Ten zwyczaj, patrzenia tylko na to, co się chce widzieć, był tak samo zgubny co pomocny. Pomocny, bo czasami człowiek zwyczajnie nie miał już psychicznej ani fizycznej siły znieść więcej ciężaru, mózg więc dla własnego dobra pomijał pewne rzeczy – lecz prędzej czy później należało się z nimi zmierzyć. Zgubny, bo zaczynało się wytwarzać iluzję świata, żyło się w nieprawdziwości i ułudzie, która prędzej czy później pękała, ukazując swoje obrzydliwe wnętrze. Lecz nie było rzeczy, których nie dało się naprawić… prawda? Zazwyczaj tak, optymiści lubili tak mówić, ale Victoria była realistką. Były sprawy, nad którymi trzeba było się bardziej postarać, więcej popracować, wtedy nawet dało się dać temu pustemu drzewu jakieś drugie życie – nie takie samo jak wcześniej, ale nowe nie znaczyło, że będzie gorsze. Tym bardziej w świecie magii – ponoć wszystko było możliwe, a patrząc na samą Victorię… była tego świetnym przykładem: tego, że można jako żywy wejść do Limbo i wrócić odmienionym.
Kto miał wyceniać? Rodzina. Te wszystkie rzeczy robili przecież dla rodziny, dla ich ostatecznej oceny, ich zadowolenia… nawet jeśli nie zawsze go dostąpili, albo nawet jeśli koszta poniesione były ogromne, a później trzeba to było odchorować w ciszy własnej głowy. Rzeczy, które robiło się dla rodziny… Victoria już nie chciała ich robić. Zakładać sobie na twarz płachtę, kochać kogoś, kogo wskaże matka czy ojciec, bo będą dobrą partią, idealną dla dopełnienia tego rodowodu. Tam nigdy nie chodziło o miłość, tylko o biznesy, ale Lestrange miała tego dość, tej zabawy jej uczuciami, jej pragnieniami, stłamszenia i podporządkowania. W końcu jednak udało się tupnąć nogą, powiedzieć nie. Dlatego tego dnia miała taki dobry humor, pomimo wszystkiego, co działo się dookoła, tego zła, zniszczenia i bólu. Ale pierwszy raz spędziła tę noc całkowicie wolna – już w swoim własnym mieszkaniu na Pokątnej, cichym, może nawet trochę pustym. Pierwszy moment wolności, bo nawet w szkole wolna nie była, z widmem matki nad głową, gdzie ominęła ją ta młodzieńcza beztroska, wielkie romanse i tak dalej; zawsze mierzyła wyżej i oto była wysoko. Na szczęście dzisiaj był obok niej ktoś, przed kim nie musiała zasłaniać twarzy, a kto widział ją poza tą maską idealności. Tak jak ona widziała jego, a on nie musiał przysłaniać swojej twarzy. Paradoskalnie – uważała, że to taki był właśnie najpiękniejszy; nie sztuczny, krygujący się, kreujący na kogoś, lecz zamyślony, czasami niepewny, z tą nieidealną miną zastanawiając się nad swoim życiem i jego sensem… gdy pokazywał swoje słabości – wtedy był tym najwspanialszym obrazem wartym uwiecznienia na płótnie.
– Tyle ile będzie trzeba, lecz na tyle mało, by nie popaść w skrajność. Tak długo, jak to ma jeszcze znaczenie i nie straci go przez spowszednienie – odparła, zerkając znowu przez listowie w stronę nieba. To było dziwne lato, najdziwniejsze w jej życiu. Wcale nie dlatego, co działo się w jej sercu, o tę burzę, wzloty i upadki emocjonalo-uczuciowe. Chodziło o całą resztę. Uśmiechnęła się do niego w odpowiedzi. – Może po prostu trafiliśmy na siebie w odpowiednim czasie i miejscu – i byli dla siebie odpowiedni… Ale miłość naprawdę była ślepa. Zawiazywałą ludziom oczy chustą i ci, miast zakochać się w tych, którym podsuwał im rozsądek, sięgali rękoma i myślami w innym kierunku, tak jak Victoria i Laurent. Mogliby być dla siebie tą odpowiednią częścią, lecz nie – ich serca rwały się w inną stronę. A przy tym miłość, jaką mieli do siebie, była równie piękna i oparta na wzajemnym zaufaniu. Przymrużyła oczy, gdy złapał je dłoń i ją ucałował, nawet to jej spojrzenie odrobinę zmiękło, gdy tak na niego patrzyła, z lekkim wzruszeniem.
Położyła sobie te listy na kolanach i sięgnęła po pierwszy z nich, chcąc przeczytać jego treść – tak jak sugerował Laurent. Właściwie treść tego listu brzmiała całkowicie niewinnie, co absolutnie niczego nie zmieniało – bo i tak wypadałoby sprawdzić te wszystkie osoby, które do Laurenta w tamtym czasie napisały. Lub nie tylko napisały, a miały z nim styczność, dla świętego spokoju. Jedynie głośniej odetchnęła, gdy wspomniał jaka relacja ich łączyła, nic jednak nie powiedziała, słuchając Laurenta dalej.
– To może oznaczać dokładnie trzy rzeczy – odparła i przekrzywiła głowę. Pierwsza była taka, że być może Rowle trzymał się ze Śmierciożercami, jednak chciał uchronić Laurenta i dlatego ściągnął go do siebie, druga była taka, ze był to czysty przypadek i w zasadzie to cud boski, że Laurent przy okazji miał pretekst by trzymać się z dala od New Forest (bo i tak go tam nie było po interwencji rodziny i przyjaciół…), a trzecia była taka, że to nie Laurent był celem? Cóż… Śmierciożerca był jeden i kręcił się przy stajni… To też mogło oznaczać wszystko i nic – znaczy Victoria uważała, że coś to znaczyło, tylko nie była pewna co dokładnie. – Ale wezmę to pod uwagę, dziękuję – bogowie, to będzie tak dużo roboty, a ona była sama jedna, a nie chciała nikogo zawieść, tym bardziej, że to chodziło o Laurenta. Tylko wzrokowo przejrzała plik listów, nim schowała je do torebki, gdzie będą całkiem bezpieczne. – Tak, wiem. Ale w takich chwilach to całkowicie naturalne. Jest jeszcze ktoś, co do kogo masz jakieś wątpliwości? – pewnie te tropy sprawdzi jako pierwsze… A może ustali jakąś inną kolejność, jeszcze nie wiedziała.
Z ciekawością patrzyła na małą kłódkę, którą Laurent wydobył z kieszeni. Jakoś nie wyglądał na osobę, która by takie przedmioty ze sobą nosiła, no zresztą nigdy go z żadnymi narzędziami nie widziała. Miał na to zbyt delikatne i wypielęgnowane dłonie, zresztą cały jego charakter i osobowość były zbyt delikatne by kojarzył jej się z tego typu rzeczami. A jednak, gdy zaczął opowiadać – to miało to nagle sens i Tori uśmiechnęła się lekko pod nosem.
– Ciekawy zwyczaj. Ma w sobie coś romantycznego, pasuje do ciebie – a jednak kłódeczka nie miała inicjałów, bał się, że Victoria mu odmówi? Jakże by mogła. – Co prawda jestem całkiem pewna, że ta kłódka moich uczuć nie zmieni, ale jeśli sprawi ci to przyjemność, to nie mam nic przeciwko – to miał być taki lekki żarcik, ale faktycznie uważała, że to się nie zmieni; jej wierność i miłość znaczy się. Ale dobra wróżba? W tej godzinie każdemu by się przydała. – Chciałbyś tam pójść teraz? – a później do Hogsmeade?