Robert pozwolił mu dojść do głosu i dopiero w następnej chwili ruszył z tematem dalej. - Zakładając, że planowałbym samego siebie bądź kogoś innego umieścić w Departamencie Przestrzegania Prawa, to czy istniałaby możliwość uzyskania... powiedzmy czegoś na kształt polecenia od wyżej postawionych pracowników z innych Departamentów? Sam wspomniałeś o Dianie. - tutaj zatrzymał się, na krótki moment. Dla upewnienia się w tym, na ile Alexander za wszystkim nadążał. Bo miał co do tego pewne wątpliwości. - Ma dobre kontakty ze swoją rodziną? O ile cokolwiek na ten temat wiesz.

Robert orientował się w tym wszystkim tyle o ile. Wiedział jednak z jakiej rodziny pochodzi żona kuzyna. Tego drugiego kuzyna. Wiedział też, kto jeszcze nosił te nazwisko. Rozumiał jakie możliwości mogło im to zapewnić. Sam posiadał kilka podobnych znajomości. Z ilu mógłby jednak skorzystać? Będzie musiał się nad tym porządnie zastanowić. Bo gdyby przypadkiem za bratem wstawił się ktoś istotny, ktoś zapewnił mu plecy... ryzyko niepowodzenia byłoby już ciut mniejsze. Tak odrobinę.

Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#10
06.04.2024, 17:31  ✶  
Nie rozumiem wciąż, o jakich kwalifikacjach oraz doświadczeniu mowa… Alexander spojrzał z powątpiewaniem na Roberta. Głupi czy głupi?

- A umiesz czytać i pisać? Nie wiem, kurwa - wzruszył lekko ramionami, jakby odpowiadanie na takie pytania było czymś poniżej jego godności. - Może naucz się parzyć szefowi dobrą kawę? - Skąd Mulciber miał niby wiedzieć, co robiło się w Departamencie Przestrzegania Prawa? Zakładał, że komponuje się tam coraz to bardziej niezrozumiałe akty prawne w akompaniamencie pierdzenia w stołek. Przypuszczał, że ludzie nie pracowali w Departamencie Przestrzegania Prawa dlatego, że rzeczywiście go przestrzegali, tak samo jak Alexander nie siedział w Departamencie Tajemnic wyłącznie dlatego, że skrywał w sobie wiele tajemnic.

Ale może Robert nie wiedział, że korelacja nie musi oznaczać przyczynowości? Weźmy chociażby takiego Chestera Rookwooda. Śmierciożerca jak malowany, a jednak dzielnie popylał dzień w dzień po Biurze Aurorów… Jedno nie wykluczało drugiego! Tak samo na początku wizyty Alexandra, kuzyn był aż nazbyt łaskawy, chwaląc ironicznie “nienaganne maniery” Alexandra, a prawda była taka, że młody Mulciber znał doskonale znał wszystkie tajniki etykiety (bo kiedyś dostał lekkiej hiperfiksacji na punkcie savoir vivre i przeczytał wiele pozycji traktujących o tym temacie), po prostu świadomie decydował się ignorować zasady dobrego wychowania. like the bad boy he was, kurwa, przepraszam

Najważniejsze było to, że Robert przynajmniej w kwestii podjęcia jakichś zdecydowanych działań - na przykład zdobycia ciepłej posadki w Ministerstwie - wydawał się twardo obstawać przy swoim… Tak, jak na początku rozmowy doradził mu Alexander.

Uważnie słuchał tego, co ma do powiedzenia Robert. Nie do końca spodobał mu się nagły przeskok rozmowy w stronę Diany; wolał nie wciągać jej w sprawki tej popapranej bandy manipulantów, jaką była jego rodzina. Donald wystarczająco ją straumatyzmował, do cholery. Niech zdycha sukinsyn, pomyślał, wreszcie pociągając łyk z wcześniej wręczonej mu szklanki, w niemym toaście do swych myśli.

- Zostawmy na razie Dianę - uciął dyskusję: łagodnie, acz stanowczo. - Silnie przeżyła wypadek mojego brata. - Gdyby się tak nie znieczulała benzo, może by nawet miała siłę skakać z radości. - Może tego po niej nie widać, ale dobrze ją znam. Dalej jest w szoku. Sam widziałeś, co teraz wypisują na jej temat. - Szybkie usprawiedliwienie, aby Robert nie doczepił się do jednego z nagłówków o “mulciberowskiej modliszce, która próbowała zabić męża. - Ale jej macocha podobno puszczała się z Nobbym Leachem. Może skusiła ją też antyczna pizda Eugenii Jenkins?


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (3875), Robert Mulciber (4207)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa