• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 … 16 Dalej »
[lipiec 1966] Canto della sirena

[lipiec 1966] Canto della sirena
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#21
04.04.2024, 23:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.04.2024, 23:36 przez Anthony Shafiq.)  
Anthony zdawał się być absolutnie niezrażony markotnością Erika. Wręcz przeciwnie, próżno było w nim szukać wczorajszej flegmatyczności i melancholii, mimo że od śniadania pracował, to właśnie teraz był pełen energii. Rozmowy najwidoczniej musiały pójść po jego myśli.
– Doprawdy? To doskonale! – zareagował z entuzjazmem na coś, co być może miało na celu go zirytować. Zupełnie jakby Erik był dzieckiem, które gdy czuło trudne emocje komunikowało je w taki sposób, aby inni z nim współodczuwali. – Wysokie standardy są szykanowane przez niektórych mistrzów wschodnich. Uważają, że należy cieszyć się drobnostkami codzienności i ja tego nie neguje. Ale przy wysokich standardach Eriku... Doświadczenie satysfakcji jest trudniejsze, ale przez to zdecydowanie bardziej smakowite. Cieszę się, że będę mógł podjąć próbę sprostania Twoim wymaganiom. – szczupła twarz Anthony'ego znów zaczęła przypominać maskę sfinksa, który mógł kpić, ale mógł też mówić całkowicie poważnie. Z drugiej strony, czy można mówić o przegranych i wygranych, gdy przyjemność odczuwają zarówno ten który daje, jak i ten który bierze?

Kiedy Longbottom odebrał od niego oba swetry był zdziwiony, ale nie oponował, podążając wzrokiem za towarzyszem, który poszedł do jego skrzydła przestronnej szafy. Nie wiedział do końca co w niej znajdzie, kto inny z jego otoczenia dbał o ubrania, kierując się tylko dość mglistymi wytycznymi dyplomaty. Widok pasiaka w żaden sposób nie wzbudził sprzeciwu. Wręcz przeciwnie, Anthony położył go na swoich barkach przewiązując swobodnie pod szyją. Okrycie zdecydowanie było na potem, teraz mimo nadchodzącego wieczoru wciąż było niemal trzydzieści stopni.

– Jest doskonały dziękuję – powiedział gładko, a potem uniósł bardzo wysoko brwi na kolejne deklaracje Erika. – Co się stało z Twoimi dużymi wymaganiami? Eriku, daj się chociaż przez moment rozpieszczać, skoro zepsułem Ci wczorajszy wieczór, nie mogę dopuścić, byś dzisiejszy spędził w czymś co nie sprawi Ci przyjemności – giętki język bez trudu splatał słowa, choć brzmiały one i tak dość surrealistycznie. Jak warkocz spleciony z kpiny i troski.

Anthony odwrócił się ku drugiej części szafy. Z Erika przed wyjazdem również zdjęto miarę, oficjalnie w celu uszycia dwóch szat na zmianę, ujednoliconych pod okoliczności oficjalnych debat. Tymczasem szafa miała zdecydowanie więcej ubrań, choć jej zawartość zdawała się zaskakiwać w równym stopniu obu panów. Shafiq obrał inną technikę w poszukiwaniu właściwego, przynajmniej w jego mniemaniu, ubrania. Odwrócił głowę i przymknął oczy, zdając się tylko na wrażenia dotykowe. Długimi palcami delikatnie gładził złożone w perfekcyjnie równej kolumnie swetry, aż nagle zatrzymał się u jej dołu i wiadomym było, że decyzja zapadła.

Wyciągnął sweter, który również był zakładany przez głowę. Był minimalistyczny, o prostym splocie, w kolorze kremowej bieli. Okrycie zdawało się nie być zbyt puszyste, ani ciepłe, ale gdy tylko Anthony podał je Erikowi ten musiał poczuć różnicę. Miękkość włóczki była niewyobrażalna, wełna poddawała się dotykowi przywodząc na myśl aksamit gładkiej skóry.
– Wikunia z Południowej Ameryki, miałeś już kiedyś styczność z tą wełną? – zapytał stojąc tuż obok, nie chcąc wypuścić swetra z rąk, a może chcąc go trzymać przez chwilę razem z Erikiem. W końcu zrezygnował i odsunął się pozostawiając mu wybór jak zamierza go "nosić" tak by się nie przegrzać.

W końcu, gdy dostał potwierdzenie od drugiego mężczyzny, położył dłoń na jego ramieniu i teleportowali się na wschodnie wybrzeże...

[Obrazek: GYzzm8D.jpeg]

Magicznym węzełem komunikacyjnym w Ascoli Piceno była niewielka kawiarenka w okolicach starego rynku, w której atrium znajdowała się równie piękna co stara mozaika przedstawiająca nagiego Neptuna przemierzającego morza w rydwanie zaprzężonym w dwa koniki morskie, czy w tym przypadku potężne rumaki morskie. Ustawione pod dachem stoliczki zajęte były przez magów sączących espresso i szykujących się do obiadu, jedynego pełnowartościowego posiłku. Większość z nich nie nosiła żadnych ubrań sugerujących przynależność do magicznego ludu, wręcz przeciwnie – podobnie jak Anglicy, mieli na sobie zwykłe spodnie i koszule, wiedźmy zaś lekkie sukienki, adekwatne do pogody i przemieszczania się pośród mugolami.

– Pamiętaj, żadnej magii... – przypomniał Anthony i pokierował Erika do wyjścia. Nie minęło kilka minut, gdy dotarli na rozległy rynek, cały z marmuru. Ratusz prezentował się dumnie ze swoją rosłą dzwonnicą, otoczony kolumnami osłaniającymi rozstawione stoliczki kawiarenek. Niegdysiejsze pałace możnowładców spełniały teraz funkcje społeczne, dając cień za dnia i ewentualne schronienie przed niespodziewanymi letnimi burzami. Południową stronę placu zamykała gotycka katedra, która jednak nie leżała w żaden sposób w zakresie zainteresowań mężczyzn. Przewodnik bowiem prowadził w stronę ratusza, gdzie zebrał się już całkiem niezły tłumek.

Przez wejściem głównym do budynku ustawiono bardzo szeroką i dość wąską drewnianą scenę, za nią po kilku metrach zaś niewysoki płotek. Pomiędzy rantem sceny a ów płotkiem czekały puste obecnie krzesła i pulpity ustawione promieniście od centralnego punktu wyznaczanego przez dyrygencki podest.

– Mają tu przepiękny teatr operowy, byłem tu kilka lat temu na Donizettim, ale ten projekt... Pod otwartym niebem, ale jestem pewien, że pogoda dopisze i nie będziemy musieli gnieździć się w kawiarnianych ogródkach. – opowiadał Anthony łaskawie nie zapominając w jakim języku mogli się porozumieć. Przed płotem wyznaczającym "część artystyczną" rozstawione były już ławki dla publiczności. Część ludzi zajęła już miejsca bardzo blisko prowizorycznego orchestronu, część kręciła się jeszcze podobnie do nich. Anthony przetestował kilka miejsc, ale ostatecznie wybrał wcale nie te najbliższe, a mniej więcej w połowie drogi, tuż przy szerokim na dwa metry przejściu.

– Tu będzie dobrze widać i słychać – wytłumaczył zacierając ręce i zajmując miejsce z samego brzegu, pozostawiając miejsce dla Erika po swojej prawej stronie. – Powiedz mi, póki jeszcze się nie zaczęło... wolisz, żebym tłumaczył Ci na bieżąco, czy w przerwach? Tutaj zasadniczo nie wydarzy się cokolwiek inaczej niż u Szekspira, włączając absurdalne zeznania uduszonej kobiety w finale. Niektórzy scenarzyści próbują to zvidować, ale myślę, że Ci tu się o to nie pokusili. Chociaż kto ich tam wie, mało było takich, którzy pragnęli poprawiać mistrzów? – zapytał retorycznie. Był swobodny, delektował się chwilą, lipcowym powietrzem i wspólnie spędzanym czasem. Nawet jeśli ławka nie była zbyt wygodna, a na niej mieli najwidoczniej spędzić kilka godzin – Anthony tak odprężony nie był nawet po masażach w podziemnym ponoć leczniczym źródle, tego Erik mógł być pewien. 
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#22
05.04.2024, 21:50  ✶  
Uśmiechnął się szeroko, gdy przewiązał sobie rękawy kolorowego swetra pod szyją. Wzór, nawet jeśli w większości schowany za plecami, przebrzmiewał w zestawianiu z resztą stroju, robiąc to, co było mu przeznaczone; ściągając uwagę na twarz Anthony'ego.

— Czasem chwilowy dyskomfort jest wart większej satysfakcji na końcu drogi — odparł, wymuszając na swoim głosie równie gładki ton, chociaż tempo mówienia mogło wskazywać dla wytrawnego mówcy, że pauzy wcale nie wynikały z chęci nadania swym słowom większej wagi, a miały raczej na celu danie tych kilku milisekund, aby podjąć decyzję o tym, co powiedzieć, a co zachować dla siebie.

Zmarszczył czoło, gdy mężczyzna wspomniał o konkretnej odmianie wełny. W ogóle się na tym nie znał; zazwyczaj kierował się po prostu zmysłem dotyku lub sugestiami konsultantów w sklepach odzieżowych w magicznym Londynie. W tym przypadku dotyk działał jednak istne cuda, sprawiając, że wikunia na długo będzie krążyła w umyśle Erika. Oby tylko nie zapomniał o niej do powrotu. Przydałby mu się taki sweter na użytek własny w Anglii. Albo kilka swetrów.

— Masz gust — stwierdził prosto.

Przez chwilę rozważał porzucenie białej koszuli na rzecz swetra, jednak szybko zrezygnował z tego pomysłu; noce we Włoszech mogły być chłodne, ale najpierw trzeba było do niej dotrwać. A niezbyt mu się uśmiechało, aby paradować przez resztę dnia w przepoconym swetrze. Takim o to sposobem, ubranie wylądowało, podobnie jak w przypadku Shafiqa, na jego plecach. Przynajmniej od czasu, aż słońce nie zniknie za wzgórzami, a na niebie nie pojawią się pierwsze gwiazdy. Biała koszula, biały sweter przewiązany przy szyi, ciemne spodnie i brązowe mokasyny. Chyba mogło być gorzej, prawda?

~~*~~

Jak większość przypadków teleportacji, sam akt przenoszenia w ciągu sekundy z miejsca na miejsca nie należał do najprzyjemniejszych. Erik momentalnie przeszyła igła bólu, jakby coś napierało na jego żołądek ze wszystkich stron, jednak lata podróżowania w ten sposób sprawiły, że dyskomfort objawił się u niego w formie skwaszonej miny niźli chęci zwrócenia drugiego śniadania do najbliższego kosza na śmieci. Cóż, taka była cena ekspresowych wycieczek.

Zmrużył na moment oczy, przyzwyczajając się do nagłej zmiany natężenia światła słonecznego; w apartamencie panował przyjemny półmrok, zwłaszcza po zaciągnięciu zasłon w głównym pokoju. Rozejrzał się powoli na prawo i lewo, chłonąc atmosferę tego miejsca. Czuł się nieco przytłoczony; od początku wyjazdu raczej nie spędzali zbyt dużo czasu w miejscach publicznych, chyba że Anthony stwierdzał, że woli jeść na mieście niż na stołówce przeznaczonej dla dyplomatów w budynku, gdzie toczyły się negocjacje. A tutaj wręcz roiło się od ludzi, przynajmniej w okolicy kawiarenki.

— Naprawdę myślisz, że trzeba mi o tym przypominać? — rzucił z wyraźną nutą sarkazmu w głosie. Westchnął przeciągle, jakby wydechem ciepłego powietrza odsuwał od siebie wszystkie pomysły na ewentualne figle i psoty w miejscu publicznym. — Niech będzie, tatku. Postaram się powstrzymać od takich wpadek, ale różdżkę będę miał w pogotowiu.

Wywrócił teatralnie zielonymi oczętami, przyspieszając nieco kroku, aby zrównać się z Anthonym. Nie musiał go upominać o zakazie używania magii w obecności mugoli. Wprawdzie mógł to robić z obawy, że Erik nie wiedział, że sytuacja we Włoszech była praktycznie taka sama, jak na Wyspach Brytyjskich, jednak... To przecież była podstawowa zasada panująca w ich społeczności. Nawet gdyby na kontynencie można było swobodnie czarować przy niemagach, to Longbottom i tak by czuł wewnętrzny sprzeciw. Był zbyt przyzwyczajony do tego, aby kryć się ze swym pochodzeniem w niemagicznych dzielnicach miasta. Z czym do ludzi, panie Shafiq?

— Jesteśmy widoczni jak na dłoni. Tragiczne miejsce na obronę — zauważył, ignorując chwilowo oczywiste walory estetyczne otaczającej ich scenerii. — Myślałem, że wylądujemy w jakimś zaklętym amfiteatrze, a nie na środku rynku miejskiego. Nie, żebym narzekał. — Uciekł wzrokiem w bok, aby zaraz znowu skrzyżować spojrzenia z Anthony'm. — Wyglądasz na kogoś, kto lubi podniosłe miejsca. Takie, które są świadectwem określonej idei czy historii samej w sobie.

Nie pierwszy raz brał udział w przedstawieniu na świeżym powietrzu; obracanie się w angielskiej socjecie poniekąd wymagało tego, aby być gotowym na każdą formę rozrywki. Mimo to preferował zamknięte ośrodki teatralne, gdzie można było zyskać, chociaż częściową anonimowość przy zgaszonych światłach, siedząc w prywatnej loży. Pocieszające było poniekąd to, że tutaj prywatność zapewniało im pochodzenie. Szanse na to, że natkną się na kogoś z Anglii, były doprawdy minimalne. Z drugiej strony, świat lubił zaskakiwać, czyż nie?

— Skoro tak mówisz. — Wsunął się na miejsce obok Anthony'ego. W gruncie rzeczy ponadprzeciętny wzrost stanowił w tym przypadku przewagę dla nich obu. Wprawdzie Erik był nieco wyższy, tak oboje mogliby przesiąść się na tył widowni i teoretycznie dalej mieliby całkiem dobry widok. — W przerwach. Jestem prawie pewny, że większość treści idzie wyłapać z maniery mówienia i gry twarzą. — O, naiwności. — Czyż nie jest to naturalny element ścieżki rozwoju? Próba zburzenia autorytetu nauczyciela poprzez sprawdzenie własnej biegłości w danym temacie? Rzucenie wyzwania mistrzowi, zderzenie pasji młodości z murem wiedzy poprzednich pokoleń mentorów?

Chciał kontynuować, ale w porę ugryzł się w język. Gdyby chcieli wdać się w kolejną wielopoziomową wymianę zdań, zostaliby w hotelu, racząc się winem i figami. Teraz byli tu w innym celu, toteż i ton rozmowy mógł ulec zmianom, aby dostosować się do nowej sytuacji i panujących warunków. Podczas występu i tak nie będą mieli zbytnio szansy wymieniać między sobą długich monologów.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#23
06.04.2024, 00:46  ✶  
Anthony niemalże potknął się na niezwykle prostej drodze, gdy Erik postanowił nazwać go "tatkiem" i jeszcze wspominając zupełnie niewinnie o trzymanej w pogotowiu różdżce. Odwrócił się ku niemu i już otworzył usta, a potem jednak je zamknął i zapieczętował zaciśnięta pięścią, by nie, nie komentować, nie dodawać, nie kontynuować tematu. Z gardła wydobyło się więc tylko ciche:
– Chodźmy więc. – Nic więcej, nic mniej.

Zajęli miejsca, a sugestia, że Anthony mógł wybrać jakieś niegodne ich miejsce oburzyła go co okazał w sposób niebywale teatralny, jakby szykował się już mentalnie do przedstawienia w którym będą uczestniczyć. Rozczapierzoną dłoń położył na piersi po lewej stronie, tuż nad sercem.
– Dlaczego tak obrażasz to piękne miasteczko! Dzielny lud Picenów założył je trzy wieki przed narodzinami Chrystusa, by rychło dać się włączyć na mapę Imperium, będąc ważnym punktem na trakcie łączącym prowincję z Rzymem. Biegły tu akwedukty, wzrastała kultura i ach, muzeum archeologiczne tego miejsca jest pełne wspaniałości. Ścisłe centrum wygląda w całości tak czysto i jednolicie, trawertyn skutecznie udaje marmur, ale można mu wybaczyć, że nie jest drogocennym kamieniem, skoro tak wspaniale cieszy oko. Mają tu wyborne oliwki i białe wino, okalające je apenińskie wzgórza zapewniają cudowny klimat a w przyszłym miesiącu jest organizowany tu doroczny turniej rycerski. Kiedyś urządzę taki w Angli, to doskonała zabawa... – umilkł, po czym pochylił się ku Erikowi, obejmując go ciepłym, intensywnie żywicznym zapachem, dopełnionym kadzidlaną nutą. – ...oraz jesteśmy tu absolutnie incognito, zwykli turyści, gra, w którą lubię od czasu do czasu się bawić i bardzo... bardzo chciałem Cię do niej zaprosić. – na moment odwrócił się ku swemu rozmówcy, jakby chcąc zobaczyć reakcję na te słowa, ale może jednak twarze były zbyt blisko, może lepiej jednak było się odsunąć.

Widownia powoli zapełniała się, na prowizorycznej drewnianej scenie rozciągano płachty niebieskiego materiału. Dookoła panował szum rozmów i śmiechów prowadzonych w melodyjnym włoskim, do którego ucho zdążyło już nawyknąć. Anthony pilnował się bardzo, by nie dać się porwać okolicznościom, skupiając się na Eriku i jego najwidoczniej braku znajomości opery. Nie komentując jego braków kulturalnego obycia, niespiesznie zaczął przybliżać treść libretta, a przynajmniej pierwszego aktu.
– Bohaterem jest wenecki generał, maur, czarnoskóry Otello, który właśnie wraca flotą ze zwycięskiej wojennej wyprawy. Źle życzy mu chorąży Jago – poznasz go od razu, solista będzie barytonem, to znaczy będzie miał dość niski głos – tłumaczył cierpliwie Anthony – Ów Jago chciał dostać awans, tymczasem otrzymał go Cassio, młody i przystojny tenor, głos wysoki. Jago knuje intrygę by zdyskredytować Cassio w oczach Otella więc podczas biesiady sprowokowana zostaje bójka między Cassiem i bodaj Roderigiem, albo Rodrigiem. Na koniec pierwszego aktu poznamy też wybrankę serca Otella, piękną białowłosą Desdemonę, która koi jego wybuchowy dość charakter– umilkł na moment, gdy przed nimi znów przeszli kolejni melomani. Ławki były poustawiane dość wąsko, ludzi było coraz więcej. Jakoś tak się stało, że coraz ciaśniej poutykani byli ludzie, wszyscy Ci którzy przedstawienie zamierzali oglądać na siedząco. Anthony'emu zdawało się to jednak zupełnie nie przeszkadzać i bynajmniej nie odsuwał się bardziej na skraj, uporczywie tkwiąc na swoim, jakże dogodnym miejscu.

Zmierzchało, rozmowy powoli cichły. Na Piazzo del Popolo nie zapalono jednak latarni a tylko pod kamiennymi arkadami siedzący przy kawiarnianych stolikach ludzie mogli się cieszyć oświetleniami przybytków, które ich obsługiwały. Przed nimi paliły się tylko niewielkie lampki zaczepione na pulpitach orkiestry z jedną dużą na środku, dedykowaną dyrygentowi. Anthony oddychał spokojnie chłonąc atmosferę tego miejsca, pełną nabożnego oczekiwania.
– Wiesz... elementem ścieżki rozwoju jest również fakt, że aby wiedzieć ile się nie wie, trzeba już wiedzieć całkiem sporo. Ale jest w tym też coś o czym wspominałeś wczoraj. O obcowaniu ze sztuką i dziełem, o tym, że dzieło według Ciebie jest tym co pozostaje w naszej głowie i sercu. Rad jestem, że będziemy mogli tej opery doświadczyć razem, bo jestem bardziej niż ciekaw tego jak wyglądała ona Twoimi oczami.
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#24
06.04.2024, 23:09  ✶  
Uniósł pytająco brwi w niewinnym geście, gdy jego komentarz wytrącił Anthony'ego z równowagi. A przy najmniej na tyle po ile mógł w miejscu publicznym, gdzie raczej niezbyt chciał besztać swego towarzysza pośród innych ludzi. Może i byli we Włoszech, jednak angielski, przynajmniej w łamanej formie, dalej był znany większej części turystów. Raczej nie warto było ściągać na siebie dodatkowej uwagi. Mam szczęście, pomyślał, uciekając wzrokiem w bok, co by ukryć psotne iskierki w oczach.

— Idę, idę — potwierdził usłużnie, jakby nic się nie wydarzyło.

Gdy znaleźli odpowiednie miejsca siedzące, a Anthony wdał się w swój monolog, Erik z trudem powstrzymał się przed wykonaniem całkiem sporej ilości teatralnych młynków oczami. W sumie może nie powinien się hamować? Od opery do teatru droga niewielka, więc może zaprosiliby go na jakieś przesłuchanie? Pewnie nawet by się na nim nie zjawił, ale przynajmniej połechtałoby to mile jego ego. Zamiast tego musiał jednak słuchać przemówienia starszego czarodzieja.

— Chcesz powiedzieć, że brałeś udział w takiej inscenizacji? Ty? Ty Założyłeś kiedyś zbroję, jeździłeś na koniu i machałeś mieczem? — Otaksował go podejrzliwie wzrokiem.

Trudno mu było w to uwierzyć. Bądź co bądź, Anthony był dosyć szczupły i, bogowie wybaczcie, niezbyt dobrze zbudowany, więc Erikowi trochę trudno było w to uwierzyć. Wiedział też, ile ważyło autentyczne żelastwo używane podczas faktycznych pojedynków. Trzeba było się trochę wysilić przy jednej potyczce, nie mówiąc o całym konkursie. Jeśli Shafiq faktycznie zamierzał zorganizować podobne wydarzenie w Anglii, to Longbottom musiał się tam znaleźć. Musiał zobaczyć to na własne oczy.

— Właśnie zauważyłem, że gierki darzysz szczególnym zainteresowaniem. Nie powinno mnie to w sumie dziwić, biorąc pod uwagę twój zawód. Poniekąd tego się wymaga przy... ogrywaniu wysoko postawionych ludzi w ich własnych rozgrywkach — odparł swobodnym głosem. — Jesteś dobry w grach słownych oraz tych, co mają mącić w umyśle drugiego człowieka... Drżę na samą myśl o tym, jakie asy jeszcze chowasz w rękawie.

Rozchylił usta, nieco zdziwiony tym, że mężczyzna postanowił go wprowadzić w historię przedstawienia, jakiego mieli doświadczyć. Po chwili jednak uśmiechnął się. Może faktycznie tak będzie lepiej? W końcu na własnym słuchu nie mógł polegać, bo ledwo znał język, a miło by było wyciągnąć z tego wyjścia jeszcze coś poza przemiłym towarzystwem. Zwłaszcza, że Anthony zapewne będzie chciał podyskutować o Otellu, kiedy już wrócą do apartamentu. Albo jutro rano. Lepiej było słuchać, póki opowiadał tak chętnie.

— Brzmi, jakby między tymi postaciami było bardzo dużo napięcia, które gromadziło się w nich przez bardzo długi czas — skomentował, nie bardzo wiedząc, czy oczekuje się w ogóle od niego jakiejkolwiek odpowiedzi.

Erik zrelaksował się nieco, gdy słońce przestało tak mocno grzać, sygnalizując poniekąd, że niedługo zapadnie wieczór. Nie był to wprawdzie czas na włożenie swetra, jednak temperatura nieco spadła, przynosząc ulgę widzom zgromadzonych na widowni i przy stolikach rozsianych przy rynku kawiarni.

— W idealnej ścieżce rozwoju — podkreślił Longbottom, ściszając nieco głos, gdy do ich rzędu dosiadły się kolejne osoby. Erik obecnie odgradzał je od Anthony'ego własnym ciałem. Nawet teraz nieoficjalnie robił za jego strażnika. — Niektórzy powiedzieliby, że uczenie się na cudzych błędach również jest obowiązkowym przystankiem na tej drodze. A myślę, że oboje wiemy, że ludzka arogancja nie zawsze pozwala, aby wyciągnąć odpowiednie wnioski z cudzych czynów. Jak człowiek sam się sparzy, wzrasta prawdopodobieństwo, że drugi raz nie popełni takiej samej głupoty. — Z drugiej strony pewne porzekadło mówiło o tym, aby nie wchodzić dwa razy do tej samej rzeki, a co poniektórzy lubowali się w taplaniu w tych samych akwenach wodnych, dopóki nie stracili nim zainteresowania. — Uświadomienie sobie własnej niedojrzałości może też nastąpić po zderzeniu z rzeczywistością. Kiedy człowiek jest na dnie, to jak przysłowiowy kubeł zimnej wody wylanej na głowę, ale też okazja do odrodzenia. Odbicia się od dna. Wyciągnięcia wniosków z wyzwania zakończonego porażką.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#25
07.04.2024, 19:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.04.2024, 20:07 przez Anthony Shafiq.)  
– Oczywiście, że brałem udział w takiej inscenizacji, choć... cóż, mina pełna zwątpienia co do zbroi i miecza, jest jak najbardziej zasadna, ale turnieje rycerskie to nie tylko championi. Raz jeden udało mi się zgrać terminy i występowałem w roli szwajcarskiego kupca, jeśli już musisz wiedzieć. – sprostował, nie kryjąc rozbawienia, ale i dumy z tej opowieści. Był ekscentryczny, mógł na to sobie pozwolić, z drugiej strony nie była to powszechna wiedza na jego temat.

– Mój zawód... jest specyficzny i wymaga sporej wprawy. Mam w pamięci, że każdej ze stron po prostu na czymś zależy i warto zamiast toczyć pojedynki dojść do tego kluczowego optimum porozumienia, zaspokojenia wzajemnie potrzeb, bez większego poświęcenia. Oczywiście, czasem rozwiązania pacyfistyczne nie wchodzą w grę, ale... cóż, zawsze warto próbować. – zdawał się mówić szczerze o swojej pracy, choć z drugiej strony nie było to miejsce i czas, aby dzielić się cieniami ów "zawodu". – A jeśli chodzi o asy w rękawie, czy uspokoi Cię informacja, że zawsze stawiałem na dobrą obronę, zamiast podstępną ofensywę? – Przepastne szare oczy zdawały się być jakieś onieśmielone własnym pytaniem, zupełnie jakby Anthony był niepewny zarówno odpowiedzi, jak i tego, czy Erik w ogóle da wiarę jego słowom. Wszak widział go podczas negocjacji, wiedział, że pod tą maską miękkości kryje się rekin, który nie odpuszcza. I bez specjalistycznej wiedzy, słuchając trzy po trzy z opowieści podczas lunchów, Longbottom mógł wywnioskować, że Włosi zgodzili się na więcej niż chcieli dać za mniej niż Anglia początkowo chciała im dać. Przynajmniej oficjalnie... – Ostatecznie – podjął znów z miękką melancholią – wszyscy jesteśmy aktorami na scenie życia, próbującymi jakoś odnaleźć się w scenariuszu pisanym przez Los.

Był ożywiony gdy opowiadał treść nadchodzącego spektaklu, ale też w żaden sposób nie dał odczuć Erikowi, żeby jego głos był niemile widziany. Wręcz przeciwnie, przylepił się do kilku słów, kiwając głową i wchodząc w detale nie tak przecież skomplikowanych relacji: – To prawda, Jago od dawna zazdrościł Otellowi sukcesów. W oryginalnej sztuce, zazdrościł mu przede wszystkim Desdemony, bo też konkurował o jej rękę, librecista Verdiego zmienił jednak motywację, ale o tym, o tym opowiem Ci przed drugim aktem, bo z pewnością będziemy mieć małą przerwę na odetchnięcie, może kieliszek wina, żeby zwilżyć usta i zmiękczyć dusze na nadchodzące tragedie? – zaproponował.

Podobnie z lubością podjął nić dyskusji na temat rozwoju i pokory. Kto znał Anthony'ego krótko i powierzchownie, mógł myśleć, że dopchał się do stanowiska nepotyzmem, cwaniactwem i ładną buzią. Kto znał go dłużej, znał koszt, lata wyrzeczeń i obelg ze strony ojca, które Shafiq znosił bez słowa skargi. Przynajmniej bez słowa oficjalnej, publicznej skargi.
– Pycha kroczy przed upadkiem, staram się jak mantrę powtarzać to sobie jako modlitwę przed snem. Czy wiedziałeś, że kiedyś w Imperium, władcy mieli specjalnych ludzi, których jedynym zdaniem było delikatnym dzwonkiem przypominać im podczas podejmowanych decyzji "Jesteś tylko człowiekiem". Niestety Ci, którzy sądzili że są bogami, zrezygnowali z tej funkcji. Pamięć o własnej śmiertelności i omylności była im zbyt dotkliwa. – Z dwojga starożytnych światów Anthony uwielbiał Imperium Rzymskie, ale ciężko było oddać Morpheusowi że to Grecja odcisnęła większe piętno na zbiorowej świadomości. Nawet wczoraj rozmawiali wszak o Hadesie, a nie Plutonie.

Słowa o popełnianiu błędów i sparzeniu się sprawiły, że Anthony umilkł na dłuższą chwilę, pośród poszumu sadowiącej się publiczności. Było coraz ciemniej na nieoświetlonym placu, łuna od orchestronu zamigotała powoli usadawiającą się orkiestrą. Było jej niemało. W końcu mężczyzna podjął, tym samym tonem, którym dzień wcześniej opowiadał o swojej niedoszłej pianistycznej karierze. I choć nie odchylał głowy, można było odnieść, że ponownie odsłania swoją szyję, przez wzgląd na ton i przede wszystkim przez wzgląd na słowa:
– W tym najtrudniejsze jest chyba to... Świadomość własnych ograniczeń i kierunku wzrostu. Wiesz, są tacy, którzy wróżą mi świetlaną przyszłość w mojej Instytucji. Ale ja czuję, że to co mam teraz mi zupełnie wystarczy. Czuję, że...– odwrócił się z zastanowieniem do Erika, który przez wzgląd na ilość ludzi był bardzo, bardzo blisko niego. Ich biodra i uda stykały się ze sobą, w pozornie nieznaczącym przymusie siedzenia pozbawionego odseparowanych oparć. Scena ustawiona tuż pod ratuszem rozświetlona była przygaszoną jeszcze czerwienią i granatem, a zlewające się barwy odbijały się w lekko zeszklonym spojrzeniu Anthony'ego. Nie odwracał się, choć orkiestra zaczęła się stroić, jeden konkretny dźwięk wyłaniał się z kakofonii i kilku pospiesznych gamek rozgrzewających instrumenta. Nie odwrócił się również na oklaski obwieszczające pojawienie się dyrygenta. Gdy nastała w końcu cisza, na ten krótki moment przed spektaklem, przed rozpoczęciem dzieła, powiedział w końcu: – Czuję, że jest mi bardzo dobrze w miejscu w którym jestem. – ...i zaraz potem rozbrzmiała na Piazzo del Popolo muzyka w pełnym rozbłysku reflektorów, braw tańczących po murze ratusza świateł.

[Obrazek: otello-di-verdi-bozzetto-palazo-dei-capitani.jpg]

Przedstawienie rozpoczęło się dynamicznym sztormem i eksplozją radości na wieść o uratowanym statku. Niezbyt wielki chór cieszył się na powrót Otella i Cassia, wszyscy poza jednym głosem, bardzo niskim i wyraźnie przebijającym w narracji. Szpakowaty tenor miał ostentacyjnie pociemnioną skórę, zarost czarnowłosego barytona zdawał się być domalowany henną, nie sposób też było przegapić blondwłosej piękności, jedynej kobiety spośród bohaterów mających prawo głosu poza chórem. Było też dwóch innych, drugoplanowych solistów, Erik mógł się domyślić, że jeden z nich jest Cassiem a drugi Rodrigiem, zwłaszcza, że po ostentacyjnym piciu na hejnał, zaczęli się bić. Rwetest zakończył wściekły Otello rozganiając towarzystwo. Barwy zmieniały się dynamicznie, układając się w intrygującą scenografię, niekiedy w finezyjne wzory, innym razem oddając nastrój: złowieszczego knucia, czy psychodelicznej zabawy. Tarcza zegara posiadała swoje własne oświetlenie i zdecydowanie nie pokazywała właściwej godziny. Zatrzymała się w jednym miejscu to znów ruszała, zgodnie z rozwojem fabuły.

Muzyka trwała, przedstawienie toczyło się niespiesznie, a napięcie ustępowało. Artyści zaczęli się rozchodzić pozornie zwiastując nadejście antraktu aż nagle, w momencie gdy z ciszy wyłoniła się pojedyncza linia wiolonczeli, do której niedługo potem dołączyły kolejne trzy głosy, Erik mógł poczuć jak szczupłe palce zaciskają się na jego dłoni. Mężczyzna patrzył na scenę z nietłumionym entuzjazmem, ale i oczekiwaniem. Gdy Otello zaczął prowadzić konwersację ze swoją żoną, Shafiq pochylił się ku Erikowi:
– Wsłuchaj się uważnie w zakończenie tej sceny, ono powróci. – szepnął cicho.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Kluczowe zamknięcie sceny to prośba o pocałunek.
Pierwszy akt kończy się 33.35.
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#26
08.04.2024, 01:37  ✶  
— Zgodzę się z tym, że rola szwajcarskiego kupca dużo bardziej do ciebie pasuje, niż rosły rycerz w pełnej zbroi walczący kopią na koniu — potwierdził rozbawiony, zachęcony uśmiechem goszczącym na twarzy Anthony'ego.

Powinien był to przewidzieć. Poza tym, jakby się tak nad tym zastanowić, to zainteresowanie historią i inscenizacjami dawnych zdarzeń całkiem pasowało do starszego czarodzieja, gdyby oceniać go stricte po pochodzeniu. Shafiqowie byli znani ze swojego zamiłowania do przeszłości, nawet jeśli wielu z nich preferowało pracę w terenie na wykopaliskach archeologicznych i podróże do nowo-odkrytych miejsc niż zamykanie się na całe dnie w bibliotekach i archiwach, aby czytać o dawnych dziejach.

— Uspokoiłaby, gdybym uważał ją za prawdziwą — poinformował uprzejmie swego towarzysza, unosząc kąciki ust w przewrotnym grymasie. — Nie wyglądasz mi na kogoś, kto stawia wszystko na jedną kartę. Ochrona swojego terytorium w walce jest kluczowa, więc to naturalnie, że podświadomie starasz się to robić, ale... Czy to naprawdę wszystko? — Przekrzywił lekko głowę w zaciekawieniu. — Myślę, że możesz zarówno dbać o obronę, jak i stosować ofensywę. Wysokie ryzyko, ale wysoka nagroda. Podrzucasz rywalom smakowite kąski, licząc że się na nie skuszą i podejdą bliżej, a potem uderzasz w odsłonięty punkt, sprowadzając ich do parteru. — Uśmiechnął się wesoło. — To może wydawać się brutalne, ale jak sam wspomniałeś, twój zawód wymaga sporej wprawy.

Czy w ciągu tych zaledwie kilka dni zdążył na tyle wyidealizować sobie postać Anthony'ego, że nie przeszkadzały mu nawet brutalne, pozbawione wyczucia zagrywki z jego strony? Czy miał klapki na oczach? Podziwiał go za to, jak sprawnie operował słowem, jak zaklinał innych ludzi pięknymi słówkami i sprowadzał ich na ziemię twardymi argumentami i swoją nieustępliwością.

Zazdrościł mu tego, jednak od strony czysto zawodowej rozumiał, czemu musi zachowywać się w taki sposób. Takie były zasady gry, a gdyby człowiek je zignorował i postanowił robić wszystko po swojemu, nigdy by się nie wpasował. A wtopienie się w towarzystwo i granie według ich reguł było czasem bardziej istotne od samych umiejętności związanych z prowadzeniem rozgrywki.

— Przedstawienie jest wówczas jedno, ale masek wykorzystujemy wiele — odparł, walcząc w ten sposób poniekąd o ostatnie słowo w tej części dyskusji.

Skinął głową, przyjmując do wiadomości kolejne informacje na temat występu, jakiego mieli doświadczyć. Jeszcze tego nie wiedział, ale kieliszek wina czy nawet wody musującej miał się okazać dla niego prawdziwym wybawieniem, po zderzeniu z włoskim pokazem sztuki.

— Przerost ambicji nie dotyczy tylko królów i władców — zauważył Erik, krzywiąc się lekko na myśl, jaka zakwitła w jego głowie. — Potrafię sobie wyobrazić inne dobrze znane nam miejsce, w którym te dzwonki zostałyby bardzo szybko znienawidzone przez wiele osób.

Może i nie mówił o tym wprost, ale odnosił się do Ministerstwa Magii, tej absolutnie cudownej i pozbawionej wad instytucji, która im obydwu dawała obecnie zatrudnienie w swoich trzewiach. Ministrowie Magii, jak i szefowie departamentu, zwłaszcza ci wywodzący się z arystokratycznych rodzin o konserwatywnych poglądach, pozbyliby się tych dzwonków nadzwyczaj szybko. Walka o wpływy w departamentach nie była dużą tajemnicą.

W tych czasach po prostu preferowano potyczki na szczeblu politycznym niźli walki na arenie z przełożonymi. Jednak Erik nie musiał się zbytnio wysilać, aby wyobrazić sobie zbiór skrzywionych twarzy starych czarodziejów, którzy obruszyliby się na stwierdzenie, że są ''tylko'' ludźmi, gdy mieli na podorędziu horrendalne fortuny, wpływy, o jakich większość nie mogłaby nawet marzyć i wysoce rozwinięte zdolności magiczne.

— To znaczy, że wiesz, czego chcesz i czujesz się komfortowo z własnym życiem. Sądzę, że to większy sukces niż ciągła walka o wyższe stanowisko.

Pochylił się w stronę Anthony'ego, gdy ten ponownie się odezwał. Jego kolejne słowa wydawały się jeszcze bardziej personalne od ich wczorajszej rozmowy w podziemiach ośrodka. Mimowolnie przekrzywił kolano, ocierając nim przez chwilę o nogę swego towarzysza, zanim wróciło do poprzedniej pozycji. Uśmiechnął się lekko, jednak zanim zdołał dodać coś więcej, na rynku rozbrzmiały pierwsze nuty muzyki, a na budynku ratusza rozlał się pejzaż świateł.

Co do samego przedstawienia... Erik dosyć szybko zrewidował swoje założenia. Nadążenie za fabułą nie była łatwe. Było wręcz niemożliwe. I pomimo tego, że znał parę słów w języku włoskim, tak tempo mówienia aktorów i fakt, że śpiewali był czymś nie do przeskoczenia. W najbardziej dramatycznych momentach pierwszego aktu Longbottom mimowolnie pochylał się do przodu, rozglądając się na prawo i lewo, czując się dosyć... głupio. Jakby był jedynym, który nie rozumiał, co się dzieje. Nagle krótkie streszczenie fabuły, jakim uraczył go Anthony, nabrało sensu. Zdecydowanie przecenił własne możliwości. W tym przypadku nieznajomość języka stanowiła barierę nie do pokonania.

— Jestem prawie pewny, że jakoś na początku pomyliłem Otella z Cassio — mruknął przyciszonym głosem, gdy miał szansę podzielić się swoimi odczuciami. Chociaż muzyka, jak i śpiewy na moment ucichły, tak kakafonia ze sceny dalej rozbrzmiewała w jego głowie, tępiąc zmysły. — Iago jest bardzo ekspresywny, ale głos Desdemony... — Zamruczał cicho, bo wychodził z założenia, że kobieta zasługiwała na gromkie oklaski. Był w niemałym szoku, gdy po raz pierwszy zaczęła śpiewać. — Te tańce też były dosyć... hmm... interesujące.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#27
08.04.2024, 12:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2024, 13:01 przez Anthony Shafiq.)  
Gdyby miał wskazać swojego boskiego patrona, z pewnością wybrałby Mercuriusa. Sprowadzany przez wielu li tylko do funkcji posłańca, był bóstwem handlu i pieniądza, był patronem celników. A kimże był ten, który miał w rękach standardy handlu międzynarodowego? Kim był, jeśli nie celnikiem ostatecznym, decydującym o tym jakież towary mogą wpływać do kraju, a jakież to mogę go opuszczać. Mercurius w końcu sprzyjał obrotnym i zaradnym, niekoniecznie rzemieślnikom, a tym co później obracali ów rzemiosłem, rozprowadzali towar, mnożyli dobra, przynosili zysk. Mercurius błyszczał złotem, o którym wielu zapominało.

Mercurius również niewątpliwie płonął, a przynajmniej jedna jego połowa, ta znajdująca się obliczem skierowanym ku słońcu. Druga połowa była skuta lodem, tak poruszona brakiem ciepła, jak pierwsza jego nadmiarem. Podobnie lewa strona Anthony'ego od strony skraju ławki na której siedzieli, w pełni swobodna i dająca wiele możliwości na przypadkowy ruch łokcia czy nogi, zdawała się być tak zamrożona, jak jego prawa strona płonęła obecnie żywym ogniem. Mężczyzna nie mógł pojąć do końca tegoż wrażenia i przez cała wieczność skroploną w trzydziestu ledwie minutach, zastanawiał się, czy Erik współdzieli z nim to odczucie. Dotyk trwał nieprzerwanie, drażniony co pewien czas pochylaniem się i prostowaniem zaintrygowanego sztuką Longbottoma, który zdawał się tego nie zauważać. Ale Shafiq, skoro raz jeden zwrócił na to uwagę, nie mógł już przestać o tym myśleć, analizując i czując coraz bardziej. 

Równolegle jego oczy utkwione były w ścianie ratusza. Patrzył na spektakl, ale jakby go nie obejmował swoją rozedrganą percepcją. Warstwa wizualna nie była dla niego atrakcyjna z oczywistych, choć nieco wstydliwych względów, warstwę muzyczną zaś znał niemal na pamięć – jako osoba, która wprost mówiła, że Włochom wychodzi tylko wino i opera, byłoby zabawnym gdyby tej opery nie znał. Sądził, że spędzi ten wieczór na porównaniu z innymi wersjami, w których miał okazję już uczestniczyć ale nie... myśli mężczyzny nie mogły się oderwać od nieprzerwanego dotyku, rosnącego dyskomfortu zmieszanego z pragnieniem, aby ten stan nigdy się nie zmienił.

O słodka naiwności, która towarzyszyła mu podczas oplecenia palcami silnej dłoni swojego strażnika, ty która sądziła, że w końcu ten gest tak odwróci uwagę, jak i w końcu nakieruje ją na tory roztaczanej przez artystów opowieści! Gdy złapał go za rękę, właściwie chciał ją od razu zabrać. Tymczasem to się nie wydarzyło... Pierwej chciał zwyczajnie odczekać sekundy wiolonczelowego kwartetu, aby szepnąć słowa wskazówki, aby usłużnie poprowadzić nienawykłą do tego typu rozrywek duszę, dać jej przedsmak finału, aby ten smakował bardziej. I gdy już wyszeptał te słowa, zdał sobie sprawę z tego, że Erik nie zabrał swojej dłoni. Był ciekaw dlaczego, ale przede wszystkim był ciekaw jak długo może ten kontakt przeciągnąć. Prawdziwie ciekawość dyplomaty była ogromnych rozmiarów, choć gdyby rozmawiał z kim szczerze, to nie tę cechę i nie uczynki z niej wypływające uznałby jako kluczowe dla swojej pośmiertnej, nieskończonej wizyty w piekle.

I wtedy, nie sposób było zaprzeczyć, miast analizować dotychczasowe, palące punkty styku, w końcu zaczął myśleć o czym innym: chciał, musiał wręcz wiedzieć, zobaczyć kiedy młodszy towarzysz się zorientuje. Jeśli się zorientuje. Kiedy się odsunie. Jeśli się odsunie. Czy jego słoneczny blask upośledzał go na wrażenia dotykowe? Czy nie czuł tego niezwykłego połączenia, grzesznego w swoim zarodku, do niedawna nielegalnego w państwie w którym obaj mieli swoje rodzinne domy? Anthony patrzył uporczywie przed siebie, opływany przez słodkie, splatające się ze sobą melodie kochanków, czuł jednak coraz bardziej jak kręci mu się w głowie, jak serce wali mu tak głośno, że aż dziw, że jego tętent nie zakłócał niespiesznego pulsu muzyki.

Czy jeszcze przed chwila nie chwalił się, jak świetnie idzie mu obrona samego siebie? Był na tyle samoświadomy, że złapał się na tej żałosnej próbie wybielania się. Chodziło mu oczywiście o magię, chciał odepchnąć od siebie niewypowiedziany, ale wybrzmiewający mu w uszach zarzut o stosowanie zauroczeń. "Tylko stare dobre sprawdzone techniki manipulacji drogi Longobottomie, nic więcej, nic mniej" – tak mu chciał powiedzieć. Umysł ciasno otulony oklumencką barierą, taki, który nie przyjmie nic obcego, żadnej sugestii ni nagięcia do woli, był przecież czymś, czym warto było się przechwalać, oczywiście poza kręgiem własnych przeciwników. Tymczasem podstępnie ów świetnie chroniony umysł zatapiał się otumaniony w marzeniu, które mogło przynieść nic więcej niż ból i rozczarowanie.

W gruncie rzeczy bowiem, Anthony był romantykiem. Wrażliwy na piękno poezji, łagodne łukowania rzeźb, wrażliwy na sentymentalne tony muzyki i kształtujące świadomość opowieści. A teraz opowieść pisała się sama, pod ciepłym włoskim sklepieniem, pośród ludzi, a jednak tylko we dwoje, złączeni na moment ognistą nicią ciała ułożonego tuż obok ciała, dłoni położonej na dłoni, skóry przylegającej do skóry.

Lecz tak jak los kochanków na scenie był przesądzony z pierwszą nutą pierwszej sceny, tak Anthony wiedział, że romantycy giną młodo i samotnie, a on przecież chciał żyć, pracować, cieszyć się owocami tej pracy. Wiedział, że z masek o których rozmawiali ledwie chwilę temu musi ciaśniej związać z tyłu głowy tę pragmatyczną i cyniczną, chłodną w krokach, wyzutą z afektu. Tego samego afektu, który przed kilkoma laty już raz prawie że doprowadził go do upadku.

Jesteś tylko człowiekiem

Dzwoniło mu w uszach, w pamięci o zdradliwym ciele poddającym się popędom, o jeszcze bardziej zdradliwej duszy, zapatrzonej w złocistą tarczę doskonałego ucieleśnienia idei, niech przeklętym grekom będą za to dzięki, kalokagathia... Musiał to uszanować i przejść ponad tym. Musiał to w sobie stłamsić dla własnego dobra.

Zabrał dłoń jakby do oklasków, które rozbrzmiały momentalnie po ustaniu muzyki. Publiczność reagowała żywiołowo, najwidoczniej doceniając walory nie tylko estetyczne śpiewaczki, ale również artystyczne.

– Czy też uważasz, że z profilu Otello jest dość podobny do Twojego wuja? Wiem, że tenor jest dość posiwiały, ale przecież ostatnio i Morpheusowi chyba przybyło trochę szpakowatego ombre? – dodał pospiesznie, tkwiąc w swoim miejscu, mówiąc o sztuce tak barbarzyńsko płytko, a która była sztuką, którą pragnął mu cytować z dala od tłumów, z dala od świata, prosić językami świata o jeszcze jeden pocałunek, o trwanie sekundę dłużej w marzeniu, pod gałęziami drzewa figowego, którego owocu żadne z nich nie będzie mogło sięgnąć.

– Poczekaj z wydawaniem wyroków do drugiego aktu, Jago ma tam popisową arię, o której chętnie Ci zaraz opowiem, wpierw jednak... wino? Lepiej białe, mają tu wkoło dobre szczepy. Może być lekko musujące, ale nie będzie mi przeszkadzało, jeśli nie. Ach i proszę weź coś dla siebie, wracać będziemy inaczej, nie musisz się martwić o, sam wiesz co – wylądował niezgrabnie, tracąc wątek, tracąc słowa, tracąc siebie w spojrzeniu pełnym łagodności i niezbrukanej szlachetności.
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#28
09.04.2024, 22:01  ✶  
Dzięki niech będą Merlinowi, że Anthony nie spytał młodszego czarodzieja o to, kogo chciałby obrać za swojego potencjalnego boskiego patrona. Erik kompletnie nie wiedziałby, co ma na to odpowiedzieć. A przede wszystkim od czego zacząć swoje wyjaśnienia. Szanował wierzenia kowenu i traktował z godnością wszelkie tradycje związane z obchodami sabatów, jednak traktował je raczej jako element kultury czarodziejów niźli coś, co stało u podwalin jego systemu wartości i mówiło mu, jak powinien kierować swoim życiem, aby zapracować sobie na miły pobyt w zaświatach.

Religia wniknęła w struktury społeczeństwo czarodziejów, przenikając się i stając się po prostu jednym z wielu jego filarów. Niektórzy chodzili po rady do Ministerstwa Magii, inni do Szpitala św. Munga, a jeszcze inni do kapłanów i kapłanek londyńskiego zgromadzenia. Każdy człowiek miał różne potrzeby i bardzo dobrze, że istniały instytucje, które uzupełniały nawzajem swoje nisze, służąc wsparciem tam, gdzie inni nie mogli za wiele zrobić, aby ulżyć komuś w bólu czy troskach. Gdyby darzył kapłanów jakąś urazą, to byłoby prawie tak, jakby ni stąd, ni zowąd zaczął nienawidzić medyków lub zespoły ratownicze.

Podczas gdy Shafiq naturalnie lgnął do domeny Markurego, tak Longbottom nie wiedział, kogo miałby wybrać. Jego obeznanie z mitologią kończyło się na zbiorze najpopularniejszych bóstw. Jego wuj zapewne byłby zachwycony, gdyby miał szansę odpowiedzieć na to pytanie, ale Erik? Zapewne rzuciłby pierwszym, co przyszłoby mu do głowy, powołując się, chociażby na Posejdona ze względu na swoją miłość do akwenów wodnych, wolności o czyszczenia, jakie potrafiła zapewnić morska toń. Być może wspomniałby o Atenie lub Aresie, ze względu na ich powiązania ze sztuką wojenną, a więc i światem pojedynków.

Czy byłaby to trafna odpowiedź? Po części na pewno jednak nie oznaczało to wcale, że nie istniały inne, dużo bardziej oddające prawdziwego ducha Erika oraz jego rodziny. W panteonie niezliczonych greckich bóstw faktycznie znajdował się ktoś, kto mógłby z powodzeniem ich reprezentować. Eleos, personifikacja miłosierdzia, współczucia i łaski. W świątyniach wzniesionych ku jego imieniu prześladowani mogli zawsze znaleźć schronienie przed swymi oprawcami. Chyba każdy Longbottom zamieszkujący Warownię, momentalnie powiązałby to z rodzinną posiadłościach, która służyła obecnie za kryjówkę rodzinie Crawleyów, ukrywających się przed rzuconą na nich przez Borginów klątwą.

Ani myślał odtrącać dłoni Anthony'ego. Pozwolił, aby ta objęła jego rękę gdzieś w okolicy nadgarstka, sprawiając, że nie miał większego wyboru, jak skupić się na swoim rozmówcy. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz trzymał innego mężczyznę za rękę. Zwłaszcza w miejscu publicznym. Był to gest, którego zwykle mu odmawiano, a on z pokorą akceptował taki stan rzeczy w imię bezpieczeństwa i dyskrecji. Ale teraz, w tym obcym kraju, naprawdę był anonimowy. Tak samo, jak jego towarzysz i jakaś część niego tęskniła za dotykiem, za prostotą tego gestu. Wpłynęło to na niego do tego stopnia, że po prostu pozwolił mu istnieć, w obawie, że jakakolwiek reakcja z jego strony poskutkuje utratą tej drobnej przyjemności.

Jego dłoń może nie zdradzała zbyt wiele, ale jego bezbronna twarz opowiadała historię sprzeczności, jakby przeszłość nagle zderzyła się z teraźniejszością, a wszystkie te chwile frustracji, jakie niegdyś rozpamiętywał, nagle spotkały się z zadziwiającą ciszą. Ich dłonie były splecione, a świat się nie skończył, nie było błysków ukrytych kamer, a ziemia nie pochłonęła ich w całości. Erik zastanawiał się, jak długo uda mu się utrzymać ten stan rzeczy, aż bez żadnego ostrzeżenia starszy czarodziej uniósł dłoń. Ręka Longbottoma opadła bezwiednie, zwisając smutno z krawędzią siedziska.

— Absolutnie nie. — Zamrugał, wpatrując się przez dłuższą chwilę w Anthony'ego, bo akurat jemu to porównanie ani razu nie przeszło przez myśl podczas pierwszego aktu opery. Zerknął w stronę sceny, jakby liczył, że akurat dostrzeże tam aktora grającego tytułowego bohatera. — Obawiam się, że siwizna trochę mało, żeby ich do siebie przyrównać. Tylko jeden z tej dwójki potrafi wskoczyć boso na stół, żeby pomodlić się do Apolla i jego wielkiego pytona. — Ewidentnie zapomniał, że wielki wąż w micie wcale nie należał do boga łucznictwa i muzyki, a został przez niego brutalnie zabity. Taki mały szczegół. — Otello chyba nie zna zbyt dobrze tej sztuczki?

Uniósł wymownie jedną brew, nie mogąc powstrzymać się przed szerokim uśmiechem.

— Raczej wezmę czerwone — zadecydował bez większego zaangażowania. Nie zastosował się do sugestii swego przewodnika tylko przez to, że wolał zasmakować czegoś znanego i pewnego, niźli chłodzić usta nie do końca znanym mu trunkiem. — Chociaż, jeśli mam być szczery, to tak mi łupie w głowie, że nie wiem, czy wino w czymkolwiek pomoże.

Uśmiechnął się lekko, jednak zaraz uciekł wzrokiem w bok, nieco zmieszany własną reakcją. Występy muzyczne raczej nie powinny wywoływać takich efektów, prawda? A Erik przecież na co dzień funkcjonował w hałasie i chaosie, toteż nie powinien mieć większych problemów z tym, aby przesiedzieć te kilka godzin pośród muzyki i obcobrzmiących głosów. Może to faktycznie język był problemem i mimowolnie jego umysł męczył się, próbują cokolwiek wyłuskać z poszczególnych utworów?

— Przepuścisz mnie? — Trącił go zaczepnie kolanem, po czym podniósł się z miejsca i wyminął zgrabnie mężczyznę, aby wydostać się z rzędu zajętych krzesełek. Shafiq miał nosa, żeby zarezerwować miejsca z brzegu. Gdyby przesunęli się na środek, tylko robiliby innym problemem, a tak mieli większe pole do manewru. — Chciałeś musujące, tak? — Zmarszczył czoło i ścisnął lekko ramię Anthony'ego, gładząc kciukiem materiał jego koszuli. — Zobaczę, co da się zrobić.

Zamiast od razu udać się do kawiarenki, w której znaleźli się na początku, począł rozglądać się na prawo i lewo, jakby zachcianki Anthony'ego miały sprawić, że w okolicy zmaterializuje się jakieś stoisko z winami lub najlepiej lokal specjalizujący się w serwowaniu tych trunków. Korciło go nawet, aby opuścić teren rynku i poszukać szczęścia w bocznych uliczkach, które nie były aż tak zatłoczone, jednak dosyć prędko zrezygnował z tego pomysłu. Wprawdzie miał całkiem niezłą orientację w terenie, ale to dalej było obce miasto. Poza tym obiecał nie używać magii, a nie mając wiedzy na temat bezpiecznych zaułków w okolicy, nawet niezbyt mógł się gdziekolwiek teleportować.

Największym wyzwaniem okazało się wystanie w kolejce wystarczająco długo, aby móc złożyć zamówienie. Trwająca opera zagoniła do okolicznych lokali jeszcze większą ilość ludzi, więc budynki pękała w szwach. Gdyby nie to, że ponadprzeciętny wzrost Erika zmuszał postronnych do tego, aby zwrócili na niego uwagę, pewnie zostałby przepchnięty gdzieś na bok i zmuszony do tego, aby przejść na koniec kolejki, jeśli chciał uniknąć burd prowadzonych w języku, którego nie znał. Koniec końców Longbottom wypełnił jednak zlecone mu zadanie i wrócił do swego towarzysza z dwoma kieliszkami. Jeden z nich wypełniony był białym winem musującym, a drugi czerwonym.

— Te kolejki to jakiś koszmar — wytłumaczył, wracając szybko na swoje miejsce. Podał ostrożnie wino Anthony'emu. — Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś został tam zgnieciony dzisiejszego wieczora.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#29
11.04.2024, 15:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2024, 15:34 przez Anthony Shafiq.)  
Cóż, pewne percepcyjne wybory ograniczały możliwość poznania szerszego kontekstu kłębiących się w sercu rozterek. Wystarczyło tylko odwrócić głowę, by zobaczyć wiele, ale Anthony nie ośmielił się, zupełnie jakby sam ledwie skończył szkołę i wyruszył w podróż w nieznane. Zupełnie, jakby pierwszy raz pozwolił sobie na ten tak normalny, jak abstrakcyjny gest okazania komuś chęci bycia blisko. Bycia tuż obok.

Ten moment przeminął, dłoń jednak wciąż parzyła słońcem, które ośmielił się dotknąć. Jak rozpuszczony wosk pośród ikarzych skrzydeł, jak opadającym niespieszne piórom i bezładnemu ciału śmiałka, tak i jemu przyjdzie utonąć i bezpowrotnie zatracić siebie w odmętach morskiej toni. O ironio, nie utożsamiał się wcale z młodym chłopakiem, nie był już naiwny, zbyt dobrze wiedział jak bolesne to będzie. Jego tragedia polegała właśnie na tym, że był tego absolutnie świadomy.

Wspomnienie Morpheusa przynosiło mu chwilową chociaż ulgę. Temat spokojny, znajomy, milszy niż rodzinny dom. Rozluźnił się choć trochę, poprawiając na ławce tak, by na moment chociaż ochłonąć od nadmiaru bodźców, krzykliwych w swojej łagodności.
– Och tak, Morpheus zdecydowanie lubi pieśnią wychwalać Apolla i jego wielkiego pytona. – parsknął wręcz mówiąc to, mimowolnie wspominając czasy, gdy dwaj dorastający chłopcy zafascynowani starożytnością, przerabiali każdą pochwalną modlitwę ku dawno zmarłym bogom, w pioseneczkę, której nie powstydziłby się żaden tawerniany bard. Ot rozrywki nastolatków. – Spojrzysz potem na profil, krzywizna nosa jest niemal identyczna. I ta pogarda, zapadnięte w dół kąciki ust, jakby był smutny samym faktem swojego gniewu, ale smutek nie odwiedzie go od tego, by stać się awatarem Aresa. – Podobnie jak Erik uciekał spojrzeniem do sceny. Tak było prościej niż tkwić w zachwycie innym profilem, obecnością herosa siedzącego cal od siebie samego.

– I zaiste, Otello nie zna swojej przyszłości, zdecydowanie czytał za mało książek, za mało słuchał oper, wtedy od razu wyłapałby odpowiednie tropy, które wskazałyby nieuchronną drogę ku tragedii. – westchnął, oplatając swe myśli wokół libretta: bezpiecznej przestrzeni by móc wyrażać nie tyle obawy bohaterów a swoje własne. Wszak od tego była sztuka, by nie musieć mówić własnymi ustami, by zakładać maskę opowiadania o cudzych postaciach, cudzych doświadczeniach i znajdywać w tym słodkie katharsis, oczyszczenie duszy. – Trudno jednak mu się dziwić, jego zazdrości, która zaraz odejmie mu rozum. Otello mimo posiadanej władzy ze wszech miar boi się odrzucenia. Nawet słodkie słowa zapewnień ze strony jego żony, nie przeszkadzają mu wątpić a lekki podmuch złego podszeptu wystarczy za chwilę, by zajął się pożarem, by jego uwaga zogniskowała się na każdym najdrobniejszym geście świadczącym o tym, że kochana przez niego osoba gardzi nim, tak jak on gardzi sobą. To bardzo ludzkie, musisz przyznać.

Rozmowy o operze musiały jednak poczekać, wino... to było coś czego im trzeba zwłaszcza tutaj, w słodkim winnym raju. Grona w okolicy były inne niż w Calabri, lżejsze, o cieńszej skórce, jakby życie nie doświadczyło ich nazbyt, nie wypełniło ochronną goryczą. Potrzebował takiej inspiracji właśnie, odciążającej myśli i wątpliwości, skłaniającej ku prostym rozrywkom. Nigdy nie mógł pojąć jak Morpheusowi z taką łatwością przychodziło oddawanie się swojej hedonistycznej naturze. Sardoniczny humor wieszcza czasami tylko udzielał się wycofanemu Anthony'emu, który wiele lat poświęcił by nauczyć się tego jak być lubianym i zauważanym. Świat należał do ekstrawertyków. On mógł zasłaniać się kolorowym błyszczącym pudrem tegoż charakteru od święta, z konieczności. Ale nie tu, nie w chwili, gdy – czy tak mogło rzeczywiście być? – obaj panowie szukali drogi do tego, by móc podzielić się kawałkiem siebie. Tym autentycznym. Tym poza rolami w które wbijani byli od maleńkości.

Myślał o tym, ale też myślał o odcisku pozostawionym na ramieniu, o ruchu kciuka, który znaczył dla niego więcej niż jakiekolwiek słowne deklaracje. Nie chciał być przecież jak Otello, wypatrywać upadku i klęski tam, gdzie być może wcale jej nie było. Walczył z własnym lękiem, zapamiętując milimetr po milimetrze, to wrażenie, tę troskę, te bezdźwięczne słowa wyrażone dotykiem: zaraz wracam. Odtwarzał to sobie w głowie, nieprzyjemnie zdając sobie sprawę z dawno pogrzebanej potrzeby każdego kawałka skóry, która jeszcze ów obietnicy nie otrzymała. To była niebezpieczna gra i nienawidził siebie za każdym razem gdy ów tęsknota wychodziła na światło dzienne. Ale tutaj, ale teraz... jakby nagle znaleźli się nie w innym kraju, a innym świecie, innych okolicznościach, z dala od przeszłości i przyszłości. Tylko tu i teraz, tylko chłód nocy i słodycz trunku... Wciąż jednak pozostawało kwaśne w posmaku pytanie o wzajemność. Drażniące, nieprzyjemne, irytujące.

Anthony nienawidził nie mieć kontroli, a teraz czuł się z niej absolutnie odarty, przez siebie samego, sabotującego bezpieczną, znaną rutynę.

– Wiesz... pomyślałem...– podjął powoli patrząc na kieliszek i przepuszczając Erika znów przed sobą w tym ciasnym przejściu między ławkami prowizorycznej publiczności. Zakołysał winem tak lekkim, że niemal transparentnym, pozwalając kilku bombelkom powietrza odzyskać wolność, pozwalając im połączyć się ponownie z macierzą świata – Skoro boli Cię głowa, to może pójdziemy stąd? Jest taka przyjemna kawiarenka, kilka kroków, myślę, że teraz powinna być całkiem opustoszała, wobec wydarzeni na rynku... Mają świetną panna cottę i podejrzewam, że w ofercie znajdzie się więcej czerwonego trunku. Nie chcę, żebyś zraził się do opery przez to, że trwa zbyt długo, a przecież nie przestaną nagle grywać Verdiego, będzie jeszcze okazja... – zawiesił głos, nie chcąc mówić zbyt wiele, gdy nie było takiej potrzeby.

Przypatrywał się Erikowi z uwagą, dając mu pełnię przestrzeni na podjęcie decyzji. Było już zupełnie ciemno, choć łaskawie władze miasta na czas antraktu zapaliły latarnie. Co gorsza, Włosi mieli bardzo swobodne podejście do czasu i trwające wkoło nich rozmowy wskazywały, że sztuka wcale nie prędko wróci na deski sceny, mimo że Erik trwał w kolejce co najmniej pół godziny. Ale przecież każdy musi się napić, każdy musi skomentować dobór strojów i siłę głosów, każdy musi wymienić się najświeższymi operowymi ploteczkami i gdzież to wokaliści nie śpiewali, kto z kim się przespał a kto stracił angaż ze względu na swój trudny charakter. Ten włoski kocioł miał jeszcze trwać. Jak długo? Bogowie jedni wiedzieli. Widząc zapewne zdziwienie towarzysza na taką propozycję, Anthony dodał jeszcze, aby upewnić go, że nie będzie w żaden sposób oceniał jego wyboru:
– Wiesz, w końcu nie jesteśmy w pracy. Spotkanie zakończyło się, dokumentacja została sporządzona. Teraz mamy urlop, jesteś moim gościem, a mi zależy na tym, żeby było Ci dobrze – urwał, na moment tylko uciekając wzrokiem w dół na kieliszek, ale już nie poprawiając się. Lepiej było przyjąć na siebie cios po takim dobrze słów, niż wycofywać się rakiem z tak równie prostej co otwartej deklaracji. Przynajmniej w uszach Anthony'ego nie mogło to brzmieć bardziej bezpośrednio.
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#30
12.04.2024, 21:42  ✶  
Już raz miał okazję wcielić się w rolę mitologicznego Ikara i pofrunąć w przestworza z nadzieją na lepsze jutro. Na co dzień miał czasem aż nazbyt pozytywne podejście do świata, jednak był ten jeden moment, wyniesiony ponad inne pod wpływem pięknych słów i jeszcze piękniejszych obietnic, gdy czuł, że szczęście i do niego się uśmiechnęło. Przez krótki czas czuł się jak najszczęśliwszy człowiek na świecie, tylko po to, aby wyrwać się z tego snu, gdy był sekundy od zderzenia z tonią mrocznego morza. Znalazł się zbyt blisko słońca, a to pokazało mu, jak przekorne potrafiło być przyjemne ciepło, jakie czuł na co dzień na skórze.

Uśmiechnął się na dźwięk śmiechu Anthony'ego. Było to nieco niezręczne, że robili sobie żarty kosztem Morfeusza, jednak... Nie było go tu teraz. A para czarodziejów na pewno będzie miała po powrocie ciekawsze tematy do rozmowy, niż to, jakimi żartami sypał Erik w przerwie między aktami opery.

— W człowieku chyba z natury jest za dużo arogancji, aby odpowiednio szybko dojść do takich wniosków — odpowiedział na oskarżenia skierowane w stronę Otella. — Empatia wprawdzie pozwala na wczucie się w sytuację drugiej osoby, ale własnej świadomości nie powstrzymamy. Przez większość życia posługujemy się swoją prywatną perspektywą. Wszystko inne jest ciekawostką, dodatkiem albo narzędziem. O, ubarwieniem! — Pstryknął cicho palcami, niezwykle zadowolony z siebie. — Nawet gdyby Otello miał głowę wypchaną po brzegi historiami o wielkich wzlotach i tragicznych upadkach, mógłby nie dostrzec tych objawów we własnym życiu. Chyba, że byłby jasnowidzem. Wówczas faktycznie zacząłby przypominać Morfeusza.

Raczej nie dążył ku jakiejś konkretnej konkluzji. Zamiast tego pozwolił myślom płynąć swobodnie, dzieląc się swoimi przemyśleniami z Anthonym, zapraszając go do tego, aby dodał coś od siebie. Mógł zaakceptować jego punkt widzenia prostym skinieniem głowy, jednak mógł równie dobrze robić jego argumentację na kawałki, a potem sięgnąć po kilka co lepszych fragmentów i ułożyć z nich coś kompletnie nowego. Chyba to było najbardziej satysfakcjonujące w takich rozmowach: dziki, nieokiełznany element w formie drugiego rozmówcy, którego mogło nagle olśnić, gdy szare komórki odpowiednio zetknęły się ze sobą.

— Byłbym głupcem, gdybym tego nie zrobił — przyznał na slowa starszego czarodzieja. — Za to ty musisz przyznać, że jest to nad wyraz wręcz smutne. To jak życie w nieustannym zawieszeniu. Ciągłe czekasz na cios, truciznę czy skrytobójcę, a żadne z nich nie nadchodzi. — Kąciki jego ust opadły, a usta zacisnęły się w cienką linię. — Człowiek oczekuje bólu, bo to coś, co poznał na własnej skórze i przywykł do tego. Jak bity pies, który nie wie, jak się zachować, gdy ktoś okaże mu odrobinę miłości.

Wracając do Anthony'ego... Po prostu myślał. Odwykł od zabiegania o czyjeś względu. Raz się sparzył i to do tego stopnia, że praktycznie się wypalił i ledwo zdołał poskładać na nowo. A łatwe to nie było, biorąc pod uwagę, że jego związek z niejakim Laurencem Selwynem był jedną z najpilniej strzeżonych przez jego tajemnic. Ostatnie krople lojalności wobec dawnego partnera i po prostu ludzka godność nie pozwoliły mu na to, aby kłapać o tym językiem nawet podczas rozmów w cztery oczy z najbardziej zaufanymi osobami. Lizał więc rany w samotności, zakładając kolejną maskę i licząc, że nikt nie zauważy u niego żadnych zmian.

Teraz było lepiej, jednak czy znowu nie wystawiał się na potencjalny atak? A jednak we włoskim miasteczka, z dala od angielskiej socjety, łatwiej mu było być po prostu Erikiem - jedną z wielu twarzy w tłumie, która po prostu chciała spędzić trochę czasu z kimś innym. Poza tym teraz był starszy. Mądrzejszy. Może nie bardziej wyrachowany, ale... Wyczulony na to, czego powinien unikać. A Shafiq jak dotąd nie sprawił, że w jego głowie rozbrzmiał czerwony alarm, a ciało podświadomie kazało mu się odsunąć. To mogło być coś... dobrego.

— Emm — stracił na moment wątek. — Panna cotta faktycznie brzmi dobrze. Tak samo, jak kolejny kieliszek wina z tobą, ale...

Ta propozycja bardzo go zaskoczyła, bo nawet w przez myśl mu nie przeszło, że jego samopoczucie mogło rywalizować z Verdim w piramidzie potrzeb Anthony'ego. Rozejrzał się dyskretnie na boki, jak gdyby próbował się zorientować, czy podczas jego nieobecności nie miał miejsca jakiś incydent, który zniechęcił Shafiqa do zostania na operze do samego końca. Wszystko wydawało się jednak takie samo, nie licząc tego, że otulający rynek mrok, zdawał się znacznie ciemniejszy niż te trzydzieści minut temu.

— Jesteś pewny? — Przekrzywił lekko głowę z nieco zbolałą miną. Nie chciał mu rujnować końcówki wyjazdu przez to, że nie był przyzwyczajony do włoskich występów. — To znaczy... Nie będziesz żałować? Nie miałeś za bardzo okazji, żeby odpocząć, a ewidentnie ci się podoba. — Zerknął w stronę głównej sceny, która dalej pozostawała wyludniona. — Masz prawo do tego, żeby spędzić trochę czasu po swojemu. Jestem twardym stróżem prawa. Wytrzymam, jeśli ci zależy.

Chociaż rozleniwienie Włochów w kwestii punktualności nie uszło jego uwadze w ciągu ostatnich dni, tak sądził, że publiczne pokazy będą stanowić swoisty wyjątek od reguły. To była rozrywka przeznaczona nie tylko dla mieszkańców miasteczka, ale też turystów, którzy nie przywykli do tutejszych standardów. Kto wie, może akurat w takich sytuacjach chodzili jak w zegarku? Przerwy podczas przedstawień teatralnych były Erikowi znane, jednak te zazwyczaj nie trwały dłużej niż trzydzieści lub czterdzieści minut. Czy tutaj nie mogli liczyć na coś podobnego?

— Dopóki nie porzucisz mnie tutaj na pastwę losu, to u twojego boku będzie mi lepiej niż dobrze — odparował, napełniając usta winem. Uśmiechnął się przewrotnie do Anthony'ego. — Poza tym, planuje się trzymać bardzo blisko ciebie do naszego powrotu. Jak rzep psidwakowego ogona. — Poprawił się na siedzeniu, aby trącić lekko kolanem nogę swojego towarzysza. — Nie chcę płynąć wpław do Londynu, gdybyśmy nagle się rozdzielili.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (18367), Erik Longbottom (18293)


Strony (5): « Wstecz 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa