Czekał na Reginę, z którą współpracował już od dłuższego czasu, krążąc w kółko i nieomal wydeptując swoimi krokami ścieżkę na trawniku. Niecierpliwił się, choć z własnej winy pojawił się przed czasem, chcąc wyrwać się z Pokątnej. Lubił wędrować po lesie z Rowle, interesy z nią były o wiele przyjemniejsze niż ze starym Meadowsem, od którego pozyskiwali niektóre gatunki drewna.
Szlag by to, mruknął do siebie bezgłośnie, gdy odkrył, że zostawił papierosy w szacie roboczej w sklepie, podczas gdy miał na sobie zwykłą kurtkę. W końcu ostatnie pokłady cierpliwości i rozsądku uleciały z niego, gdy dostrzegł jakieś poruszenie w trawie. Cichy, nęcący głos w jego głowie podpowiadał mu, że to wąż, choć zwierzę mogło być czymkolwiek. Żołądek podszedł mu nieomal do gardła, więc wycofał się między drzewa w głąb lasu, licząc na to, że stworzenie spomiędzy źdźbeł nie podąży za nim. Oparł się o pień drzewa, przymykając na moment oczy i nasłuchując, ale nie słyszał już sunącego po ziemi stwora. Zagłuszało je brzęczenie drobnych skrzydełek, które wydobywało się z dziupli niedaleko jego głowy. Otworzył oczy, odskakując natychmiast i poczył, że coś szarpie go za włosy, piszcząc z uciechą. Co, do diabła, robiły chochliki w środku lasu?
- Regina?! - wrzasnął z nadzieją, że kobieta pojawiła się już w okolicy i go znajdzie. A potem rozpętało się piekło pełne szarpania i prób zabrania mu różdżki. Jakie było skuteczne zaklęcie na unieruchomienie tych małych bestii?