Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Okres świąteczny wiązał się z przyjęciami, na których warto się było pokazać. Czystokrwiści lubili hucznie świętować sabaty, często towarzyszyły temu bale, i inne podobne wydarzenia towarzyskie. Większa część śmietanki towarzyskiej oczekiwała tego okresu, bo niemalże codziennie coś się działo.
Pogoda sprzyjała zimowemu świętowaniu, nastrój był wyjątkowo wyczuwalny w mroźnym powietrzu. Płatki śniegu tańczyły na zewnątrz. Jeszcze kilka dni temu raczej można było przyrównać zimowe poranki do czegoś zrobionego ze stali, jakby miały metaliczny smak i ostre krawędzie, jakby nie były stworzone dla człowieka, śnieg łagodził tą atmosferę. Otulał gałęzie drzew niczym ciepła pierzyna, zrobiło się przyjemniej, chociaż dni nadal trwały bardzo krótko. Ciemność nie miała litości, okrywała płaszczem świat wcześnie, to był jej czas.
Bal u Macmillanów miał być jednym z większych wydarzeń tego sezonu zimowego. Warto było zaznaczyć na nim swoją obecność, chociaż przez chwilę przemknąć między innymi czystokrwistymi. Panna Yaxley zdawała sobie z tego sprawę, i chociaż zdecydowanie wolałaby spędzać ten wieczór w rodzinnej rezydencji w Walii, z kubkiem grzanego wina w dłoni, siedząc najpewniej przed kominkiem, to nie mogła się tutaj nie pojawić.
Myślała o tym grzanym winie nawet kiedy przemierzała parkiet w poszukiwaniu kolejnego kieliszka whisky. Wydawało jej się nawet, że czuje zapach goździków w powietrzu i pomarańczy, musiała jednak wrócić całą sobą do tej sali balowej. Nie mogła bujać w obłokach. Jakoś tak się złożyło, że zjawiła się tutaj sama. Próbowała znaleźć jakieś znajome twarze, ale na parkiecie było tłoczno, co dosyć mocno to utrudniało.
Jako, że była wysoka nie miała problemu z tym, żeby zlokalizować bar, chociaż tyle jej się udało. Skoro wokół było tyle ludzi, to oznaczało, że nie piła sama, prawda? Starała się nieco wybielić przed samą sobą.
Tak naprawdę nie do końca pewnie czuła się pewnie między tymi wszystkimi poważanymi arystokratami. Musiała uważać na to, co mówi. Pilnować się, żeby nie palnąć jakieś głupoty i nie zostać ocenioną jako idiotka - mogło to nie sprzyjać temu, jak inni widzieli jej rodzinę, jedynie przez to martwiła się tym, jak mogą odebrać ją inni. Rodzina była dla niej najważniejsza.
Udało się jej jakoś przemknąć do tego nieszczęsnego baru. Odetchnęła z ulgą, gdy znalazła się przed ladą. Bezpieczne miejsce. O ile nie nawinie się jej pod nogi ktoś, kogo nie chciała spotkać. Dopiero teraz, oparta plecami przez ladę mogła docenić piękno dekoracji, które ozdabiały salę. Ktoś naprawdę przyłożył się do sprawy, wystrój przypominał bowiem ten na zewnątrz, na suficie mieniły się gwiazdy (najprawdopodobniej była to jakaś magiczna iluzja), a reszta dekoracji była biała. Dostrzegła śnieg, miała ochotę wsadzić w niego rękę, żeby sprawdzić, czy jest zimny. Gdzieniegdzie na suficie można było zauważyć jemiołę i ostrokrzewy, które powodowały, że pomieszczenie nie wydawało się być przesadnie białe.
Gdy skończyła podziwiać te piękne dekoracje odwróciła się znowu w stronę baru. Nim odezwała się do mężczyzny, który bardzo sprawnie mieszał drinki poprawiła swoją sukienkę, bo jedno z ramiączek jej się zsunęło. Nie do końca dobrze czuła się w takich oficjalnych strojach, ale miejsca jak to wymagały odpowiednich ubrań. Jej suknia, która sięgała niemal do ziemi była w kolorze butelkowo-zielonym, jej ulubionym, szyta oczywiście na zamówienie u Rosierów, bo trudno było dostać coś oficjalnego w pierwszym, lepszym sklepie na kogoś jej gabarytów. Długie rozcięcie ciągnęło się jej od samego dołu niemalże do końca uda. Wiele by dała, aby ta suknia nie była tak bardzo obcisła i nie ograniczała jej ruchów, trochę żałowała, że nie wybrała czegoś innego, jednak teraz nie miała już innego wyjścia, jak jakoś przeżyć ten wieczór. Nie zamierzała zresztą długo tutaj zostać. Macmillanowie ją widzieli, przywitała się z nimi na samym początku, zaznaczyła swoją obecność, więc wykonała swoje zadanie.
Nie miała jednak zamiaru odmówić darmowego alkoholu, nie, żeby nie było ją stać na trunki, ale te za niektóre nie musiała płacić zawsze smakowały jakoś lepiej. - Podwójną ognistą, poproszę. - Rzuciła chrapliwym głosem do mężczyzny, który stał za barem, ubrany był w całkiem gustowny, biały smoking. Na czoło Ger spadło pasmo włosów, próbowała je zdmuchnąć, aby nie wchodziły jej do oczu, że też one musiały być tak bardzo niesforne, jak i ona. Najwyraźniej upięcie nie zamierzało przetrwać całej nocy.