• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 … 16 Dalej »
[02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise

[02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#31
09.09.2024, 21:09  ✶  

Geraldine nie rzucała słów na wiatr. Nigdy. Kiedy wspominała o tym, że potrafi wpakować się w kłopoty była z nim zupełnie szczera, nie powinno go to dziwić, szczególnie, że podczas tej rozmowy była już lekko wstawiona. Wtedy raczej rzadko kiedy potrafiła ukryć prawdę. Można z niej było czytać niczym z otwartej księgi, dlatego raczej wolała nie pić zbyt wiele przy osobach, których nie znała zbyt dobrze. Cóż, Ambroise mógł się więc jedynie upewnić w tym, że Yaxleyówna faktycznie nie do końca była jedną z typowych, czystokrwistych młodych dam. Zresztą pewnie już to zauważył, mało kto z arystokracji zapuszczał się nocą na Nokturn, a ona zachowywała się tu trochę, jak u siebie. Zdecydowanie nie była to pierwsza jej wizyta w tym miejscu.

- Żaden kryptonim, mam tu truchło błotoryja, pewnie jeszcze ciepłe. - Znowu nie zamierzała utajać przed nim prawdy, nie powinno się na te stworzenie polować w zimie, jednak to robiła, bo najwyraźniej ktoś bardzo mocno potrzebował tego martwego zwierzęcia. Zresztą nie było to specjalnie ważne, bo klient za chwilę miał skończyć podobnie do bestii, którą miała w swoim pakunku.

- Nie jest to do końca legalne. - Dopowiedziała, bo mógł tego nie wiedzieć. - Nie powinno się na nie teraz polować. - Kłusowniczka, mógł dopisać do listy opisujących ją słów. Oczywiście nie powiedziała tego w głos, bo nie znosiła się nazywać w ten sposób. Nigdy nie była szczególnie dumna akurat z tej części swojej pracy, ale ktoś musiał to robić, trafiło na nią. Na szczęście mało kto wiedział o tym, że pracuje też w ten sposób, nie do końca legalnie. Na pewno by się nią zainteresowali obrońcy życia magicznych stworzeń.

- Jak widać nie do końca wygodne. - Gdyby bardziej interesowała się swoimi klientami nie mieliby problemu z tym aby zidentyfikować tego mężczyznę. Był to jednak pierwszy przypadek, kiedy coś poszło nie tak, gdy powinęła się jej noga. Jak dotąd takie podejście się sprawdzało, zresztą nie zamierzała go też zmieniać przez tą jedną sytuację. Jak miała zajmować się nielegalnym handlem to tylko i wyłącznie w ten sposób. Zbyt wiele miała do stracenia. Rzadko kiedy w ogóle spotykała się z osobami, z którymi nawiązywała relacje biznesowe. Wolała zostawiać towar w losowych miejscach, podrzucać go niczym dziecko, którego nikt nie chce. Bezpieczeństwo i anonimowość, w tych nielegalnych przypadkach były dla niej najważniejsze. Ambroise był pierwszą osobą z kręgu arystokracji, która dowiedziała się o tej stronie jej działalności. Trudno, jakoś to przeżyje. Nie sądziła, żeby i on pojawił się tutaj przypadkiem, jeśli nie będzie się mieszał w jej biznesy, to ona nie będzie interesowała się tymi jego.

Zdawała sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. Gdyby leżący na łóżku mężczyzna miał jakieś szanse na przeżycie to Greengrass stałby już przy jego łóżku i robił jakieś medyczne sztuczki, zamiast tego ciągle znajdował się nad nią. Wiedziała co to oznacza, za chwilę będą mieli tu drugiego trupa.

Podniosła się na nogi, nieco zdenerwowana kiedy zadał jej kolejne pytanie. Skrzyżowała sobie ręce na piersiach, najprawdopodobniej w pozycji obronnej. - Nie kurwa, nie, nigdy jeszcze nikogo nie zabiłam. - Powiedziała nieco uniesionym tonem. Najwyraźniej czuła się odpowiedzialna za to, że mężczyzna nie przeżył. - To mój pierwszy raz. - Można było wyczuć gorycz w jej słowach. Nie była zadowolona z takiego obrotu spraw, no ale co się stało to się nie odstanie.

Mieli kilka opcji, mogli podrzucić go do jakiejś alejki, ale wtedy na pewno ktoś znalazłby go rano. Nie była to chyba najlepsza opcja. - Właściwie, jak to się stało, że tu z nim przyszedłeś? - Powinna zapytać o to wcześniej, póki co przecież nie podzielił się z nią tą informacją, a wydawała się jej być dość istotna.

- Możemy o transmutować w zwierzę i gdzieś przenieść, jest jednak lekki problem, ziemia jest zmarznięta, ciężko będzie wykopać dół, najlepiej, abyśmy udali się głęboko w las, żeby zwierzęta i ludzie go nie wyczuli. - Wpatrywała się w rannego, w sumie prawie martwego o którym rozmawiali. Jej spojrzenie było chłodne, zobojętniała gdy zaczęli rozmawiać o tym, co z nim zrobią. Ciekawe, czy ma rodzinę, czy ktoś będzie go szukał. Przeszło jej przez myśl.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#32
09.09.2024, 23:45  ✶  
Tak Merlinem a prawdą, Ambroise nie potrzebował tak szczegółowych wyjaśnień. Wystarczyłoby mu wiedzieć, że Geraldine upolowała magiczne stworzenie, które chciała przehandlować zanim wszystko się spektakularnie spierdoliło. Nie był aż tak głupi. Domyślał się, że zimą nie polowało się na zbyt wiele specjalnych gatunków. Raczej głównie na jelenie lub takie tam inne. Drugą wskazówką było to, że gdyby transakcja była legalna, nie spotykałaby się z nieznajomym czarodziejem w środku nocy na Nokturnie. Była kłusowniczką, ale nie nazwał tego na głos. Kim był, żeby ją oceniać.
- Jeden błotoryj wiosny nie czyni czy coś, szczególnie w środku zimy - wzruszył ramionami.
Tylko to przyszło mu na myśl jako zobrazowanie tego, że nie zamierzał oceniać Geraldine. Jak dla niego, jeden potwór mniej czy jeden więcej nie miały wiele zmienić. Greengrassowie byli znani z twierdzenia, że świat zwierzęcy był szkodnikiem świata roślinnego, więc Ambroisa nie ruszały polowania w okresie ochronnym. Jak dla niego, dużą część populacji można było odłowić nawet w samym środku zimy. Przeszkodą nie powinny być zakazy tylko na przykład obawa o odmrożenia i zamiecie śnieżne. Cała reszta nie musiała być regulowana.
Zgadza się. Był hipokrytą. W przypadku roślin, chciał je chronić niemal za wszelką cenę. Zwierzęta zazwyczaj stanowiły dla niego powód do niespecjalnego zadowolenia. Wyjątkiem były, oczywiście, te bardziej domowe. Lubił koty i papugi, umiarkowanie lubił psy lub drobne myszowate. Za to błotoryje albo inne bagnowyje? W tej chwili czuł, że jeśli nie zrobią niczego mądrego, on i Yaxleyówna będą jak para wyjców siedzących po pas w bagnie. Jednym słowem: bagnowyje (a przynajmniej tak sobie je wyobrażał).
- Niewiedza bywa darem - znowu wzruszył ramionami a one paskudnie go zabolały. Chyba powinien przestać to robić. - Pomyśl, że teraz wiedzielibyśmy, z kim zadarliśmy. To mogłoby nie być zbyt pomocne - zawyrokował.
Czasami wolał nie czuć paraliżującego lęku na myśl, że właśnie zaniechał bezcelowej pomocy synowi jakiegoś gangusa lub kogoś w tym stylu. Powinni dowiedzieć się, z kim mieli do czynienia, ale czy nie lepiej było po fakcie?
Teraz wolał działać, bo... ...uwaga... ...mimo że wielokrotnie stykał się ze śmiercią, taka sytuacja również dla niego była tym pierwszym razem. Z jakiegoś powodu sądził, że Geraldine mogła mieć więcej do powiedzenia w tym temacie. Nie miała.
- Mogłem się domyślić. Pierwsze razy zawsze są stresujące - stwierdził tak po prostu. Niespecjalnie przejmował się tym, że ją uraził. Bez przesady, mieli większe problemy.
Mogli, tak dla przykładu, zaliczyć również swoje pierwsze razy w pace. Pierwszy raz na przesłuchaniu w roli oskarżonych w Wizengamocie. Pierwszy raz z czyimś oddechem na karku i groźbą śmierci, ewentualnie nagrodą za głowę. Mogli mieć jeszcze wiele pierwszych razów zamiast tego niechybnego - pierwszego razu pozbywania się zwłok. Romantyczny wspólny wieczór. Nie ma co.
- Wpadłem na niego na powrocie do domu - odpowiedział bez zawahania, ale za moment się poprawił - a tak właściwie, on na mnie. Spadł ze schodów pożarowych na moją głowę. Przebudził się i mamrotał coś o Wiwernie, więc go tu zabrałem - niezadowolenie z powodu podjętej decyzji aż biło z tej wypowiedzi.
Nie musiał mówić, że zastanawiał się, co byłoby, gdyby nie bawił się w bohatera. Prawdopodobnie nic. Mężczyzny i tak nie dało się uratować. Ciągnął go tu na nic, nie był w stanie mu pomóc a teraz wkopywał się w poważne kłopoty, bo jegomość był bliski śmierci. To nie był plan na ten wieczór. Ani żaden inny, prawdę mówiąc.
- Na moją Knieję nie patrz - założył ręce na piersi tak jak ona chwilę wcześniej.
Nie, nie miał zamiaru chować obcego (prawdopodobnie) bandyty w swoim świętym miejscu. Nie mógłby tam chodzić z myślą, że cały czas kroczył w jakimś dystansie od nieoznaczonego, autorsko wykopanego grobu. Niedoczekanie. Musieli wybrać jakiś inny las. Znany, ale nie jego dom. W żadnym wypadku.
- Ziemia nie będzie problemem - zapewnił, nie pozostawiając pola do domysłów, że jako zielarz z dziada pradziada potrafił zajmować się takimi tematami. Ocieplenie gruntu miało być najłatwiejszą częścią zadania.
- Powiedz mi lepiej, jak zamierzasz osiągnąć tak wysoki poziom transmutacji w tak parszywych warunkach - spojrzał wprost na nią, bo ciągłe wpatrywanie się w umierającego było coraz bardziej przytłaczające.
Nie wątpił, że transmutacja była dobrym wyjściem, ale sam nie był z niej tak dobry, żeby móc to zrobić. Tym bardziej w pośpiechu i nerwach. Nie chciał jeszcze bardziej pokiereszować umierającego, zadając mu dodatkowy ból a czekanie na jego śmierć było na swój sposób makabryczne. Miał na języku to, co mógł z tym zrobić, ale jak do tej pory nie wychylał się z tą możliwością. Czym innym była niemożność pomocy a czymś innym jawne otrucie umierającego nawet po to, żeby oszczędzić mu męki.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#33
10.09.2024, 08:21  ✶  

- Dobrze, że nie należysz do tych pojebanych obrońców praw zwierząt. - Rzuciła jeszcze, bo miała świadomość, że było sporo osób które by się z jego słowami nie zgodziły. Nawet, gdy działała legalnie spotykała się z nieprzyjemnym wzrokiem ludzi. Była oceniana dosyć negatywnie przez to, czym się zajmowała. Przywykła do tego, chociaż nazywanie jej potworem nie należało dla niej do przyjemnych przeżyć, szczególnie, że sama zabijała bestie.

Ludzie doceniali jej działania dopiero, kiedy sami stawali się bezpośrednim obiektem szkody wyrządzonej przez magiczne stworzenia, kiedy stali z boku sprawy i ich to nie dotyczyło reagowali zupełnie inaczej. Jebani hipokryci.

Nie bez powodu Yaxleyówna nie była szczególnie rozmowna, gdy chodziło o to, czym się zajmowała. Nigdy nie wiedziała na kogo trafi, wolała więc darować sobie szczegóły, by przypadkowo kogoś nie urazić. Zresztą bez względu na to co gadali nadal robiła swoje, nie tak łatwo było spowodować, żeby praca jej zbrzydła. Za bardzo kochała niebezpieczeństwo i adrenalinę.

- Czy ja wiem? Moglibyśmy się przygotować na najgorsze, chociaż nie sądzę, żeby był jakąś grubą rybą. Może nie zauważą jego zniknięcia. - Mężczyzna leżący w łóżku nie wyglądał, jak ktoś, kto ma zbyt wiele do powiedzenia. Łudziła się, że nikt nie zauważy jego zniknięcia, albo że zrobi to odpowiednio późno. Upływający czas był w tym przypadku ich sprzymierzeńcem.

- Nie zawsze, pierwsze razy nie zawsze są stresujące. - Pamiętała, jak pierwszy raz wybrała się na polowanie, czuła wtedy tylko i wyłącznie dumę, że ojciec zabrał ją ze sobą. Później pierwszy mecz quidditcha, kolejne wspomnienie, które przynosiło same pozytywne emocje, mogłaby ich wymienić więcej, jak chociażby to, gdy schowana w schowku na miotły zbliżyła się do jednego chłopaka. Pierwsze razy wzbudzały w niej zazwyczaj ekscytację, a nie stres. Tym razem było jednak inaczej, bo nieprzemyślane działanie mogło przynieść konsekwencje, które wpływałyby na ich dalsze życie. Kochała wolność i prędzej by się zabiła, niżeli pozwoliła złapać.

Ambroise najwyraźniej nie miał problemu z tym, aby podzielić się tym jak właściwie wpadł na tego jegomościa, co zabawne wpadnięcie było idealnym określeniem tego, jak się spotkali. Słuchała uważnie tego, co miał do powiedzenia. Teraz rozumiała coraz więcej. - To przez to byłeś taki zamroczony. - Stwierdziła fakt. Podeszła bliżej niego, chciała się upewnić, że nic już mu nie dolega. - Dalej coś cię boli? - Ton jej głosu znowu się zmienił, nie była już taka wkurzona. Dobrze było wiedzieć, że jej partner w zbrodni jest w stanie jej pomóc, a może też chodziło o coś więcej, może zmartwiła się, że mogła mu się stac krzywda.

- Szkoda, że go tam po prostu nie zostawiłeś. - Wtedy byłoby łatwiej, ona nie wiedziałaby o tym, że jej klient umierał w jednej z ciemnych uliczek Nokturnu, a on nie musiałby się przejmować tym, że nie mógł go uleczyć. Jego chęć pomocy przyniosła komplikacje, które mogły mieć wpływ na ich życia. Siedzieli w tym bagnie razem i musieli znaleźć jakieś rozwiązanie, które będzie jak najmniej bolesne, które pozwoli im żyć dalej, jakby nigdy nic.

- Nie zakopuje się swojego trupa w swoim własnym ogródku. - To było oczywiste. Tak samo nie zamierzała zabrać go do Walii, do lasów przy jej rodzinnej rezydencji, wtedy bez problemu można było połączyć truchło z ich rodzinami.

- To jeden problem z głowy. - Cóż, ona miała średnie doświadczenie jeśli chodzi o ziemię, mogła się spodziewać, że Greengrass wręcz przeciwnie. Słyszała przecież o tym, że zajmują się roślinami, ziemia była dość ważnym elementem jeśli chodzi o ich hodowlę.

- Jak to jak? Co to za różnica jakie warunki. Tak się składa, że akurat transmutacja to moja mocna strona, bez problemu to zrobię. - Była bardzo pewna siebie, ale cóż, akurat ta dziedzina magii nigdy nie była dla niej specjalnie skomplikowana. Nauczyła się transmutować w zwierzę, sama siebie, była nielegalnym animagiem, o czym nie zamierzała mówić jeszcze swojemu towarzyszowi, zaklęcia zmieniające innych w zwierzęta były mniej skomplikowane. - Więc drugi problem z głowy. - Póki co odhaczanie zadań na liście szło im całkiem nieźle.

- Musimy go dobić, mam to zrobić? - Spojrzała na niewielki sztylet, który mienił się u jej bioder. Jeden szybki ruch i mężczyzna odejdzie z tego świata. Tak, czy siak był martwy, mogli tylko skrócić jego cierpienie.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#34
10.09.2024, 11:36  ✶  
Wzruszył ramionami. Bez słowa, bo nie było czego dodawać. Był tak daleki od mentalności obrońców praw zwierząt jak mógł. Nawet jego nazwisko mówiło samo za siebie. Nie zamierzał ratować zagrożonych gatunków, więc na co mu było prawienie morałów.
- Moglibyśmy być rozproszeni i popełnić głupi błąd, bo strach opętałby nam mózgi - odrzekł poważnie. - I tak dotrze do nas, kto to jest. Prędzej czy później. Wtedy będziemy mieć okazję do drugiego spieprzenia sprawy.
Nie raz widział efekty panicznego lęku przed konsekwencjami. Nie chciał się szykować na najgorsze, bo to by znaczyło, że najgorsze miało nadejść. Gruba ryba czy nie (nauczył się nie oceniać po pozorach) wolał zastanawiać się po fakcie. Mleko było rozlane. Wymagało sprzątania a to należało robić z głową. Nie mogli zostawić żadnych dostrzegalnych śladów. Ambroise nie łudził się, że mieli całkowicie wyczyścić wszystkie, ale przy dobrym rozplanowaniu mogli zminimalizować sugestię swojego udziału. Niech to zostaną sprawy gangów z Nokturnu.
- Super, więc postaraj się myśleć, że to coś takiego - powiedział poważnie, wcale nie w żartach.
Wiedział, że pierwsze zajmowanie się czyimś trupem na zawsze zapisuje się w pamięci. On nie zapomniał swojej pierwszej śmierci, a to był tylko (i aż) pacjent w Mungu. Geraldine była w dużo słabszej sytuacji. Kiedy on musiał odwieźć zwłoki do kostnicy, ona musiała wynieść je z nim po kryjomu z zaludnionej części Londynu w jakąś głuszę. Dobrze, że mieli jasność, że nie wybierali żadnej przy ich domach.
- Ja też kurewsko żałuje, że nie poszedłem do domu, uwierz mi - odpowiedział twardo. Nie chciał prowadzić dyskusji na temat własnej głupoty, szczególnie że wtedy był zamroczony i nietomny. - Rozumiem, że znasz jakieś miejsce - nie pytał. Skoro polowała, musiała mieć kilka takich lokalizacji. To nasunęło mu dodatkową myśl. - Musimy pozbyć się też tego twojego błotoryja, ale w innym miejscu. Nie możemy go tu zostawić, nie możemy pochować go razem z trupem ani nie możesz go zabrać do domu - nie miał zamiaru słuchać sprzeciwu. Jeśli ktoś by ją spytał o efekty polowania, musiała przyznać, że kompletnie zawiodła i nic nie upolowała. Wróciła z pustymi rękami, dlatego poszła pić na Nokturnie. Całkiem przypadkiem wpadła na niego i jego pijanego kolegę, reszta była historią. Wszyscy popili jeszcze chwilę na górze i rozeszli się do domów.
Nikt nie był ranny, nikt nie czuł się źle od niczego innego niż alkoholu, nawet jeśli Ambroise postanowił być z nią przez chwilę bardziej szczery i przyznać:
- Wszystko mnie boli. Poradziłem sobie eliksirami, ale mamy tylko kilka godzin zanim zaczną schodzić. Przestanie być miło, wtedy wolę być już sam w domu - powiedział, tonem głosu sugerując, że nie chce wdawać się w dalsze dyskusje odnośnie swojego stanu zdrowia.
Nie potrzebował dalszej litości. I tak nie czuł się dobrze z tym, że musiała się nim zajmować, nawet jeśli i tak nie byłaby wtedy w stanie pomóc rannemu.
- To mamy ustalone - powiedział spokojnie, zgadzając się na ten cały plan.
Nie poznawał własnego głosu. Już nie majaczył, ale wypowiedziane słowa brzmiały, jakby dotarły do niego od strony kogoś obcego. Słyszał je, jakby czwarta osoba stała gdzieś obok nich w pokoju. Nie miał traumy. Nie zgadzał się z przekonaniem, że powinien ją mieć na myśl o tym, co robili. Ten człowiek miał umrzeć niezależnie od ich czynów. Musieli się obronić. Trupa nie obchodziło, co się działo, ale oni mogli mieć poważne kłopoty rzutujące na ich dalsze życie. Należało działać, nawet jeśli to było trudne.
Nie wnikał w umiejętności Geraldine tak jak ona nie wnikała w jego. Skoro mówiła, że może transmutować zwłoki, mogła transmutować zwłoki.
- Nie - wziął głęboki wdech. Na tyle, na ile pozwalały mu płuca, oczywiście, co dla innych byłoby tylko płytkim zaczerpnięciem powietrza. - Ja to zrobię - pokręcił głową.
Geraldine może umiała zabijać zwierzęta. Pewnie nie raz dobijała jakieś podczas polowania. A jednak to było coś innego. Pierwszy raz robienia tego człowiekowi. Nawet w dobrych intencjach, żeby ukrócić jego męki, to nie było takie proste. Ambroise zamierzał wziąć to na siebie. Był mężczyzną. Poza tym lepiej znał się na medycynie. Czasami uczestniczył w sekcjach zwłok, więc wiedział, co miało być bardzo zauważalne. Ten sztylet, na który patrzyła Yaxley był ostatnim, co powinni wykorzystać a jej kobieca, wprawna dłoń byłaby dodatkowym obciążeniem. Zadałaby inny rodzaj obrażeń od tych odniesionych przez czarodzieja. Dokładnie tak jak eliksir, który utrzymałby się w jego ciele przez dłuższy czas.
Greengrass nie czuł się na siłach, żeby to tłumaczyć. Psychicznie nie był skory do tego, aby odbierać życie zamiast je ratować, ale nie mieli wyjścia. Uniósł dłoń w powietrze na znak, że potrzebuje jeszcze dosłownie chwili. Najlepiej wypełnionej milczeniem, choć dźwięk bicia własnego serca robił się trudny do zniesienia. Nie sądził, że będzie decydować o sposobie zabicia kogoś tak na zimno. Dopuszczał możliwość, że kiedyś kogoś zabije, ale zawsze myślał o tym jako o samoobronie. Czym innym było morderstwo w emocjach, czym inny zimny osąd, jak dobić człowieka.
- Na pewno nie chcesz wyjść na chwilę na korytarz? - Czuł się zobowiązany o to spytać.
Zostając tutaj podczas tego aktu, stawała się jeszcze bardziej współwinna. Mimo że chwilę wcześniej sama chciała zakończyć żywot rannego, Ambroise wciąż dawał jej szansę nie bycia świadkiem tej czynności.
W głowie już wybrał metodę egzekucji...
...a potem udusił mężczyznę poduszką, naciskając mu na tchawicę i odcinając wszelki dopływ powietrza z każdej strony. Ranny nawet nie wierzgał.
Odszedł, a jednak gdy Greengrass uniósł poduszkę, z nosa trupa popłynęła krew.
Miał ją na rękach. Dosłownie i w przenośni.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#35
10.09.2024, 12:43  ✶  

Cóż, jeden problem miała z głowy. Jako, że nie wydawał się przejmować zwierzętami na które polowała, to powinna bez przeszkód kontynuować swoją nielegalną działalność. Jasne, mogłaby przestać to robić, nie ucierpiałaby na tym za bardzo finansowo, ale na pewno by jej tego brakowało. Przyjemność sprawiało jej prowadzenie tych interesów, wprowadzało nieco chaosu i nieprzewidywalności do jej życia, a tego na pewno by jej brakowało. Lubiła stąpać na krawędzi, ryzykować, nie wytrzymałaby bez takich emocji.

- Strach bywa przyjacielem. - Rzuciła jeszcze w eter. Nie widziała nic złego w poczuciu lęku, sądziła, że może przynieść coś dobrego, powodował, że nie lekceważyło się przeciwnika, tylko chciało się jak najlepiej przygotować do finału, tak aby go przezwyciężyć i wygrać ostateczne starcie. - Nic już więcej nie spieprzymy. - Dodała ze sporą dozą pewności w głosie. Na pewno nie zamierzała tego powtórzyć, kolejne kroki będą zaplanowane, nie mogli sobie bowiem pozwolić na kolejne potknięcia. Trochę przerażało ją to, że są w tym razem. Nigdy bowiem z nikim nie musiała współpracować, zazwyczaj podejmowała wszystkie decyzje samodzielnie i to ona była odpowiedzialna za to, jak wyglądało zakończenie. Tym razem nie mogła sobie na to pozwolić, miała świadomość, że ich życia zostały splecione ze sobą na zawsze, kto wie, kiedy ktoś postanowi wrócić do tej sprawy, o ile w ogóle. Mimo wszystko powinna mieć Ambroise'a blisko siebie, przynajmniej jak na razie.

- Wolałabym jednak w ogóle o tym nie myśleć. - Tak było prościej. Nie zastanawiać się, działać instynktownie, ogarnąć burdel, a później najlepiej o tym zapomnieć. Wydawało się proste do realizacji, przynajmniej z pozoru. Yaxley nigdy nie odebrała nikomu życia, na pewno więc odczuje to dosyć mocno. Będzie się tym jednak przejmować dopiero w domu, wlewając w siebie kolejne szklanki whisky. Wiedziała, że tak się to skończy. Trochę pocierpi, a później się ogarnie, jak za każdym razem. Nie istniało nic co mogłoby ją złamać, a przynajmniej tak powtarzała sobie w głowie, dopóki nie uwierzyła, że faktycznie tak jest.

- Mniejsza o to. - Nie było im na ręke dyskutowanie o tym, że którekolwiek z nich postąpiło nieodpowiednio. On mógł pójść do domu, a ona siedzieć przy swoim stole. Proste, tyle, że tego nie zrobili.

- Tak, znam, pójdziemy do Little Hangleton, w głąb puszczy, daleko za przeklęty zagajnik. - Najwyraźniej już zadecydowała. Było to miejsce, gdzie nikt o zdrowych zmysłach się nie zapuszczał. Będą mieli pewność, że trup nie zostanie szybko znaleziony, a jeśli nawet kiedyś ktoś na niego wpadnie to zaczną od poszukiwań wśród okolicznych czarnoksiężników, a było ich tam wielu. To było odpowiednie miejsce.

- Na pewno szybko znalazłby się ktoś, komu by się przydał, ale jak chcesz. Możemy go też zakopać. - Trochę szkoda jej było marnować składniki, ale jeden martwy błotoryj nie był wart ryzykowania tego, że ktoś powiąże ją ze sprawą. W tym wypadku jednak mogli zostawić go w którymkolwiek lesie po drodze, większe zwierzęta go zeżrą.

- Jesteś pewien, że poradzisz sobie sam? - Zapytała jeszcze mierząc go wzrokiem. Wolała się upewnić, że faktycznie jakoś dojdzie do siebie. Najlepiej, aby nikt spoza tego pokoju nie widział w jakim był stanie, bo mogą pojawić się pytania. Musiała uzyskać szczerą odpowiedź, bo będzie się pewnie nad tym zastanawiała jeszcze długo.

- Tak, oby wszystko poszło według ustaleń. - Plan nie był specjalnie trudny do realizacji, powinni sobie z nim poradzić bez mniejszego problemu, a jeśli jakieś się pojawią, to też trzeba będzie je wyeliminować, jak tego człowieka. Jeszcze kilka godzin temu nie spodziewałaby się w ogóle, że skończy w takim bagnie.

- Jak wolisz. - Nie miała zamiaru wchodzić mu w paradę. Próbowała wziać to na siebie. Wepchnięcie noża w czaszkę człowieka nie powinno różnić się za bardzo od wsadzania ostrza w błotoryja, czy inne zwierzę. Robiła to wiele razy, miała świadomość, że pozostawiłoby to ślady, mogło powiązać ją ze sprawą jeszcze bardziej, ale nie była jedyną osobą na ziemi, która potrafiła się posługiwać sztyletem. Takie rzeczy się zdarzały, ludzie odbierali innym życie.

Odsunęła się ponownie do ściany, oparła się o nią, aby dać mu przestrzeń. Któreś z nich musiało to zrobić, on wziął to na siebie. Sama nie wiedziała, czy powinna być mu za to wdzięczna, tak czy siak czuła się odpowiedzialna za to, że rannego spotka śmierć. To, że któreś z nich musiało go dobić nic nie zmieniało.

- Nie. - Powiedziała krótko. Byli w tym razem, nie zamierzała odwracać wzroku. Skoro tak łatwo przyszło jej dyskutować o tym, gdzie go pochowają, musiała również stawić czoła tej drugiej części, gorszej od samego planowania.

Nigdy nie zakładała, że kiedyś kogoś zabije. Znaczy wiadomo, chodziły jej po głowie różne myśli. Spodziewała się, że kiedyś może być zmuszona do tego, aby się bronić, może nawet do ostatniej kropli krwi. Często wchodziła w drogę nieodpowiednim ludziom, nie spodziewała się jednak, że zdarzy się to tak szybko. Czy ten pierwszy raz już warunkował to, jakim będzie człowiekiem? Czy mógł być też pierwszym i ostatnim? Będzie się nad tym zastanawiała później.

Wstrzymała powietrze w płucach, gdy Ambroise zbliżył się do mężczyzny. Przyłożył poduszkę do jego twarzy. Nie sądziła, żeby go to bolało, pewnie ta rana w brzuchu była zdecydowanie bardziej kłopotliwa.

Obserwowała ciało znajdujące się na łóżku, nie spodziewała się, że ranny będzie, aż taki bierny, ale przecież był w naprawdę chujowym stanie. Powinna się tego spodziewać. Po dłuższej chwili ciszy podeszła jedynie po cichu do swojego towarzysza niedoli i uścisnęła do delikatnie w ramię, musiała mu pokazać, że jest tu z nim. Nie wydawało się jej bowiem, że to też była dla niego normalność.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#36
10.09.2024, 13:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2024, 13:52 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
- Toksycznym - nie zgodził się z nią tak do końca. Nie przeczył, że strach bywał przyjacielem. Jeśli tylko można było tolerować, że fałszywym. - I bardzo kiepskim doradcą - dopowiedział znacznie ciszej.
Geraldine mogła uważać swoje. On miał własne przekonania a strach nie zrobił w jego życiu nic dobrego. Towarzyszył mu często. W pewnym stopniu rzeczywiście jak dobry przyjaciel. Niestety ten sam kompan podszeptywał mu do ucha rzeczy, które nie zawsze pokrzepiały serce. Podpowiadał mu rzeczy, które niemal nigdy nie były dobre. Podsycał lęki i nerwowość, więc Ambroise nauczył się ignorować te wskazówki. Tylko spokój był coś warty. Ekscytacji również nie ufał.
- Tego się trzymajmy - potwierdził w zamiarze zrobienia wszystkiego, aby ten plan wypalił.
Z jednej strony byli w tym razem. Mógł liczyć na jej pomoc i dodatkową parę rąk a także osąd umysłu. Nie cały ciężar spoczywał mu na barkach, jednakże tak właśnie czuł się Ambroise. Nie chodziło o to, że nie ufał Geraldine. Wierzył jej na tyle, na ile wypadało. Sądził, że kobieta ma dobre intencje (o ile można było mówić o dobrych intencjach w planach zamordowania kogoś) i był w stanie zawierzyć temu na solidne siedemdziesiąt procent. Dlaczego siedemdziesiąt? Bo nadal nie za dobrze się znali. Nie władowali się w to jako dwoje nieznajomych, ale nie byli dobrymi przyjaciółmi. Ponadto oboje robili interesy na Nokturnie a to oznaczało, że każde było równie egoistyczne co te drugie. Ich współpraca musiała opierać się na solidnej dozie zwątpienia. Dał mu jakieś dwadzieścia procent.
Pozostałe dziesięć było na dodatkowe przypadki. Wbrew wszelkim planom (on wolał myśleć o planach, choć pozwolił Geraldine twierdzić inaczej) coś zawsze zależało od przypadku. W tym całym nieszczęściu musieli liczyć na jakiś łut szczęścia, bo inaczej mogło im się sromotnie nie powieść. W ich planie ziało sporo luk. Drwiły sobie z nich, bo nie byli w stanie ich wypełnić. Nie mieli czasu na łatanie wszystkich dziur, które mogły się nie powieść.
- Okay. Jeśli tak to przedstawiasz - nie zamierzał dyskutować.
To był plan jak każdy inny. Wspomniany las był gęsty, mroczny i nie przyciągał zbyt wielu ludzi a przynajmniej nie takich, którzy mogliby mieć związek z całą sprawą. Geraldine miała rację w swoim wyborze. Był najlepszy.
- Na twoim miejscu przystopowałbym na chwilę z błotoryjami. Znajdź sobie jakiegoś bagnowyja albo najlepiej przyczaj się na chwilę aż dojdziemy do tego, z kim byłaś umówiona - powiedział poważnie.
Nie zamierzał jej ustawiać życia. Ostateczna decyzja należała do Geraldine. Mimo to nie miał zamiaru zostawić jej samej z ewentualnym dociekaniem, z kim zadarli. Ten człowiek musiał mieć jakiegoś szefa. Należało przyczaić się i posłuchać, co z tego wyniknie.
- Zawsze radzę sobie sam - wzruszył ramionami.
Nie przywykł do tego, że ktoś się o niego martwił. Poza rodziną, jasne. To było dziwne uczucie. Nie był gotowy, żeby je analizować. To nie była chwila na zagłębianie się w swoje wewnętrzne uczucia. Musiał być poważny i niewzruszony. Jakikolwiek przejaw słabości mógł obrócić się przeciwko niemu a zatem także przeciw Geraldine.
Wolał, żeby wyszła na zewnątrz. Nie chciał, żeby to widziała. Nie musiała być uczestniczką takiego momentu, ale była dorosła. Sama wybierała swój los, nie mógł jej tego odmówić.
Gdy stał tak z krwią na rękach, czuł pustkę. Poszło szybciej niż zakładał. Ranny nawet się nie telepał, nie bronił się przed śmiercią. Przyszła po pacjenta i odeszła razem z nim. To, na co patrzyli, było tylko worem mięsa a jednak Ambroise nie mógł tak po prostu przejść z tym do porządku dziennego. Zabił człowieka. Odczuwał kompletny brak uczuć, ale to była wymowna pustka. Chłód i ciemność w ciele.
Niemal nie zauważył, że Geraldine podeszła bliżej. Odruchowo objął ją wolną ręką, czując ten uścisk na drugim ramieniu. Przez cały czas wpatrywał się w martwe ciało. To było co innego niż zazwyczaj. Teraz był mordercą, nawet jeśli nie on zadał te wszystkie wcześniejsze obrażenia. A Geraldine była jego wspólniczką w zbrodni.
- Niech po śmierci zazna więcej spokoju niż w życiu - mruknął poważnie, cicho i niemal niedosłyszalnie.
Nie znał tego człowieka. Nie czuł z nim związku emocjonalnego, ale to nie oznaczało, że było dużo łatwiej. Żadna tragiczna śmierć nie powinna przechodzić bez echa. Tymczasem ich największym zadaniem było, żeby ta przeszła.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#37
10.09.2024, 14:33  ✶  

Nie zgodziłaby się z nim w pełni. Strach potrafił wzbudzić taką siłę, która nie pojawiała się nigdy indziej, desperacja również. Nie przynosił za to zbędnego rozkładania problemu na części pierwsze, my albo oni, oni albo my, zawsze lepiej, gdyby wygrana była po odpowiedniej stronie, bez względu na to, co było na szali. Strach pomagał przekraczać granice, pewnie na wiele rzeczy nie zdecydowałaby się w swoim życiu, gdyby nie lęk. Nawet nie przeszkadzało jej to, że nie do końca mogła zastanawiać się nad konsekwencjami, nie w chwili, w której była zmuszona do podejmowania decyzji. Później zawsze był czas na znalezienie jakiegoś wyjścia, każdy problem da się rozwiązać, tego zamierzała się trzymać i tym razem.

- Tak, nie ma innej opcji. - Nie zakładała, że będzie łatwo. Ich sprytny plan został utkany w ledwie kilka minut, nie mieli czasu na dogłębną analizę, grunt, że nie spanikowali. Zachowali względny spokój i szukali rozwiązania sytuacji, w której się znaleźli. Łatwiej było knuć z kimś, odpowiedzialność za ewentualną porażkę leżała by wtedy po obu stronach, trochę ją to pocieszało. Nie dałaby rady pewnie sama poradzić sobie z tym wszystkim. Nawet dla niej to było zbyt wiele. Przywykła do śmierci, na tyle, na ile można było do niej przywyknąć. Nigdy nie zamierzała jednak zostać jej asystentką, trochę teraz czuła się jak pomagier. Ambroise mógł być pewien, że mężczyzna nie przeżyje, miał doświadczenie, ale co jeśli zdarzyłby się jakiś cud, jakoś udało mu się uciec z ramion Kostuchy? Nie dali mu nawet szansy tego sprawdzić, zadecydowali za niego. Fakt, mógł też tylko bardziej się męczyć, złagodzili jego cierpienia, świat nie był jednak czarno-biały. Na pewno będzie zastanawiać się jeszcze długo, czy postąpili słusznie.

Mogła poprosić go o to, aby połączyła ich przysięga wieczysta, wydawało jej się to jednak niepotrzebne. Nie wiedzieć czemu wierzyła, że nie będą wchodzić sobie w drogę. Zbyt wiele mieli do stracenia, postanowiła zaufać swojemu osądowi co do jego osoby. Jeśli postanowi z kimś się podzielić tym, co się wydarzyło, wtedy jakoś sobie poradzi, znajdzie kolejne rozwiązanie, zawsze znajdywała. Tym razem nie mogło być inaczej, chociaż czy na pewno? Zabicie człowieka było zdecydowanie najgorszą rzeczą, jaką zrobiła w swoim życiu, nawet jeśli intencje, które się za tym kryły nie były do końca tak oczywiste.

Zaakceptował miejsce o którym wspomniała. Nie wydawało jej się, żeby mogli znaleźć coś lepszego. Pierwsza myśl czasem bywała najlepszą. Niby mogli go zabrać gdzieś dalej, ale zwłoki będą najbezpieczniejsze nieopodal Lasu Wisielców, tego była pewna.

- Myślisz, że to naprawdę konieczne? - Trochę rozczarowały ją jego słowa. Jak miałaby się niby przyczaić? Może był to dobry moment na kolejną zagraniczną podróż, chociaż jej zniknięcie też mogło wywołać kontrowersje. Najlepiej byłoby jednak zostać na miejscu i po prostu siedzieć na dupie, zajmować się tymi sprawami, które były legalne. To wiązało się ze stagnacją, której nie znosiła, ile chochlików bowiem można wypędzać ludziom z domów? Nie po to zostawała łowcą, była stworzona do większych czynów.

- Tym razem tak nie będzie. - Wiele ich łączyło, te słowa ją w tym upewniły. Ona również zawsze radziła sobie sama. Nie chciała jednak, aby mężczyzna stojący przed nią wziął na siebie swoją winę. Byli wspólnikami w zbrodni, musiała tutaj zostać. Coby o niej nie mówić to miała swój honor i nigdy nie szła na łatwiznę, bez względu na to, czy mogłoby to pogrzebać jej reputację.

W pomieszczeniu panowała cisza, trochę ją to przerażała. Śmierć kojarzyła się jej raczej z bólem, krzykiem, walką. Ten umierający w łóżku odszedł raczej w spokoju, o ile w ogóle można było mówić o tym sposobie śmierci jako spokojnym.

Było coś niepokojącego w tym, kiedy stała tuż obok niego wpatrując się razem w ich wspólne dzieło - śmierć którą przynieśli. Poczuła zimny dreszcz przechodzący po jej ciele, teraz nie było już odwrotu, tak naprawdę dotarło to do niej dopiero teraz, kiedy wpatrywała się w martwie ciało.

Przusunęła wzrok na Ambroise'a, gdy objął ją ramieniem. Było jej kurewsko głupio, że musiał to zrobić sam, że wziął to na siebie, nie przywykła do tego, aby ktoś ją wyręczał. Przeniosła wzrok na jego dłonie, na których znajdowała się krew trupa, musiała doprowadzić go do porządku. Nie mieli czasu w tej chwili na sentymenty, kto wie, kiedy ktoś się nimi zainteresuje. - Usiądź tu, proszę. - Może łóżko tuż obok jeszcze ciepłego trupa nie było najlepszym miejsce, ale średnio mieli możliwość wyboru czegoś innego. Siegnęła po różdżkę, bo chciała zmyć z niego te ślady po morderstwie którego dokonali jego rękoma.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#38
10.09.2024, 15:13  ✶  
Domyślał się, że konieczność przyczajenia się nie była Geraldine na rękę. Może nie wiedział, czym dokładnie zajmowała się pod osłoną nocy, ale sądził, że to nie było coś, co łatwo przełknęła. Dopiero dzisiaj dowiedział się, że nie była zwykłą łowczynią a również kłusowniczką. Jej wizerunek damy coraz bardziej się zacierał. Mimo to Ambroise nie uważał, że traciła w jego oczach. Wręcz przeciwnie. Na swój sposób ją rozumiał. To dzięki temu rozumiał, że mogła być dużo bardziej niezadowolona niż okazywała na zewnątrz. Szanował jej zimną krew. Po chwili słabości wróciła do siebie i była w stanie myśleć o planie. Nawet, jeśli w zaciszu domu miała się podłamać, liczył na to, że jej załamanie nie odbije się na ich bezpieczeństwie.
- Współczuję - powiedział cicho.
Przyszła tu, żeby zarobić. Miała wyjść z tymczasową koniecznością zaprzestania tego, co lubiła robić. Greengrass wiedział, jak bardzo by to odczuwał, gdyby chodziło o jego własną praktykę medyczną. Odcięty od pracy, niemal na pewno zacząłby wariować. Nawet pozostając wyłącznie przy byciu uzdrowicielem w Mungu, wyraźnie odczuwałby brak innych możliwości. Ściany w domu zrobiłyby się zbyt ciasne niezależnie od tego, jak duża była posiadłość Greengrassów.
- Tak - potwierdził krótko po chwili milczenia.
Nie musiał wiele się zastanawiać. Jego sugestia nie była pomysłem ani luźną prośbą. To było coś  przy czym miał się uprzeć. Tak jak on nie zamierzał snuć się nocami po Nokturnie w najbliższych dniach (nie odpuszczał całej praktyki, ale był skłonny na chwilę zaprzestać wieczornych wypraw). Tak ona musiała odpuścić handel magicznymi stworzeniami. Przynajmniej na kilkanaście dni, może miesiąc lub dwa. Nie określał tego. Wiele zależało od najbliższych godzin.
- Nie obiecuj czegoś, czego nie możesz dotrzymać - powiedział z tą samą myślą, która towarzyszyła mu przedtem.
Następne dni miały zdefiniować ich całą przyszłość. Również relacji, jaką nawiązywali. Greengrass również mógł oczekiwać od niej przysięgi wieczystej, ale tego nie zrobił. Nie powiedział nic o takiej konieczności, nawet jeśli ją rozważał. Mogli do tego powrócić. Wiele mogło się zmienić. Już teraz wszystko zaczynało wyglądać inaczej.
Patrzył na świat innymi oczami. Oczami mordercy. Nawet jeśli wyłącznie przyspieszył nieuniknione, mogli zaczekać jeszcze przez jakiś czas. Gdyby nie goniła ich presja, być może byliby w stanie podjąć inną decyzję. Wiedział, że mężczyzna nie miał szans przeżycia drogi do szpitala. Nawet, gdyby od razu tam trafił z pominięciem Wiwerny. Mimo to Ambroise wciąż czuł się pusto. Inaczej niż zwykle, gdy obcował ze śmiercią.
Nie kłócił się. Bo i po co? Mógł wytrzeć ręce o ubrania (i tak były brudne) a potem poza domem spalić wszystko, co miał na sobie tej nocy. W posiadłości miał dostatecznie dużo rzeczy, w które mógłby się ubrać. Nie cierpiał na brak ciuchów ani pieniędzy, którymi mógłby pokryć koszt straconych ubrań. Mimo to nie próbował mówić o tym Geraldine. Odczuwał ciężką do nazwania pustkę, przez którą mało go to wszystko obchodziło. Nawet to, że usiadł obok kogoś, kogo przed chwilą zadusił na śmierć przy pomocy czegoś tak trywialnego jak poduszka.
Wyciągnął ręce przed siebie, dając Yaxley możliwość działania w tym zakresie.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#39
10.09.2024, 18:54  ✶  

Nie mogła sobie pozwolić w tym momencie na roztrzęsienie. Byli w samym środku szamba, które przed chwilą się wylało. Zacznie myśleć o tym co zrobiła dopiero, kiedy znajdzie się w swoim mieszkaniu, w którym nikt nie będzie widział jej słabości. Tak było bezpieczniej, wolała budować wokół siebie mur, ubierać maski, które pokazywały jaka to jest silna, jak to nic jej nie rusza. Wcale nie tak łatwo było w tej sytuacji taką grać, ale musiała to zrobić.

- Nie ma czego. - Czuła się trochę jakby dostała swój pierwszy szlaban w życiu. Rzadko kiedy ktoś jej czegokolwiek zabraniał, zazwyczaj mogła robić, co jej się tylko podobało. Teraz miała zostać uwiązana, niby na moment, jednak to było to, czego bała się najbardziej. Jakoś sobie z tym poradzi. Nie chodziło tylko o pieniądze, tych miała aż nadto, na pewno będzie jej brakowało tej całej otoczki związanej z nielegalnym handlem, jakoś to przetrawi.

- Nie rzucam słów na wiatr. - Nie zamierzała ignorować jego kolejnej wypowiedzi. Nie miała zamiaru zostawić go z tym samego, na pewno będzie znajdowała się gdzieś blisko, na tyle blisko, żeby zawsze mógł się do niej zwrócić. Czuła, że to będzie potrzebne. Potrzebowali czasu, żeby ochłonąć po tym wszystkim, wiedziała, że też pewnie trochę jej zajmie dojście do siebie, ale to nie oznaczało, że go zostawi z tym samego. Wydawało jej się, że lepiej utrzymywać kontakt z towarzyszem swojej niedoli. Piętno tych wydarzeń na pewno będzie się za nimi ciągnęło, nie będą mogli o tym z nikim porozmawiać, jedynie ze sobą. Prędzej, czy później będą musieli odbyć taką rozmowę, tego była pewna. Zabicie, czy tam dobicie człowieka nie było czymś, co nie wywierało wpływu na dalsze życie. Czuła, że stracili dzisiaj część siebie i ona i Ambroise, który przecież był uzdrowicielem, miał pomagać rannym, a tym razem ukojenie miało przynieść dobicie chorego. Na pewno nie uczyli ich w Mungu jak sobie radzić w takich sytuacjach.

W końcu usiadł, tak jak go poprosiła. Wzięła swoją różdżkę i zaczęła rzucać zaklęcia. Zmyła z niego krew, bardzo dokładnie, tak aby nie zostawić najdrobniejszego śladu, była przy tym bardzo delikatna. Później zajęła się ubraniem, mogli mieć dzięki temu pewność, że nie zwrócą na siebie uwagi. To też było dosyć ważne. Musiała zająć się też mężczyzną, a raczej trupem, który leżał na łóżku, bez mniejszego problemu transmutowała go w niewielkiego królika, który zmieścił się do jej torby. W duchu przeprosiła za to mężczyznę, ale nie mieli innego wyjścia.

Później przeszła do porządkowania tego pokoju, kiedy skończyła była pewna, że nigdy jeszcze nie był taki czysty. Nie mogła więc dopuścić, żeby tak zostało, wprowadziła więc ponownie do tego miejsca nieco chaosu, aby wyglądało bardziej naturalnie.

Nim wyszli na zewnątrz jeszcze upewniła się, że nigdzie nie został ślad krwi. Kiedy schodzili po schodach rzuciła niewinne zaklęcie, które miało odwrócić uwagę osób znajdujących się w pubie, płonąca zasłona zrobiła to całkiem skutecznie. - Do zobaczenia! Idziemy już. - Krzyknęła jeszcze, kiedy Ambroise znalazł się za drzwiami Wiwerny, chciała dać znać barmanowi, że problem się rozwiązał, użyła liczby mnogiej tylko i wyłącznie po to, aby myślał, że tak jak weszli na górę we trójkę, tak z niej zeszli. Tyle, że mógł on zobaczyć jedynie płaszcz Yaxleyówny, który trzepotał w drzwiach.

Zniknęli w ciemności, śniegu i mrozie, aby dokończyć swojego dzieła.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (11226), Geraldine Greengrass-Yaxley (12207)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa