15.03.2024, 20:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2024, 18:29 przez Mirabella Plunkett.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Piszę więc jestem
Rozliczono osiągnięcie - Isaac Bagshot - Piszę więc jestem
Rozliczono osiągnięcie - Isaac Bagshot - Piszę więc jestem
—06/06/1972—
Anglia, Londyn, biuro Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego
Isaac Bagshot & Anthony Shafiq
![[Obrazek: ERC1NOQ.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ERC1NOQ.png)
Pieniądze: sposób na wszystko oprócz szczerego przyjaciela, bezinteresownego kochanka i dobrego zdrowia
![[Obrazek: ERC1NOQ.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ERC1NOQ.png)
Pieniądze: sposób na wszystko oprócz szczerego przyjaciela, bezinteresownego kochanka i dobrego zdrowia
Wszystko wydarzyło się tak szybko...
Jednego dnia byłeś na suto zakrapianym party w neapolskiej willi bogatego filantropa, w następnym pokazywano Ci smutne biurko na cito ustawiane w otwartej przestrzeni biurowej. Dębowy pusty mebel niczym kula u nogi, szarym ścianom nie było daleko do więziennego kamienia. Zszarzali koledzy, zapadnięte twarze księgowych, którzy przerwy poświęcali w głównej mierze na opowiadaniu sobie o lukach prawnych, lub nadchodzących zmianach... i ich lukach prawnych.
Nigdzie też nie było tego, który popchnął go do tego kroku. Tommy, albo Tony, pamięć nie była w tym względzie łaskawa, pomimo dzielonego języka podszedł do niego niemal u schyłku zabawy. Kilka słów starczyło, by przeszli do meritum, cóż tam słuchać w starym dobrym Imperium.
– Wiesz... Standardy Handlu Magicznego szukają ludzi takich jak Ty. Osób, które wiedzą coś o świecie, zanim zaczną tonąć w kolumnach. Bo za tymi liczbami... zawsze stoją ludzie i ich opowieści, czyż nie? – Jego głos w mglistym wspomnieniu sączył się miodem, o lekko dymnym zapachu palonych podówczas cygar. Stalowe oczy, pociągła, przystojna twarz, chwila intymności pośród śpiewających Włochów otwierających kolejną butelkę wina. Któż by je zliczył?
I rzeczywiście, zaraz po powrocie do kraju, odnalazł ogłoszenie, choć o dziwno datowane było na kilka dni po tym ekscentrycznym przyjęciu. Spodziewał się spotkać Thomasa właśnie podczas rozmowy, jako rekrutera, przeliczył się jednak. Nie było go ani wtedy, ani później, gdy przykuto go do martwego dębu i wręczono stos korespondencji do zweryfikowania według klucza. Skarg, zażaleń prywatnych osób i niewielkich przedsiębiorstw. Ktoś tymi płotkami musiał się zajmować, choć każdy z tych listów przedstawiał przecież jakąś historię, trud, tragedię, być może życiowe porażki i w końcu śmierć niespełnionych przedsiębiorców.
Stos papieru nie malał, wręcz przeciwnie rósł z każdym dniem, jak gdyby stał się więźniem Tartaru i właśnie niespiesznie zdawał sobie sprawę z niekończącej się kary. Tyle dobrego było w tym piekle, że kawy i herbaty było pod dostatkiem. W czwartki pojawiały się również podłużne, rozkosznie kruche maślane ciasteczka.
Pojawił się siódmego dnia. Jego uśmiech był enigmatyczny, co dziwniejsze jako jedyny nosił garnitur. Jedną dłonią oparł się o biurko, a drugą – której najmniejszy palec zdobił złoty sygnet z niewielkim grawerem umykającym kształtu z tej odległości – wesparł się o klapę perfekcyjnie dopasowanej do jego podłużnej figury marynarki. Przyniósł ze sobą też zapach rozbijający czerwcowy zapach biura – świeżość białych kwiatów złożonych u krzaku jaśminu.
– Masz ochotę na lunch Isaacu? Ja zapraszam. – padło siedem słów, które momentalnie wyciszyły rozmowy w przestronnym pokoju. A może po prostu nie było już w nim zbyt wiele osób? Coś w jego postawie dawało odczuć, że choć daje wybór, to nie pozostawia go zbyt wiele.
Jednego dnia byłeś na suto zakrapianym party w neapolskiej willi bogatego filantropa, w następnym pokazywano Ci smutne biurko na cito ustawiane w otwartej przestrzeni biurowej. Dębowy pusty mebel niczym kula u nogi, szarym ścianom nie było daleko do więziennego kamienia. Zszarzali koledzy, zapadnięte twarze księgowych, którzy przerwy poświęcali w głównej mierze na opowiadaniu sobie o lukach prawnych, lub nadchodzących zmianach... i ich lukach prawnych.
Nigdzie też nie było tego, który popchnął go do tego kroku. Tommy, albo Tony, pamięć nie była w tym względzie łaskawa, pomimo dzielonego języka podszedł do niego niemal u schyłku zabawy. Kilka słów starczyło, by przeszli do meritum, cóż tam słuchać w starym dobrym Imperium.
– Wiesz... Standardy Handlu Magicznego szukają ludzi takich jak Ty. Osób, które wiedzą coś o świecie, zanim zaczną tonąć w kolumnach. Bo za tymi liczbami... zawsze stoją ludzie i ich opowieści, czyż nie? – Jego głos w mglistym wspomnieniu sączył się miodem, o lekko dymnym zapachu palonych podówczas cygar. Stalowe oczy, pociągła, przystojna twarz, chwila intymności pośród śpiewających Włochów otwierających kolejną butelkę wina. Któż by je zliczył?
I rzeczywiście, zaraz po powrocie do kraju, odnalazł ogłoszenie, choć o dziwno datowane było na kilka dni po tym ekscentrycznym przyjęciu. Spodziewał się spotkać Thomasa właśnie podczas rozmowy, jako rekrutera, przeliczył się jednak. Nie było go ani wtedy, ani później, gdy przykuto go do martwego dębu i wręczono stos korespondencji do zweryfikowania według klucza. Skarg, zażaleń prywatnych osób i niewielkich przedsiębiorstw. Ktoś tymi płotkami musiał się zajmować, choć każdy z tych listów przedstawiał przecież jakąś historię, trud, tragedię, być może życiowe porażki i w końcu śmierć niespełnionych przedsiębiorców.
Stos papieru nie malał, wręcz przeciwnie rósł z każdym dniem, jak gdyby stał się więźniem Tartaru i właśnie niespiesznie zdawał sobie sprawę z niekończącej się kary. Tyle dobrego było w tym piekle, że kawy i herbaty było pod dostatkiem. W czwartki pojawiały się również podłużne, rozkosznie kruche maślane ciasteczka.
Pojawił się siódmego dnia. Jego uśmiech był enigmatyczny, co dziwniejsze jako jedyny nosił garnitur. Jedną dłonią oparł się o biurko, a drugą – której najmniejszy palec zdobił złoty sygnet z niewielkim grawerem umykającym kształtu z tej odległości – wesparł się o klapę perfekcyjnie dopasowanej do jego podłużnej figury marynarki. Przyniósł ze sobą też zapach rozbijający czerwcowy zapach biura – świeżość białych kwiatów złożonych u krzaku jaśminu.
– Masz ochotę na lunch Isaacu? Ja zapraszam. – padło siedem słów, które momentalnie wyciszyły rozmowy w przestronnym pokoju. A może po prostu nie było już w nim zbyt wiele osób? Coś w jego postawie dawało odczuć, że choć daje wybór, to nie pozostawia go zbyt wiele.