Skupiona do granic możliwości, czując każdy napięty mięsień we własnym ciele, Deborah posuwała się do przodu krok po kroku, ostrożnie, przy granicy mebli i nie wychodząc na bardziej otwartą przestrzeń tyłu sklepu. Wiedziała, że w środku byli ludzie — kilka klientów chcących załatwić coś na ostatnią chwilę i oczywiście właściciele oraz sprzedawcy — więc ostrożność nie pozwalała jej na odklejenie się od względnie bezpiecznej linii ściany i stanięcie na widoku zaatakowanych przez nich czarodziejów. Z resztą wciąż jeszcze była sama, irytująco długo nikt nie podążył jej śladem do wnętrza sklepu w celu wykończenia ocalałych.
To uczucie, które szumiało jej w uszach, to nie była panika. Raczej cień myśli o konsekwencjach czający się w tyle głowy; Deborah miała zbyt dobrą wyobraźnię, żeby nie okazywać ani odrobiny strachu, kiedy w biały dzień napadali na jeden ze sklepów na Pokątnej.
Wreszcie usłyszała kroki i pierwszy nerwowy odruch uniesienia różdżki nieco wyżej zastąpił uśmiech skryty pod maską. W tyle za sobą zobaczyła, jak jeden z nich wchodzi do środka przez wyrwę w ścianie. Ona dotychczas pozostawała cicho; nieznajomy za to natychmiast zaczął się rządzić w sposób, który przyprawiał ją o dreszcze. Bynajmniej nie strachu. Ekscytacja zapłonęła w jej skrytych w cieniu maski oczach. Ponieważ przyglądała się jemu i jego przedstawieniu zbyt długo, żeby można to uznać za rozsądne — zdążyła wyłapać moment, w którym coś wybuchło.
Reakcja była odruchowa. Szybka, ale czy dość szybka?
Deborah zrobiła agresywny krok do przodu i wytrzeliła sztywno wyprostowaną rękę w kierunku poruszającego się w ich stronę mebla. W dłoni pewnie trzymała różdżkę, która dawała złudne poczucie stabilności.
— Expulso — warknęła, celując w szafę. Zmieniła jej kierunek, ale nie miała pewności czy wystarczająco. Nie zdążyła też upewnić się, że wysoki Naśladowca ma wystarczająco dużo miejsca i czasu, żeby zająć się dręczonym dzieciakiem, bo kątem oka wyłapała kolejny ruch. Stałą teraz pośrodku pomieszczenia, odsłonięta na każdy atak z ukrycia. Zwinęła się zwinnie w miejscu, odwróciła na pięcie z szeroko otwartymi oczami; rozbieganym wzrokiem starała się znaleźć źródło zagrożenia. Wtedy czerwona wiązka zaklęcia minęła ją o cal, tuż przy prawym uchu. Wcześniejszy strach zniknął pod naporem adrenaliny. I wściekłości; te brudne szlamy miały na tyle czelności, żeby atakować ją? Ich? — Incarcerous!
Lina wystrzeliła z jej różdżki skierowanej prosto w szyję starszej kobiety, która ją zaatakowała. Dosięgła celu, Deborah poczuła satysfakcję odbijającą się w każdym calu jej ciała i świadomości. Sznur oplótł się wokół krtani i torsu kobiety, uniemożliwiając nie tylko rzucenie kolejnego zaklęcia z jej strony, ale też zaczerpnięcie tchu. Deborah mocniej zacisnęła palce na różdżce wciąż wycelowanej w napastnika, aż pobielały jej kostki. Całą siłą woli skupiła się na rzuconym zaklęciu, z każdą sekundą zaciskając linę na kruchym ciele starszej osoby. Niemal słyszała, jak trzeszczą jej stawy; choć może dźwięk ten podpowiadała jej tylko wyobraźnia.
Dziesięć. Dziewięć. Osiem… Ile sekund brakowało, żeby kark pękł z trzaskiem?
Deborah była w amoku. Nie myślała już wcale o konsekwencjach.
She was fragile like a bomb.