Tak, jak obiecał w liście, po swojej pracy zaszedł na właściwe piętro Ministerstwa. Widok Niewymownego w tym miejscu nie był niczym zaskakującym - te dwa departamenty współpracowały ze sobą, mniej lub bardziej. Większość osób jeszcze tkwiła w swoich biurach, nadrabiając raporty czy przerzucając dokumenty. On jednak tak ustawił swój dzień, że mógł wyjść odrobinę wcześniej i udać się do Marie. Ubrany tak, jak poprzednio - i tak, jak zawsze - w eleganckie buty, czarne spodnie, białą koszulę i czarną marynarkę. Włosy standardowo miał zaczesane w tył. Nie denerwował się tym spotkaniem: nie miał żadnych powodów, doskonale wiedział co robić, nie potrzebował do tego instrukcji.
Razem z Marie udali się do Domu Mody Rosier na Pokątnej. Z racji na porę dnia, bo przecież było popołudnie, Lestrange unikał ewentualnego fizycznego kontaktu podczas samej drogi - nie dawał kobiecie żadnych powodów do tego, by chociaż pomyślała, że to spotkanie ma prowadzić do czegokolwiek bardziej intymnego, niż po prostu zakup sukienki. Jednocześnie wciąż miał nienaganne maniery: otwierał przed nią drzwi, pozwalał sobie także na delikatnie umieszczenie dłoni na jej plecach gdy wchodziła pierwsza, tak jak nakazywała etykieta. Tak, żeby kobieta czuła, że jest w dobrych rękach mężczyzny, który potrafi panować nad swoimi odruchami - w rękach kogoś, kto traktuje ją jak prawdziwą damę, a nie byle pierwszą lepszą kobietę, którą spotkał na ulicy. Chciał, żeby poczuła się zaopiekowana i ważna, a nie jak kawał mięsa.
- Byliśmy umówieni - powiedział, gdy tylko znaleźli się w środku i podeszła do nich wysoka, szczupła kobieta. Była starsza od ich dwójki, ale urodę miała nienaganną, podobnie jak ubiór. Zadbana tak, jak tylko pracownicy domu mody potrafili być.
- Ach, tak. Pan Lestrange i pani Abbott, zapraszam - kobieta miała miły, chociaż trochę niski głos. Nic w jej postawie nie sugerowało, by miała traktować ich z góry. Być może to obecność Rodolphusa, a być może mężczyzna niepotrzebnie się martwił, bo wszystkich traktowano tu z szacunkiem i jego obecność wcale nie była potrzebna. On tu przyszedł w zasadzie tylko po to, by mieć kontrolę nad tym spotkaniem - nie chciał narzucać Marie niczego, zwłaszcza że na modzie znał się o tyle, o ile. To ładne, to za wzorzyste, to powinno być dłuższe.
Rodolphus puścił Marie przodem, a sam się rozejrzał po pomieszczeniu. Było jednym z wielu. Dom Mody Rosier był ogromny, a liczba ubrań na każdą okazję przyprawiała o zawrót głowy. Jednocześnie było tu elegancko i schludnie. Przy pojedynczych przebieralniach znajdowały się fotele i stoliki. W środku było co prawda niewiele osób, lecz gdyby wziąć poprawkę na rozmiary Domu, to z pewnością nie można było powiedzieć, żeby świeciło tu pustkami.
- Szuka pani czegoś konkretnego, pani Abbott? - zapytała miło, odwracając się w stronę kobiety. Chciała wiedzieć, co może jej pokazać, być może doradzić, pomóc dobrać sukienkę do figury. - Suknia wieczorowa? Codzienna? Koktajlowa? Jakieś konkretne wymagania, prośby? Chętnie wesprę, poradzę. Jest pani w dobrych rękach.