adnotacja moderatora
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
12 lipca 1972
Kawiarnia na Pokątnej
Kawiarnia na Pokątnej
Monster
How should I feel?
Creatures lie here
Looking through the windows
How should I feel?
Creatures lie here
Looking through the windows
Kawiarnia na Pokątnej, którą wybrała Roselyn, nie była specjalnie duża i wykwintna - jej poziom jednak był więcej niż akceptowalny. Niewielka główna izba zdolna była pomieścić siedem stolików, które obecnie stały puste: wszystko za sprawą pogody i ulokowanych na zewnątrz miejsc, które to były dużo chętniej zajmowane przez ludzi. Wnętrze było jednak przytulne, wypełnione roślinami i świeżym powietrzem o delikatnym, ziemistym zapachu, który przetykała woń świeżo palonej kawy. Kawiarnia, bo przecież nią była, serwowała różne wariacje tegoż napoju, skupiając się głównie na nim. W menu można było oczywiście znaleźć kilka herbat, wodę i soki, ale to właśnie kawa wiodła tu prym. Nie ciasta, które można było dokupić (aż cztery rodzaje!), nie inne rzeczy, a właśnie kawa. Na modłę niemalże włoską serwowała przeróżne odmiany, idąc jednak nieco bardziej w amerykańskim, bardziej komercyjnym kierunku. Na półce za ladą znajdowało się bowiem dużo syropów w różnych smakach, których kolorowe butelki przyciągały wzrok.
Roselyn nie bez powodu wybrała właśnie to miejsce. Było w porządku, serwowało dobrą kawę (mocną i słabszą, czarną i białą, smakową z bitą śmietaną i bez niczego - dla każdego coś miłego) i raczej ludzie woleli siedzieć na zewnątrz i palić papierosy, racząc się tym napojem, niż przesiadywać w środku. Zapewniała więc jako taką prywatność, a jednocześnie nikt tu nie mógł liczyć na odosobnienie, a właśnie tego potrzebowała ona sama: ludzi. Ludzi wokół, którzy jeszcze nie słyszeli o tym, co się zdarzyło 10 lipca. Ludzi, którzy nie będą szeptać za jej plecami, zerkając na dłoń, czy aby na pewno nie ma na niej pierścionka zaręczynowego.
Ach, ten cholerny pierścionek! Roselyn zacisnęła dłonie w pięści, stając niedaleko kawiarenki. Dopalała właśnie papierosa, nie chcąc wchodzić z nim tak po prostu do środka. Stała też w miarę daleko od stolików, by nie dmuchać na innych: nie każdemu przecież ten zapach mógł odpowiadać. Bo dzisiaj wybrała zwykłe papierosy, te ciężkie i śmierdzące, chociaż cienkie i zalatujące miętową wonią. Brunetka zerknęła na zegarek, upewniając się, że była przed czasem, a potem skorzystała z popielniczki niedaleko. Raz-dwa i już była w środku, zerkając czy Ambroise tam był. Jeżeli nie, a spodziewała się że nie, bo przecież był niezwykle zajętym facetem i miał bardzo poważną, wymagającą pracę, to po prostu zajęła stolik gdzieś tam w głębi. I czekała, nerwowo bawiąc się łańcuszkiem, zawieszonym na szyi.