Ciemnowłosa nie miała bladego pojęcia o tym, że Vakel wcale szaleńczo nie kochał swojej żony, a że ją szaleńczo nienawidził. Nie wiedziała, że małżeństwo zostało zawarte właściwie wbrew jego woli, że tak wile czasu był pod wpływem naprawdę potężnej magii. Nie wiedziała też, że tak bardzo kojarzy mu się z własną żoną, że nienawidzi jej równie mocno. Do tej pory Vakel odnosił się do niej zawsze dobrze, Lestrange myślała, że to właśnie dlatego, że miała tak dobry kontakt z Annaleigh; nie sądziła, że to właśnie to, ten kontakt, pomimo wyraźniej różnicy wieku, okaże się gwoździem do trumny, że to właśnie dlatego i przez pewną zbieżność charakterów, Dolohow najchętniej widziałby, jak ktoś miarowo uderza twarzą Victorii o betonową posadzkę, a później zostawia ją tak na pastwę losu. Że wolałby, by sczezła – nawet jeśli tak w gruncie rzeczy nie była tak wyrachowana jak Ann i nie zrobiłaby tego, co robiła ona. Przyszła tu do Vasilija w dobrej wierze, nigdy nawet w najśmielszych snach nie przypuszczając tego, co faktycznie o niej sądził, choć tak na dobrą sprawę to znał ją bardzo powierzchownie.
– Vasilij, może wyciągam z tego dużo za dużo, może tylko sobie dopisuję scenariusz do tego, czego nie rozumiem, ale wytłumacz mi… Weszliśmy do Limbo… i weszliśmy tam przeze mnie. Czym był ten fioletowy dym, który widziałam tylko ja? Czym były obrazy, które przez niego zobaczyłam? Czym było to uczucie tak silne, że nie potrafiłam… że nie chciałam się oprzeć, jakby to był mój obowiązek, największa powinność tego świata pomóc kobiecie, którą widziałam w dymie? Pomóc… obronić. Musiałam ją obronić i szłam prosto w ogień i weszłabym w niego sama, albo prosto pod nogi wielkiego żywiołaka, gdyby mnie nie powstrzymali. Dlaczego wiedziałam że musimy wejść w ogień? Skąd to wiedziałam? Jestem oklumentką, a jednak nie poczułam nawet tknięcia w moją świadomość, ani głosiku, nic – czym więc to było? Czym, jeśli nie jakimś wejrzeniem w coś, czego ludzie widzieć nie powinni? Vasilij zastanawiał się, dlaczego niektórzy po tym zdarzeniu byli bardziej religijni, a nie na odwrót, a Victoria znała odpowiedź, a przynajmniej znała swoją odpowiedź, bo nie mogła mówić za innych. – Zawsze uważałam to wszystko po prostu za bajki, że tam nic nie ma, że nie ma nikogo. Nie uważam, że bogowie, jeśli jest ich więcej, są mściwi. Uważam, że są ponad tym, a my jesteśmy dla nich tylko mrówkami. Dlaczego mścić się na mrówkach i za co? – to znaczy wiedziała za co, sama trochę się bała mrówek, ale to był malutki lęk, nic poza tym. – Myślę, że są obojętni, bo nie jesteśmy w stanie im zaszkodzić. Jeśli tamta kobieta była odbiciem boga, którego całą osobą pragnęłam chronić, a później widzieliśmy ją całkiem rozpłataną, a jednak pomimo rozkładającej się hmm… fizycznej powłoki, o ile w Limbo cokolwiek może być fizyczne, ta nadal mogła się z nami porozumiewać, to… Ja sądzę, że bogowie nas nie opuścili, po prostu obserwują. Może z ciekawości? Co zrobimy z zasadami? Jak taki eksperyment może? A może cykl to tamta kobieta? Może to właśnie cykl przyjął fizyczną formę, żeby łatwiej nam to było pojąć? Może to nie bogini, może nie ma bogów, może jest tylko cykl, byt i niebyt jednocześnie – to wszystko to był tylko wyrzyg jej umysłu, zbitek myśli, teorii niepopartych absolutnie niczym, gdybanie i filozofowanie, by jakkolwiek wytłumaczyć obrazy, jakie widziała oczami… a może wcale nie oczami, a duszą. Albo coś jej podali i była na prawdziwym haju, tylko kiedy i gdzie, skoro jej towarzysze zdawali się być przynajmniej trochę bardziej odporni?
Musiała przyznać, że Vasilij miał trochę racji: skąd ta energia się bierze? Jak była odnawiana, dlaczego u jednych to działało, a u innych nie? Mówił z sensem, musiała się z nim zgodzić, dlatego zamilkła na dłuższą chwilę, ewidentnie zamyślona nad tym, co mówił.
– A co jeśli… hmm… Co jeśli po prostu ta energia jest do nas wysyłana i trzyma się nas tak długo, odnawia się tak długo, póki nasze procesy życiowe podtrzymują dla niej naczynie, którym jesteśmy? I do pewnego momentu jest w stanie się regenerować, tak długo, aż nie odczepi się od ciała i nie dotknie znowu Limbo przy naszej śmierci? Nie wiem – ciemnooka wyraźnie zmarszczyła brwi, próbując złapać jakąś myśl, która kręciła jej się po głowie, zresztą jak zawsze, jak jakiś temat ją zafascynował. Lubiła teoretyzować, lubiła też te teorie sprawdzać, o ile było ku temu podłoże. Zawsze była głodna wiedzy, już od szkolnych lat – milion myśli i milion pomysłów, niektóre były strzałem w dziesiątkę, a niektóre wielkim pudłem. – Może faktycznie coś stamtąd zabrałam. Ale… w takim razie czemu jestem tak zimna jak trup? – była nawet pewna, że zabrała, ale nie mogła się przecież przyznać, że nekromantka robiła na niej testy na początku maja, a wszystko wskazywało na to, że jakaś obca energia wypełniała jej ciało. Zaś co z jej własną energią? Straciła ją? Zniknęła? Skryła się przyćmiona tą nową? Nie wiedziała. To były kolejne pytania bez odpowiedzi, w większości gdybanie, bo naprawdę nie uważała, że Dolohov będzie znał na to odpowiedź. I nie oczekiwała jej, jak zresztą na większość rzeczy, jakie powiedziała. Myślała raczej, że może… może będzie coś wiedział, przypuszczał, ale z innego powodu: bo jak sam to nazwał, jego umysł mógł przebywać wszędzie na raz. – Jesteś w stanie coś na ten temat wyczytać? Cokolwiek? – nie wiem, z fusów? Z gwiazd, kurwa, z… z dłoni, z dupy Maryny, szklanej kuli, liczb czy czegokolwiek innego, choćby tego strumienia świadomości.