Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Kampania Zakonu Feniksa: Zagłada Domu Juliusów. Etap I, sesja nr 1.
Sesję prowadzi Brenna L.
Księżycowy Staw był niezamieszkany od ponad dziesięciu lat, a i wcześniej przechodził z rąk do rąk i nikt specjalnie o niego nie dbał.
W efekcie posiadłość podupadła i mogła wydawać się nie najlepszym zakupem, mimo bardzo atrakcyjnej ceny. Kluczowy był tutaj jednak cel jej istnienia. Budynek był położony na uboczu, z dala nie tylko od Londynu, ale i miejsc, które chętnie odwiedzali czarodzieje. O Juliusach, dawnych panach tego miejsca, już praktycznie wszyscy zapomnieli. Nikt nie bywał tutaj od wielu lat, nikt nie zwracał na posiadłość uwagi. Las i staw oddzielały ją od wścibskich spojrzeń sąsiadów - a i w okolicy nie mieszkało wielu ludzi, zaledwie parę domków leżało dziesięć minut drogi piechotą od dawnej rezydencji. Gdy pieniądze przeszły z rąk do rąk, kiedy dom zapisano nawet nie na Brennę, a jedną z krewnych z Potterów, nikt nie miał powodów zwracać uwagi na tę transakcję i w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby zauważyć, że w Księżycowym Stawie znów pojawią się ludzie. Z czasem to miejsce mogło więc zamienić się w jedną z bezpiecznych lokacji Zakonu, o których utworzenie poprosił Dumbledore. Nowy dom, położony w bardziej ruchliwej okolicy, mógłby zwrócić uwagę, a przecież nie chcieli otwierać biznesu.
Chcieli pozostać niezauważeni.
*
Dom był spory i kiedyś, w czasach świetności, musiał pięknie się prezentować. Na parterze mieściły się duży salon, gabinet, biblioteka, a na tyłach budynku kuchnia. Na piętrze – siedem sypialni, niegdyś należących do członków rodziny Juliusów oraz niewielka bawialnia, używana zapewne przez panią domu. Poddasze również było użytkowane i tam znajdowały się pomieszczenia zajmowane zapewne przez służbę.
W budynku pełno było kurzu, starych mebli i wiekowych przedmiotów oraz wspomnień.
Od zakupu do momentu, w którym mogliby używać tego miejsca, była jeszcze daleka droga. W pierwszej kolejności należało rozejrzeć się po domu – zobaczyć, co trzeba naprawić, o jakie zabezpieczenia zadbać, a także przede wszystkim sprawdzić, czy budynek nie kryje jakichś przykrych niespodzianek. W starych domostwach czarodziejów lubiły czasem zagnieżdżać się niekoniecznie przyjazne stworzenia, a i poprzedni właściciele mogli porzucić tutaj różne, magiczne przedmioty rozmaitej natury. Nie wspominając o tym, że konieczny był swego rodzaju remanent: wyrzucenie niektórych rzeczy, zdecydowanie o naprawie innych, sprawdzenie, co jest w dobrym stanie i może służyć dalej, ocenienie, w jakim stanie jest ogród...
Brenna – z typowym dla siebie realizmem albo fatalizmem, zależy kogo spytać - stwierdziła, że nie zdziwi się, jeśli ogród zarosły diabelskie sidła, w zasłonach pełno będzie bachantek, jakieś lustro okaże się przeklęte, a w piwnicy zamieszkały ghule. O świcie przed posiadłością aportowała się więc całkiem spora grupa: mieli tutaj spędzić docelowo dwa najbliższe dni. Każde ręce mogły się przydać, wszyscy pewnie byli ciekawi, ale i spodziewając się wszystkiego dobrze było mieć na miejscu kilka osób o różnych specjalizacjach.
*
Morpheus, Erik i Patrick mieli rozejrzeć się po piętrze.
Księżycowy Staw kilkakrotnie zmieniał właścicieli – ostatni opuścili tu miejsce dziesięć lat temu. Można by się spodziewać, że to oni odcisnęli na tym miejscu swoje piętno najbardziej, ale już wchodząc na górę przez salon, mogli dostrzec stary, pokryty kurzem portret. Kobieta siedziała w fotelu, trzymając w ramionach niemowlę, o oba podłokietniki opierały się dwie kilkuletnie, identyczne dziewczynki. Na drugim fotelu siedział dziewczynka, o oparcie podbierał się nastolatek, a za nim stał mężczyzna, z kolejną dziewczynką na rękach.
Podpis głosił, że to rodzina Juliusów.
Najwyraźniej nikt z właścicieli nie usunął portretu pierwotnych właścicieli tego miejsca. Obrazów zresztą było w domu więcej – Księżycowy Staw był siedzibą rodu Juliusów przez dobre trzysta lat, nim podzielili los wielu rodów czystej krwi i wymarli.
Na piętrze znajdowało się dziewięć drzwi – siedem wiodących do sypialń, jedne do bawialni, i jedne do pomieszczenia służącego za łazienkę (które z pewnością wymagało pewnych unowocześnień). We wszystkich panował nieznośny zaduch i półmrok, bo pozaciągano ciężkie zasłony. Na staroświeckich meblach osiadł kurz. Jeden z pokoi wyglądał, patrząc od progu, jakby ktoś kiedyś zaczął go porządkować – szafa wciąż była otwarta, na podłodze leżały ubrania, jakieś papiery i książki spakowano do pudła – ale porzucono tę pracę w połowie i to lata temu.
@Morpheus Longbottom @Erik Longbottom @Patrick Steward
Tura do 17.04, godzina 20.