Niby minął tylko jeden dzień, a czuła się tak, jakby nastąpił w jej życiu ogromny przełom. Właściwie to trochę tak było, nie spodziewała się przecież jeszcze wczorajszego poranka, że ta noc minie jej tak spokojnie, że nie spędzi jej jak to miała w zwyczaju przez lata samotnie (no, nie licząc tych, w których Mabel wpychała się jej do łóżka, bo bała się potworów czających się w szafie).
Obudziły ją pierwsze promienie słońca, które przebijały się przez szybę. Odwróciła się wtedy, żeby sprawdzić, czy Sam tutaj z nią jest, czy to nie był kolejny sen, ale spał obok tak spokojnie, nie uciekł, został z nią w Londynie, którego tak bardzo nienawidził. Doceniała to. Dotknęła nici, którą miała na swoim palcu, tej którą wczoraj jej na nim założył. Nadal nie do końca wiedziała, jak sobie to wszystko ułożą, i jak właściwie doszło do tego, że po jednej rozmowie zyskała narzeczonego. Czuła jednak, że dokładnie tak miało być, że decyzja była słuszna, upewniała ją w tym jego obecność w jej łóżku. Nie wyobrażała sobie bowiem życia bez tego mężczyzny, mimo tego, że kiedyś im nie wyszło.
Wymknęła się z sypialni po cichu, nie, żeby chciała go zostawiać, ale miała swoje obowiązki, którymi powinna się zainteresować. Pączki same się nie upieką, a klienci nie nakarmią.
Dlatego też tuż po szybkim prysznicu znalazła się w swoim królestwie, kuchni, gdzie zwyczajowo zaczęła przygotowywać pierwsze wypieki.
Przyjemny zapach roznosił się po cukierni, części mieszkalnej, a nawet ulicy. Zachęcał na pewno czarodziejów mijających to miejsce do tego, by wstąpili do środka. Miała jeszcze trochę czasu nim otworzą, nie pamiętała, które z jej pracowniczych słoneczek ma dzisiaj na rano, ale nie specjalnie ją to martwiło. Dzisiaj się niczym nie przejmowała, bo jej życie nabrało kolorów. Kiedy smażyła pączki nuciła sobie pod nosem jakąś wesołą melodię, dawno nie miała takiego dobrego humoru.