Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Przemierzała w ciemności uliczki Nokturnu. Smród unosił się w powietrzu, jak zawsze. Bez względu na porę roku to miejsce było chyba skazane na ten nieprzyjemny zapach. Śnieg skrzypiał jej pod nogami, miała wrażenie, że z każdym krokiem coraz głośniej. Było mroźno, całkiem malowniczo nawet jak na Nokturn, chociaż śnieżyca wydawała się przybierać na sile. Wiedziała bardzo dobrze dokąd zmierza, czuła chłód rozchodzący się po jej ciele. Nie znikał, musiała się ogrzać, jednak wypadałoby nim to zrobi dostarczyć truchło, które miała przy sobie jego nowemu właścicielowi. Wcale nie tak łatwo było się przemieszczać w miarę cicho z ogromnym błotoryjem na plecach, na szczęście mrok i śnieg byli jej przyjaciółmi. Mało kto miał ochotę wychodzić na zewnątrz, kiedy panowała taka zawierucha.
Przejechała po swoim policzku lewą dłonią, czuła, że ma na nim zaschniętą krew, aczkolwiek tutaj nie powinna się tym przejmować. Księżyc oświetlał jej drogę, gdy zmierzała w kierunku jakże uroczego miejsca jakim był Biały Wiwern.
Nie czuła się nieswojo, może powinna, ale dosyć często trafiała na Nokturn z racji na swoją profesję. Był pełen osób, które potrzebowały ludzi jak ona. Takich, którzy mogli im dostarczyć wszystko to, czego potrzebowali od ręki, bez zbędnych pytań. Nie ujmowało jej świadczenie tych usług, najważniejsze, że odpowiednio płacili za jej zaangażowanie.
Udało jej się dotrzeć do drzwi Wiwerny. Otworzyła je z hukiem, a raczej hulający na dworze wiatr jej w tym pomógł. Wcale nie zrobiła tego umyślnie, wolałaby nie zwracać na siebie uwagi wszystkich osób, które siedziały w środku tej obskurnej knajpy. Póki co mało kto mógł dostrzec jej twarz, chowała się pod głębokim kapturem który miała naciągnięty na głowę. Kilka pojedynczych pasm włosów opadało jej na twarz posklejanych przez roztapiający się śnieg. Uwagę mógł przykuwać jej wzrost i pakunek, który miała ze sobą.
Nie martwiła się tym jednak zbytnio, osoby które znajdowały się w środku dosyć szybko wróciły do rozmów które prowadziły. Ona skierowała się ku stolikowi, który znajdował się w kącie, z dala od większości. Szła w jego stronę pewnym krokiem, jakby bardzo dobrze znała drogę. Nie musiała się przy tym rozglądać. Dopiero gdy znalazła się w miejscu, które uznawała najwyraźniej za bezpieczne, bo nie sięgało to zbyt wiele światła zdjęła z siebie płaszcz i zawiesiła go na oparciu krzesła. Teraz musiała czekać, miała jeszcze jakąś godzinę nim pojawi się jej klient. Mogła się rozgrzać, to chyba było najodpowiedniejszą czynnością na tę chwilę.
Miała świadomość, że napije się tu niczego ciekawego, skinęła jedynie barmanowi wzrokiem. Po chwili pojawił się przed nią z jedną pustą szklanką i butelką whisky. Nie była to ognista, bardziej jakiś samogon, który miał przypominać złocisty trunek. Nie zamierzała jednak wybrzydzać. Kiedy położyła dłoń na butelce, którą miała zamiar otworzyć zobaczyła, że jej knykcie są czerwone. Znowu zapomniała ubrać rękawiczek, na dłoniach też miała wiele śladów po zadrapaniach, najwyraźniej ta walka z błotoryjem wcale nie należała do najprostszych, oczywiście zwalała wszystko na warunki atmosferyczne, które panowały aktualnie na zewnątrz.
Nalała sobie tych szczyn do szklanki, po czym wreszcie wsadziła papierosa w usta, nie była w stanie palić przy tym wietrze. Będzie mogła napawać się smakiem tytoniu w spokoju. Co jakiś czas spoglądała na drzwi, jej klient miał się pojawić za godzinę, tyle, że jeszcze nie miała pojęcia, jak wygląda. Lepiej pozostawać czujną. Dostała krótką notatkę, że mają się spotkać w tym miejscu, przy tym stoliku, gdzie zazwyczaj przeprowadzała swoje nie do końca legalne interesy.