Sprawa kuzynki dla Charlesa była zakończona, bo czegokolwiek ojciec by nie zrobił, nie zamierzał przepraszać jakiejś przypadkowej dziewczyny, której nie spodobał się prezent. To nie była jego wina i nie on powinien się kajać. Przeprosił te osoby, które powinien, zaś reszta powinna dorosnąć i poradzić sobie ze zranionymi uczuciami w inny sposób. Choćby zwrócić się do osoby, która te świeczki podarowała!
- Teraz to mnie topicie w gnojówce. - Podłapał metaforę brata, zwracając się znów do ojca. - Żałuję, że mimo tego wszystkiego, co robiłem, co ty zrobiłeś, tato... po prostu nie wystarczy być twoim synem. - Przyznał gorzko. W chwili, gdy pojawiły się problemy, przestał czuć wsparcie od ojca. Miał wypierdalać, miał wylecieć z rodziny, bo jaką wartość wtedy będą miały słowa Richarda, gdy zostanie zupełnie sam? Charlie nie widział ani razu jakiegokolwiek sprzeciwu wobec słowom Roberta, a i teraz, gdy najwyraźniej Richard sądził, że pomagał, to tak naprawdę wysyłał do pomocy Leonarda. - Kiedy już zastanowicie się nad ukaraniem Isaaca, to nie będzie mieć znaczenia. - Dodał. Bagshot mógł czuć się bezkarny, bo i taki był. Rodzina nie robiła żadnych kroków w stronę naprostowania sprawy. Nie zareagowali od razu, a teraz mogli nie reagować już wcale. Przegapili szansę na naprawienie sytuacji skupiając całą swoją złość na złej osobie. Minęło już zbyt wiele czasu, by choćby wystosować oświadczenie do prasy.
Charlie rzucił spojrzenie Sophie. Zapomniał o niej w natłoku emocji i być może zranił jej uczucia swoimi słowami, lecz zdał sobie sprawę, że mimo dobrych chęci, dziewczyna stała po drugiej stronie barykady. Nie zapomniał jej, jak zaatakowała go, zła za stan Roberta. Nikomu o tym nie powiedział, ale działanie jasno wskazywało, gdzie leży jej lojalność.
- Tak, Leo, dzięki. - Charles zgodził się bez zastanowienia, gdy brat postanowił wybrać się z nim na spacer po Pokątnej. Potrzebował głosu rozsądku, który powie mu, gdzie składać podania, a które miejsca sobie odpuścić. Co robić dalej. - Nie potrzebuję, żeby twój ojciec - słowa zabrzmiały jak oblega, gdy Charles zwrócił się do Sophie - zmieniał zdanie. Poradzę sobie sam, jeśli będzie trzeba. Chodź, bracie, wrócimy, gdy będziemy gotowi. Być może tylko po rzeczy, jeśli bogowie pozwolą. - Odpowiedział chłodno ojcu, gotów wyjść. Był gotowy do drogi.