04.04.2024, 23:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.04.2024, 23:36 przez Anthony Shafiq.)
Anthony zdawał się być absolutnie niezrażony markotnością Erika. Wręcz przeciwnie, próżno było w nim szukać wczorajszej flegmatyczności i melancholii, mimo że od śniadania pracował, to właśnie teraz był pełen energii. Rozmowy najwidoczniej musiały pójść po jego myśli.
– Doprawdy? To doskonale! – zareagował z entuzjazmem na coś, co być może miało na celu go zirytować. Zupełnie jakby Erik był dzieckiem, które gdy czuło trudne emocje komunikowało je w taki sposób, aby inni z nim współodczuwali. – Wysokie standardy są szykanowane przez niektórych mistrzów wschodnich. Uważają, że należy cieszyć się drobnostkami codzienności i ja tego nie neguje. Ale przy wysokich standardach Eriku... Doświadczenie satysfakcji jest trudniejsze, ale przez to zdecydowanie bardziej smakowite. Cieszę się, że będę mógł podjąć próbę sprostania Twoim wymaganiom. – szczupła twarz Anthony'ego znów zaczęła przypominać maskę sfinksa, który mógł kpić, ale mógł też mówić całkowicie poważnie. Z drugiej strony, czy można mówić o przegranych i wygranych, gdy przyjemność odczuwają zarówno ten który daje, jak i ten który bierze?
Kiedy Longbottom odebrał od niego oba swetry był zdziwiony, ale nie oponował, podążając wzrokiem za towarzyszem, który poszedł do jego skrzydła przestronnej szafy. Nie wiedział do końca co w niej znajdzie, kto inny z jego otoczenia dbał o ubrania, kierując się tylko dość mglistymi wytycznymi dyplomaty. Widok pasiaka w żaden sposób nie wzbudził sprzeciwu. Wręcz przeciwnie, Anthony położył go na swoich barkach przewiązując swobodnie pod szyją. Okrycie zdecydowanie było na potem, teraz mimo nadchodzącego wieczoru wciąż było niemal trzydzieści stopni.
– Jest doskonały dziękuję – powiedział gładko, a potem uniósł bardzo wysoko brwi na kolejne deklaracje Erika. – Co się stało z Twoimi dużymi wymaganiami? Eriku, daj się chociaż przez moment rozpieszczać, skoro zepsułem Ci wczorajszy wieczór, nie mogę dopuścić, byś dzisiejszy spędził w czymś co nie sprawi Ci przyjemności – giętki język bez trudu splatał słowa, choć brzmiały one i tak dość surrealistycznie. Jak warkocz spleciony z kpiny i troski.
Anthony odwrócił się ku drugiej części szafy. Z Erika przed wyjazdem również zdjęto miarę, oficjalnie w celu uszycia dwóch szat na zmianę, ujednoliconych pod okoliczności oficjalnych debat. Tymczasem szafa miała zdecydowanie więcej ubrań, choć jej zawartość zdawała się zaskakiwać w równym stopniu obu panów. Shafiq obrał inną technikę w poszukiwaniu właściwego, przynajmniej w jego mniemaniu, ubrania. Odwrócił głowę i przymknął oczy, zdając się tylko na wrażenia dotykowe. Długimi palcami delikatnie gładził złożone w perfekcyjnie równej kolumnie swetry, aż nagle zatrzymał się u jej dołu i wiadomym było, że decyzja zapadła.
Wyciągnął sweter, który również był zakładany przez głowę. Był minimalistyczny, o prostym splocie, w kolorze kremowej bieli. Okrycie zdawało się nie być zbyt puszyste, ani ciepłe, ale gdy tylko Anthony podał je Erikowi ten musiał poczuć różnicę. Miękkość włóczki była niewyobrażalna, wełna poddawała się dotykowi przywodząc na myśl aksamit gładkiej skóry.
– Wikunia z Południowej Ameryki, miałeś już kiedyś styczność z tą wełną? – zapytał stojąc tuż obok, nie chcąc wypuścić swetra z rąk, a może chcąc go trzymać przez chwilę razem z Erikiem. W końcu zrezygnował i odsunął się pozostawiając mu wybór jak zamierza go "nosić" tak by się nie przegrzać.
W końcu, gdy dostał potwierdzenie od drugiego mężczyzny, położył dłoń na jego ramieniu i teleportowali się na wschodnie wybrzeże...
Magicznym węzełem komunikacyjnym w Ascoli Piceno była niewielka kawiarenka w okolicach starego rynku, w której atrium znajdowała się równie piękna co stara mozaika przedstawiająca nagiego Neptuna przemierzającego morza w rydwanie zaprzężonym w dwa koniki morskie, czy w tym przypadku potężne rumaki morskie. Ustawione pod dachem stoliczki zajęte były przez magów sączących espresso i szykujących się do obiadu, jedynego pełnowartościowego posiłku. Większość z nich nie nosiła żadnych ubrań sugerujących przynależność do magicznego ludu, wręcz przeciwnie – podobnie jak Anglicy, mieli na sobie zwykłe spodnie i koszule, wiedźmy zaś lekkie sukienki, adekwatne do pogody i przemieszczania się pośród mugolami.
– Pamiętaj, żadnej magii... – przypomniał Anthony i pokierował Erika do wyjścia. Nie minęło kilka minut, gdy dotarli na rozległy rynek, cały z marmuru. Ratusz prezentował się dumnie ze swoją rosłą dzwonnicą, otoczony kolumnami osłaniającymi rozstawione stoliczki kawiarenek. Niegdysiejsze pałace możnowładców spełniały teraz funkcje społeczne, dając cień za dnia i ewentualne schronienie przed niespodziewanymi letnimi burzami. Południową stronę placu zamykała gotycka katedra, która jednak nie leżała w żaden sposób w zakresie zainteresowań mężczyzn. Przewodnik bowiem prowadził w stronę ratusza, gdzie zebrał się już całkiem niezły tłumek.
Przez wejściem głównym do budynku ustawiono bardzo szeroką i dość wąską drewnianą scenę, za nią po kilku metrach zaś niewysoki płotek. Pomiędzy rantem sceny a ów płotkiem czekały puste obecnie krzesła i pulpity ustawione promieniście od centralnego punktu wyznaczanego przez dyrygencki podest.
– Mają tu przepiękny teatr operowy, byłem tu kilka lat temu na Donizettim, ale ten projekt... Pod otwartym niebem, ale jestem pewien, że pogoda dopisze i nie będziemy musieli gnieździć się w kawiarnianych ogródkach. – opowiadał Anthony łaskawie nie zapominając w jakim języku mogli się porozumieć. Przed płotem wyznaczającym "część artystyczną" rozstawione były już ławki dla publiczności. Część ludzi zajęła już miejsca bardzo blisko prowizorycznego orchestronu, część kręciła się jeszcze podobnie do nich. Anthony przetestował kilka miejsc, ale ostatecznie wybrał wcale nie te najbliższe, a mniej więcej w połowie drogi, tuż przy szerokim na dwa metry przejściu.
– Tu będzie dobrze widać i słychać – wytłumaczył zacierając ręce i zajmując miejsce z samego brzegu, pozostawiając miejsce dla Erika po swojej prawej stronie. – Powiedz mi, póki jeszcze się nie zaczęło... wolisz, żebym tłumaczył Ci na bieżąco, czy w przerwach? Tutaj zasadniczo nie wydarzy się cokolwiek inaczej niż u Szekspira, włączając absurdalne zeznania uduszonej kobiety w finale. Niektórzy scenarzyści próbują to zvidować, ale myślę, że Ci tu się o to nie pokusili. Chociaż kto ich tam wie, mało było takich, którzy pragnęli poprawiać mistrzów? – zapytał retorycznie. Był swobodny, delektował się chwilą, lipcowym powietrzem i wspólnie spędzanym czasem. Nawet jeśli ławka nie była zbyt wygodna, a na niej mieli najwidoczniej spędzić kilka godzin – Anthony tak odprężony nie był nawet po masażach w podziemnym ponoć leczniczym źródle, tego Erik mógł być pewien.
– Doprawdy? To doskonale! – zareagował z entuzjazmem na coś, co być może miało na celu go zirytować. Zupełnie jakby Erik był dzieckiem, które gdy czuło trudne emocje komunikowało je w taki sposób, aby inni z nim współodczuwali. – Wysokie standardy są szykanowane przez niektórych mistrzów wschodnich. Uważają, że należy cieszyć się drobnostkami codzienności i ja tego nie neguje. Ale przy wysokich standardach Eriku... Doświadczenie satysfakcji jest trudniejsze, ale przez to zdecydowanie bardziej smakowite. Cieszę się, że będę mógł podjąć próbę sprostania Twoim wymaganiom. – szczupła twarz Anthony'ego znów zaczęła przypominać maskę sfinksa, który mógł kpić, ale mógł też mówić całkowicie poważnie. Z drugiej strony, czy można mówić o przegranych i wygranych, gdy przyjemność odczuwają zarówno ten który daje, jak i ten który bierze?
Kiedy Longbottom odebrał od niego oba swetry był zdziwiony, ale nie oponował, podążając wzrokiem za towarzyszem, który poszedł do jego skrzydła przestronnej szafy. Nie wiedział do końca co w niej znajdzie, kto inny z jego otoczenia dbał o ubrania, kierując się tylko dość mglistymi wytycznymi dyplomaty. Widok pasiaka w żaden sposób nie wzbudził sprzeciwu. Wręcz przeciwnie, Anthony położył go na swoich barkach przewiązując swobodnie pod szyją. Okrycie zdecydowanie było na potem, teraz mimo nadchodzącego wieczoru wciąż było niemal trzydzieści stopni.
– Jest doskonały dziękuję – powiedział gładko, a potem uniósł bardzo wysoko brwi na kolejne deklaracje Erika. – Co się stało z Twoimi dużymi wymaganiami? Eriku, daj się chociaż przez moment rozpieszczać, skoro zepsułem Ci wczorajszy wieczór, nie mogę dopuścić, byś dzisiejszy spędził w czymś co nie sprawi Ci przyjemności – giętki język bez trudu splatał słowa, choć brzmiały one i tak dość surrealistycznie. Jak warkocz spleciony z kpiny i troski.
Anthony odwrócił się ku drugiej części szafy. Z Erika przed wyjazdem również zdjęto miarę, oficjalnie w celu uszycia dwóch szat na zmianę, ujednoliconych pod okoliczności oficjalnych debat. Tymczasem szafa miała zdecydowanie więcej ubrań, choć jej zawartość zdawała się zaskakiwać w równym stopniu obu panów. Shafiq obrał inną technikę w poszukiwaniu właściwego, przynajmniej w jego mniemaniu, ubrania. Odwrócił głowę i przymknął oczy, zdając się tylko na wrażenia dotykowe. Długimi palcami delikatnie gładził złożone w perfekcyjnie równej kolumnie swetry, aż nagle zatrzymał się u jej dołu i wiadomym było, że decyzja zapadła.
Wyciągnął sweter, który również był zakładany przez głowę. Był minimalistyczny, o prostym splocie, w kolorze kremowej bieli. Okrycie zdawało się nie być zbyt puszyste, ani ciepłe, ale gdy tylko Anthony podał je Erikowi ten musiał poczuć różnicę. Miękkość włóczki była niewyobrażalna, wełna poddawała się dotykowi przywodząc na myśl aksamit gładkiej skóry.
– Wikunia z Południowej Ameryki, miałeś już kiedyś styczność z tą wełną? – zapytał stojąc tuż obok, nie chcąc wypuścić swetra z rąk, a może chcąc go trzymać przez chwilę razem z Erikiem. W końcu zrezygnował i odsunął się pozostawiając mu wybór jak zamierza go "nosić" tak by się nie przegrzać.
W końcu, gdy dostał potwierdzenie od drugiego mężczyzny, położył dłoń na jego ramieniu i teleportowali się na wschodnie wybrzeże...
![[Obrazek: GYzzm8D.jpeg]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=GYzzm8D.jpeg)
Magicznym węzełem komunikacyjnym w Ascoli Piceno była niewielka kawiarenka w okolicach starego rynku, w której atrium znajdowała się równie piękna co stara mozaika przedstawiająca nagiego Neptuna przemierzającego morza w rydwanie zaprzężonym w dwa koniki morskie, czy w tym przypadku potężne rumaki morskie. Ustawione pod dachem stoliczki zajęte były przez magów sączących espresso i szykujących się do obiadu, jedynego pełnowartościowego posiłku. Większość z nich nie nosiła żadnych ubrań sugerujących przynależność do magicznego ludu, wręcz przeciwnie – podobnie jak Anglicy, mieli na sobie zwykłe spodnie i koszule, wiedźmy zaś lekkie sukienki, adekwatne do pogody i przemieszczania się pośród mugolami.
– Pamiętaj, żadnej magii... – przypomniał Anthony i pokierował Erika do wyjścia. Nie minęło kilka minut, gdy dotarli na rozległy rynek, cały z marmuru. Ratusz prezentował się dumnie ze swoją rosłą dzwonnicą, otoczony kolumnami osłaniającymi rozstawione stoliczki kawiarenek. Niegdysiejsze pałace możnowładców spełniały teraz funkcje społeczne, dając cień za dnia i ewentualne schronienie przed niespodziewanymi letnimi burzami. Południową stronę placu zamykała gotycka katedra, która jednak nie leżała w żaden sposób w zakresie zainteresowań mężczyzn. Przewodnik bowiem prowadził w stronę ratusza, gdzie zebrał się już całkiem niezły tłumek.
Przez wejściem głównym do budynku ustawiono bardzo szeroką i dość wąską drewnianą scenę, za nią po kilku metrach zaś niewysoki płotek. Pomiędzy rantem sceny a ów płotkiem czekały puste obecnie krzesła i pulpity ustawione promieniście od centralnego punktu wyznaczanego przez dyrygencki podest.
– Mają tu przepiękny teatr operowy, byłem tu kilka lat temu na Donizettim, ale ten projekt... Pod otwartym niebem, ale jestem pewien, że pogoda dopisze i nie będziemy musieli gnieździć się w kawiarnianych ogródkach. – opowiadał Anthony łaskawie nie zapominając w jakim języku mogli się porozumieć. Przed płotem wyznaczającym "część artystyczną" rozstawione były już ławki dla publiczności. Część ludzi zajęła już miejsca bardzo blisko prowizorycznego orchestronu, część kręciła się jeszcze podobnie do nich. Anthony przetestował kilka miejsc, ale ostatecznie wybrał wcale nie te najbliższe, a mniej więcej w połowie drogi, tuż przy szerokim na dwa metry przejściu.
– Tu będzie dobrze widać i słychać – wytłumaczył zacierając ręce i zajmując miejsce z samego brzegu, pozostawiając miejsce dla Erika po swojej prawej stronie. – Powiedz mi, póki jeszcze się nie zaczęło... wolisz, żebym tłumaczył Ci na bieżąco, czy w przerwach? Tutaj zasadniczo nie wydarzy się cokolwiek inaczej niż u Szekspira, włączając absurdalne zeznania uduszonej kobiety w finale. Niektórzy scenarzyści próbują to zvidować, ale myślę, że Ci tu się o to nie pokusili. Chociaż kto ich tam wie, mało było takich, którzy pragnęli poprawiać mistrzów? – zapytał retorycznie. Był swobodny, delektował się chwilą, lipcowym powietrzem i wspólnie spędzanym czasem. Nawet jeśli ławka nie była zbyt wygodna, a na niej mieli najwidoczniej spędzić kilka godzin – Anthony tak odprężony nie był nawet po masażach w podziemnym ponoć leczniczym źródle, tego Erik mógł być pewien.
![[Obrazek: otello-di-verdi-bozzetto-palazo-dei-capitani.jpg]](https://www.picenooggi.it/files/2011/07/otello-di-verdi-bozzetto-palazo-dei-capitani.jpg)