Odetchnął po wydostaniu się ze środka i wzrok automatycznie skierował na miejsca cyrkowców. Miejsce, gdzie był bardzo niemile widziany. Tylko nie rozumiał dlaczego. A raczej - rozumiał, tylko nie chciał tego zaakceptować. W tłumie było źle, a kiedy chłód nocy pełzał po eleganckim garniturze i efektem był powstały na skórze dreszcz to okazywało się, że w samotności również nie było lepiej. Dreszcz był przyjemny, bo ta letnia noc zapowiadała się przepięknie. Była tylko trochę brzydsza od całego piękna, jakie Blackowie zgromadzili, żeby to przyjęcie wystawić.
Rodolphus Lestrange wcale nie wyróżniał się wśród gości. Z elegancką czernią i marmurową postawą, gdyby Laurent minął go wśród tych niesamowitych osobistości, mógłby zagubić tego charyzmatycznego człowieka. Mimika wykuta z kamienia, zdystansowane spojrzenie, wyprostowane plecy. Tutaj się wyróżniał. A wyróżnił się w jego oczach głównie tym, że z pewnej odległości Laurent go pomylił. Sądził, że zobaczył Louvaina. Przez chwilę na niego spoglądał - samotną sylwetkę wsadzoną tutaj dla kontrastu ze zwiewną wilą. Osadzono demona do pilnowania anioła i wszystko było z tym w porządku. Byli w końcu dzisiaj na bardzo miłym, ciepłym przyjęciu, który wiązał dwie dusze ze sobą małżeństwem, a tymczasem nosili czerń, jakby ktoś umarł. Laurent nie lubił czerni. To znaczy - lubił, bo była pięknie elegancka, klasyczna, pasowała do wszystkiego i wszystko pasowało do niej. Natomiast nie lubił jej w takiej przesadzie, a na pewno wprawiała go w jeszcze bardziej depresyjny nastrój swoim natłokiem. Potrzebuję alkoholu. Dużej ilości alkoholu, ale może najpierw - ukojenie. Takim sposobem wyrwał się z zastoju i skierował swoje kroki ku niedoszłego Louvaina... a kiedy zobaczył, że to wcale nie on to nieco zwolnił... i zaraz wrócił do poprzedniego tempa. Skoro już te kroki postawił to nie wypadało mu się zatrzymać, nagle zawrócić - to byłoby niegrzeczne.
- Dobry wieczór. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? - Wyciągnął do mężczyzny delikatną dłoń, starając się wykrzesać ze swojego wnętrza jakiś uśmiech. Jakikolwiek. - Laurent Prewett. - Przedstawił się mężczyźnie dopiero, jeśli ta odpowiedź zwrotna była twierdząca... i nie odpychająca przy okazji. Już i tak wystarczyło, że intuicja mu podpowiadała: ten mężczyzna nie ma ochoty na towarzystwo. Z drugiej strony wybranie się na wesele i tkwienie na nim na siłę, jeśli się ochoty na to towarzystwo nie miało..? Może po prostu na kogoś czekał. A może chciał zapalić.

![[Obrazek: 55rG7le.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=55rG7le.png)