– Rozpiskę zacznijcie od kąpieli. Najlepiej wpisz ją w planie na… teraz – stwierdziła Charlotte, marszcząc lekko nosek i wpatrując się w psa. Był trochę brudny, a w dodatku, o zgrozo, mógł mieć pchły. Kelly nie była może pedantką, ale były rzeczy, których w swoim domu znosić nie planowała i pchły były jedną z nich. – I wyczesania go, tak porządnie, żeby potem nie walały się wszędzie jego kłaki, rozumiemy się? – spytała, a potem przeniosła spojrzenie na Jonathana Selwyna.
Bardzo zadowolonego z siebie Jonathana Selwyna.
Czasem uwielbiała tego człowieka, a czasem miała ochotę dźgnąć go nożem. Bywało, że oba pragnienia występowały jednocześnie.
– Mam nadzieję, że o szamponie dla psów i szczotce też pamiętałeś w tym szale zakupów. A jeśli przyniesiecie mi tutaj w następnej kolejności smoka, szczenię wilkołaka albo jakiegoś hipogryfa, to wyleci przez to okno, nie wiem tylko czy przed czy po Jonathanie, bo on wypadnie przez nie na pewno… oczywiście tylko czystym przypadkiem – oświadczyła, tak na wszelki wypadek, bo Jessie może i żartował z tym psem, ale Charlotte znając fantazję Jonathana wcale nie była przekonana, czy ten nie uzna, że zdobycie jakiegoś smoczego jaja z przemytu to doskonały pomysł. – Mógł wyczuć jakieś zwierzęta mające legowisko w pobliżu mostu – dodała odnośnie tego psiego samobójstwa, wzruszając lekko ramionami. Może w skałkach w pobliżu gniazdowały jakieś ptaki albo norki?
Zerknęła na nóż, kiedy spytano ją o zabijanie: nie była pewna, czy być zadowoloną, czy oburzoną z takich insynuacji.
– Nie obrażaj mnie, Johny, oczywiście, że nikogo nie zabiłam – zapewniła w końcu po prostu. – Przecież nie robiłabym tego we własnym mieszkaniu i to jeszcze nożem? Nawet za pomocą chłoszczyć bardzo ciężko spiera się krew z dywanów – wyjaśniła spokojnie.