- Dokładnie tak. Płacę mu 20 galeonów za godzinę więc mam nadzieję, że widać różnicę - odpowiedział zupełnie poważnie. Tak poważnie, że gdyby Victoria go nie znała, to zapewne łyknęłaby tę bajeczkę jak młody rekin. Absolutnie nie przeszkadzał mu fakt, że dźgał go mentalnym kijem - przeciwnie. W tej lawinie niedopowiedzeń i złośliwości czuł, że żyje, czuł że w końcu może rozmawiać normalnie. Nikt przecież nie mówił, że rodzina Lestrange była normalna, prawda? Sięgnął po kieliszek bardziej z odruchu i przyzwyczajenia, niż z faktycznej chęci napicia się. Nie przepadał za smakiem wina, obojętnie czy było białe czy czerwone, czy było słodkie czy wytrawne. Być może jednak postanowił wychodzić ze swojej strefy komfortu? Co prawda nie pił na tyle, by alkohol mógł w jakikolwiek sposób na niego wpłynąć, ale sam fakt że w ogóle go zamówił był dziwny. - Trudno się z tobą nie zgodzić.
Victoria nie była głupia i on również nie należał do głupców. Sam był umoczony po kolana w nielegalnej brei. I być może nie była to konkretnie nekromancja, ale przecież otaczał się ludźmi, dla których ten temat był bardziej niż fascynujący.
Rodolphus nie poprosił o drugi kieliszek. Nie wypił nawet połowy pierwszego. Jadł powoli, nie przerywając tego procesu słowami. Nie lubił rozmawiać przy posiłku, chociaż nie można było powiedzieć, że sam fakt spożywania go przy innej osobie uważał za krępujący. Po prostu wolał skupić się, zgodnie ze sztuką, na posiłku. Matka uczyła go od małego, że to dobrze wpływa na trawienie, a dodatkowo rozmowa podczas jedzenia nie zawsze jest uważana za elegancką. Jego rodzicielka w kwestii manier miała na niego ogromny wpływ: tak samo duży, jak jego ojciec na wybór kariery zawodowej. Gdyby tylko Lestrange patrzył wtedy dalej niż na czubek własnego nosa, zapewne dostrzegłby szereg manipulacji, którym został poddany. I mógł uważać inaczej, oczywiście - sam przecież wszystkiego dokonał, prawda? Nikt za niego tego nie zrobił. Poza wyborem co chce robić w życiu i kim chce być.
Widząc że Victoria sięga do torebki, pokręcił głową.
- Zapłacę - dla niego to było tak oczywiste jak fakt, że zimą pada śnieg. On ją zaprosił, nie miał nigdy problemu z pieniędzmi - to było logiczne, że nie pozwoli kobiecie płacić. I to nie byle jakiej kobiecie, bo własnej kuzynce. Na kogo by wyszedł, gdyby żerował na części pieniędzy tej konkretnej gałęzi rodu, podczas gdy sam mógłby opływać w luksusy, bo skrytka bankowa niemalże pękała w szwach? - Nie ma problemu. Vika, przecież...
Rodolphus sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, ale przerwał swoją wypowiedź w połowie. Zmarszczył brwi i zamarł na chwilę. Nie ta kieszeń? Czuł tylko różdżkę. Pokręcił głową i zszedł dłonią niżej, do kolejnej kieszeni. Nie, tam też go nie było. Co jest? Niewymowny odruchowo przejechał dłonią po spodniach.
- ... Przecież. - dokończył cicho, orientując się że i on nie mógł znaleźć swojego portfela. - Proszę dać nam jeszcze chwilę.
Te słowa wypowiedział już do kelnera, który przyniósł im rachunek. Mężczyzna kiwnął głową i ulotnił się, a Lestrange odetchnął. On nie zapominał rzeczy, zawsze nosił portfel ze sobą. Czemu teraz miałoby być inaczej? W kieszeniach nie miał żadnych dziur, niemożliwym było, by portfel mu wypadł. A jednak z jakiegoś powodu nie było go na miejscu. Nie pamiętał, kiedy ostatnio płacił, może zostawił go w mieszkaniu? Uniósł wzrok, by pochwycić spojrzenie Victorii. Milczał, ale nie trzeba było czytać w myślach, by wiedzieć, że on również nie miał przy sobie pieniędzy.