Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Ambroise był zmęczony. Czuł się wyczerpany psychicznie, choć fizycznie wszystko powinno z nim być w porządku. Rana na nodze zagoiła się niemal do końca.
To dlaczego czuł, że nadal tam jest?
Prawie nie widział po niej śladu, ale bolała go tak jak fantomowe kończyny potrafią boleć ludzi po amputacji. Czuł jej obecność. To nie był normalny uraz, to było jak jakieś czarnomagiczne przekleństwo, które nie chciało dać się zmyć. Jasne. Mógł udać się do szpitala na oddział i skorzystać z dyskretnej, zaprzyjaźnionej pomocy, ale nie chciał wyjaśniać, co się stało. Nie zniósłby myśli o tłumaczeniu się. Poza tym nie chciał narażać Geraldine, której obecność w życiu zaczynał powoli akceptować. Tak jak chyba ona jego, bo również nie stroniła już tak bardzo od kontaktu.
Siedząc w swoim niewielkim, jednopokojowym mieszkanku wynajętym na potrzeby uniknięcia pytań ze strony rodziny, niemalże nie dostrzegał zmian pogody i nadejścia wieczoru. Przynajmniej dopóki nie usłyszał kroków i pukania do drzwi, na które zareagował bezmyślnym machnięciem różdżką w stronę zamka. Nawet nie zakrzyknął, że już było otwarte.
- Próbuję dojść do czegoś więcej - wyjaśnił nie odrywając wzroku od starego pergaminu, który niemal sypał mu się w palcach.
Jakikolwiek bibliofil załamałby ręce na ten widok. Greengrass nie korzystał ze specjalnych rękawiczek (choć jak najbardziej je miał - leżały rzucone na stole obok) ani nie przykładał wielkiej wagi do ostrożnego obracania tekstu. Wręcz przeciwnie. Miętosił pożółkły arkusz w palcach. Nawet podczas wypowiedzi przerzucając go z jednej na drugą stronę i (o zgrozo!) przyglądając mu się bezpośrednio nad płomieniem świecy. To aż prosiło się o wypadek przy pracy. Co najmniej o niechybne zniszczenie tekstu, po którym na pierwszy rzut oka było widać, że nie dało się go kupić w byle księgarni.
Jeżeli o te księgarnie zresztą chodziło to Ambroise wyglądał tak, jakby przygotowywał się na wielkie otwarcie. Niemalże wszędzie coś leżało. Książki o różnych rozmiarach i grubościach walały się po podłodze. Kiedyś musiały być stertami, ale dawno się zawaliły a on to tak zostawił. Nie przykładał zbyt wiele uwagi do ponownej segregacji, bo raz na jakieś pięć, góra dziesięć minut potrzebował odgrzebać którąś z nich i przeczytać stamtąd dosłownie dwa słowa. Potem znowu trafiała na kupkę pogardy, dopóki nie uznał, że jednak mogła być przydatna. Znowu po nią sięgał a ona ponownie go zawodziła.
Do książek dochodziły odręczne notatki, karteczki z kilkoma nakreślonymi słowami, jakaś mapa czy dwie, zmięte kulki z papieru. I te wspomniane potencjalnie drogocenne zwoje, z którymi bezbożnie się obchodził. Nie planował wyjaśniać, skąd je pozyskał. Miał nadzieję nie usłyszeć takiego pytania, szczególnie że oboje wiedzieli już o swoich wzajemnych koneksjach z czarnym rynkiem.
Powinien spojrzeć na Geraldine, witając ją w jakiś normalniejszy sposób, ale tak teraz wyglądały ich relacje. Chyba nigdy nie miało być między nimi normalnie. Przynajmniej nie według powszechnych standardów. To, że przestali sobie skakać do gardeł było całkowitą nowością, do której jeszcze nie przywykł, ale nie próbował zmieniać nowego stanu rzeczy. Tak właściwie to nie zarejestrował momentu, w którym wdrożyli w życie jakąś nową normalność. Znajomość 3.0.
Zaakceptował tę zmianę, bo nie była jedyną i zdecydowanie nie tą najgorszą. Przez ostatnie dwa tygodnie tylko kilka razy pomyślał, że to mogła być część właśnie Tej Drugiej zmiany, ale szybko odrzucił tę możliwość. A przynajmniej próbował to zrobić, nie chcąc całkowicie pogrążyć się w podejrzliwości.
Już i tak czuł, że wariuje, fiksując się na czymś, na co nie mógł znaleźć odpowiedzi w książkach. Były bezużyteczne. Nie wiedział czy powiedział to na głos, kiedy zrzucił kolejny tom na ziemię i kopnął go nogą w kierunku donicy z kwiatem. Dlatego profilaktycznie to powtórzył.
- Żenada. To żenada. Nikt nic nie opisuje - nareszcie skierował wzrok ku Geraldine, przymykając oczy i biorąc głęboki wdech. - Banialuki z Nokturnu. Cenne woluminy w dupę psu jebane.
Nie chodziło o finanse, jakie na to przeznaczył a o to, jak bezsensowne były jego poszukiwania odpowiedzi. To były długie dni wypełnione tylko tym, co teraz robił i dyżurami w Mungu. Niemal nie wrócił do swoich szklarni. Cały czas czuł To pod skórą, jakby miało tam swoje gniazdo. Nie mógł się tego pozbyć. Nie dało się tego wydrapać. To siedziało w nim, ale nim nie było.
Czym było, jeśli nie nim i nie jego małą ciemną stroną?